Historie takie jak ta, prawie w ogóle się nie zdarzają, a kiedy już mają miejsce, przecieramy oczy ze zdumienia, myśląc że to scenariusz filmu pełnego zwrotów akcji, a nie sytuacja, która wydarzyła się naprawdę. Ponad 60 lat temu, na łamach „Nowin Gliwickich”, w numerze z 27 listopada 1960 roku pojawił się artykuł zatytułowany „Numer na ręce”, który zawierał dramatyczny list kobiety - Zinajdy Bułachowej, poszukującej swoich dwóch córek, odebranych jej w obozie zagłady w Oświęcimiu. I to właśnie m.in. dzięki pomocy naszej Redakcji, kilkanaście lat później odnalazła jedną z nich. 

Numer obozowy kluczem do przeszłości

Wszystko zaczęło się, gdy w „Komsomolskiej Prawdzie” (rosyjskiej gazecie) ukazał się list Zinajdy Bułachowej z okolic Witebska, która od 15 lat poszukiwała swoich dwóch córek – Haliny i Raisy. Wyjaśniła w nim, skąd wyniknęła tak długa rozłąka z dziećmi. Dziewczynki wraz z matką trafiły do obozu w Oświęcimiu, a gdy wkroczyła do niego Armia Radziecka, dorosłych odesłano w głąb Niemiec, tym samym pozbawiając Bułachową kontaktu z córkami. Kobieta zapamiętała jedynie numery wytatuowane dziewczynkom w obozie. Halina otrzymała numer 77252, a Raisa – 77253. Sytuację pogarszał fakt, że dziewczynki w tamtym momencie były za małe, by znać swoje nazwisko, stąd później nie były w stanie samodzielnie odszukać matki. W obozie dodatkowo izolowano dzieci od dorosłych, tym samym przyczyniając się do zacierania tożsamości najmłodszych. W poruszającym liście Bułachowa wyjaśniała, że jako jedyna poszukuje córek, gdyż jej mąż, a ojciec dzieci, zginął w 1944 roku. Starsze dzieci kobiety, pamiętając adres, wróciły w rodzinne strony – wśród nich jednak nadal brakowało Haliny i Raisy.

„Światełko w tunelu”

Od momentu rozłąki z córkami Zinajda Bułachowa przez lata bezskutecznie poszukiwała odpowiedzi na to, co stało się z jej dziećmi. Widok starszych pociech obecnych w domu przypominał kobiecie o wciąż nieznanym losie Haliny i Raisy. W liście do rosyjskiej gazety przypuszczała, że dziewczynki mogą znajdować się na terenie Gliwic, gdzie mogli je wywieźć hitlerowcy, stąd kopia listu trafiła do redakcji „Nowin Gliwickich”. Dramat matki, poszukującej od kilkunastu lat swoich córek, poruszył całą redakcję, ale również trafił do kobiety z Zabrza, która podejrzewała, że może znać odpowiedź na nurtujące Zinajdę Bułachową pytanie. Losy obu kobiet miały się wkrótce połączyć za sprawą jedynego tropu – obozowego numeru.

Czy to ja jestem tą córką?

Czytelniczka „Nowin Gliwickich”, mieszkanka Zabrza, natknęła się na kopię listu z „Komsomolskiej Prawdy” i natychmiast zgłosiła się do naszej redakcji. W Zabrzu mieszkała od 1945 roku, pod opieką swoich przybranych rodziców. Gdy zapoznawała się z treścią rozpaczliwego apelu, jej uwagę zwrócił numer wspomniany w liście jako należący do jednej z córek Bułachowej – Raisy. Czytelniczka informowała, że gdyby nie końcowa zamazana cyfra, byłby on taki sam. To uderzające podobieństwo poruszyło kobietę do tego stopnia, że postanowiła skontaktować się z Tadeuszem Szymańskim – pracownikiem Muzeum w Oświęcimiu, od lat zajmującym się losem dzieci odebranych rodzicom w czasach obozowej gehenny i utrzymującym stałe relacje z rodzinami naznaczonymi piętnem nazistowskiej przemocy. Wkrótce udało się w pełni odczytać obozowy numer mieszkanki Zabrza, którą okazała się Ludmiła Hanna Paszko. Jednak – wbrew rozpalonym nadziejom obu kobiet – wykluczono, że to ona jest jedną z poszukiwanych córek Zinajdy.

Odnalezienie utraconej więzi

Ludmiła, jak i jej „niedoszła” matka z Witebska były niepocieszone takim rozwiązaniem sprawy, ale ich losy, połączone w sposób niezwykle symboliczny i emocjonalny, sprawiły, że z pomocą Tadeusza Szymańskiego i innych pracowników Muzeum w Oświęcimiu Ludmiła Hanna Paszko odwiedziła Zinajdę Bułachową w Związku Radzieckim, o czym poinformowana została redakcja „Nowin Gliwickich”, której przypisywano to za zasługę. Dla Zinajdy odnalezienie Ludmiły – dziewczynki z Zabrza, wychowanej wśród obcych ludzi, a jednak niosącej piętno Oświęcimia – było jak odnalezienie własnego dziecka. Bułachowa uznała Ludmiłę za swoją córkę – po latach bezowocnych poszukiwań i traumatycznych przeżyć nie chciała odrzucać tej szansy.

Powrót po 18 latach

Ludmiła, która do tej pory posługiwała się nazwiskiem Paszko, od tej chwili z dumą przyjęła nazwisko Bułachowa. Stała się córką nie tylko „z adopcji serca”, ale też oficjalnie – w oczach Zinajdy, która po latach cierpienia odzyskała część swej rodziny. Wspólnie pojechały do rodzinnych stron pod Mińskiem, gdzie na Ludmiłę czekał brat Alik – jedyna bliska jej osoba pamiętana z obozu. Ważniejsza od numerów na ręce okazała się więź, jaka nawiązała się między dwiema kobietami. Połączyła je wspólna historia – wojna, rozłąka, życie wśród obcych. Dla Zinajdy Ludmiła stała się symbolicznym odnalezieniem dziecka, którego przez lata bezskutecznie szukała. Ludmile historia ta dała tożsamość i rodzinę, której do tej pory jej brakowało – a to wszystko za sprawą determinacji niezwykłych ludzi i przełomowego artykułu zamieszczonego w 1960 roku w „Nowinach Gliwickich”.

Milena Miller