Z Martą Paszko, antropolożką kultury, etnografką, muzealniczką, kierowniczką Działu Etnografii i Antropologii Miasta Muzeum w Gliwicach, kuratorką wystawy „Święci codzienni”, rozmawia Małgorzata Lichecka.
Te obrazy malowane na szkle mają trochę tajemniczy wydźwięk.
Malarstwo religijne utożsamiamy z tym, co widujemy w kościołach – najczęściej z obrazami z wizerunkami świętych lub scenami z Ewangelii lub Biblii. Na muzealnej wystawie oglądamy nie dosłowne przedstawienia postaci znane na przykład z masowo dostępnych oleodruków. To malarstwo uproszczone, wykonywane przez nieprofesjonalnych artystów, stąd tajemniczy, nieco naiwny styl.
Był to rodzaj pamiątki. Bardzo różnej jednak od współczesnych dewocjonaliów.
Tak, to były religijne pamiątki, ale ze względu na to, gdzie je kupowano i skąd przywożono, mają również charakter świętości, bo wędrowały z miejsc kultu, takich jak Bardo Śląskie czy Wambierzyce. Ludzie, zwykle prości i niezbyt zamożni, tę świętość przywozili sobie stamtąd do domu.
Wspomniała pani Wambierzyce, to Dolny Śląsk, inna religia, inne wyznanie. A mamy świętych popularnych w kościołach katolickich.
W końcówce XVIII wieku i początku XIX te tereny należały do państwa pruskiego, któremu bardzo zależało, i robiło to systemowo, na osłabieniu wpływów kościoła katolickiego. Dlaczego? Z obawy przed nieposłuszeństwem obywateli. Dość powiedzieć, że w wielu miejscowościach przywiązanie do katolicyzmu było bardzo ścisłe, stąd taka popularność obrazów z wizerunkami różnych świętych malowanych na szkle.
Patrząc na te z wystawy „Święci codzienni” można, mówiąc współczesnym językiem, stworzyć ranking świętych. I wygrywa w nim Maryja.
Popularne były także wizerunki jezusowe i motyw krzyża. Ale faktyczne, to Matka Boska jest w centrum uwagi, zawsze na pierwszym miejscu.
Poziom tych prac był bardzo różny: od zaawansowanych do całkowicie naiwnych, kreślonych ręką rzemieślnika chcącego sprzedać jak najwięcej takich wizerunków.
Początkowo obrazy malowali pojedynczy artyści, czy raczej rzemieślnicy. Osoby, dla których było to dorywcze, uboczne zajęcie, bo pracowali w hutach szkła. A tam często dochodziło do przestojów – psuły się piece – i żeby z czegoś żyć, łapali za pędzle. Mieli do wyboru albo pracę w polu, sezonowo, albo właśnie produkcję świętych wizerunków. Ze wzrostem popularności tej formy domowej religijności, manufaktury powiększały się i ci ludzie zatrudniali całe rodziny. Wtedy dzielili się pracą: jeden robił kontur postaci, drugi malował twarze, trzeci strój. Im więcej powstawało obrazów, tym bardziej słabła jakość malarstwa. Trzeba było wyprodukować jak najwięcej w jak najszybszym tempie, więc stopniowo zatracał się indywidualny styl. Muzealna kolekcja nie jest taka duża, żeby móc to należycie pokazać, ale eksperci są w stanie odróżnić, w której manufakturze powstawał dany obraz.
Czyli to w większości praca zbiorowa, rodzinna, czy może jednak udało się wskazać konkretne nazwiska twórców? Bo pewnie ludzie chcieli mieć obrazy z uznanych manufaktur.
Zapewne w czasach, kiedy rozwijało się to rzemiosło zasłynęli jacyś pojedynczy rzemieślnicy, ale z perspektywy ludzi, którzy kupowali te prace nie miało to znaczenia.
Taki obraz traktowano jako element wyposażenia domu. Na pewno też był moment, w którym tego rodzaju dewocjonalium przeżywa boom, by potem zniknąć i „odrodzić” się w czymś, co znam na przykład z domu babci: obraz z Matką Boską, oleodruk, który wisiał u niej w sypialni tuż nad zdjęciem ślubnym.
Największą popularność ten rodzaj malarstwa osiągnął w pierwszej połowie dziewiętnastego wieku. W izbach obrazy miały swoje, nieprzypadkowe, miejsce: podwieszano je przy suficie. Dlatego, że pomieszczenia w domach oświetlano świecami bądź lampami naftowymi, okna były małe, było więc dosyć ciemno, a przy tym suficie obrazy łapały najwięcej światła. Poza tym malowano je plamami kolorów. No i nikt im się z bliska nie przyglądał, nie było więc widać ani szczegółów ani niedoróbek. Tylko te barwne plamy. Oprócz znaczenia religijnego, obrazy na szkle we wnętrzach domów świadczyły o zamożności i statusie właściciela. Pełniły również funkcję dekoracyjną, stąd w stylu malarskim dominują wówczas intensywne barwy, bogate ornamenty. Jednak wraz ze zmianą wystroju wnętrza, możliwościami architektonicznymi, a przede wszystkim pojawieniem się oświetlenia elektrycznego przestały być wystarczające, rezygnowano z nich. W domach pojawiły się ryciny, profesjonalne obrazy, oleodruki, bardziej technologicznie zaawansowane malarstwo, wierniejsze temu, co ludzie mogli oglądać w kościołach.
Święci codzienni. Religijne malarstwo na szkle w zbiorach etnograficznych Muzeum w Gliwicach można oglądać w Zamku Piastowskim do 19 października. Kuratorka: Marta Paszko (Dział Etnografii i Antropologii Miasta) Konserwacja: Anna Kruszyna (konserwator Muzeum w Gliwicach
Od jak dawna buduje się muzealna kolekcja?
W zasadzie wszystkie obrazy z wystawy „Święci codzienni” pochodzą z niemieckiej kolekcji. To jedne z najstarszych obiektów w naszych zbiorach, prezentujące też różne techniki. Większość stanowi malarstwo na szkle, bardzo różnej jakości. Święty Franciszek wyszedł autorowi nie najlepiej, należałoby wręcz zapytać czy ten rzemieślnik wiedział, co robi. Mamy na wystawie kilka przykładów malarstwa na lustrze, co było dużo bardziej kosztowne, ale też pozwalało na różnicowanie techniki: w lustrze można było rytować, bo było miększe i nie pękało. Ale gorzej się starzało, no i wiele zdobień nie przetrwało. Obrazy na szkle także są w wielu miejscach popękane, straciły kolor, czy wręcz farbę, bo szkło używane do tych obrazów było słabej jakości – w większości to odpadki z huty.
Fascynuje mnie dobór kolorów. W obrazach z wystawy przebijają się trzy tony: złoty, kobaltowy i pomarańczowy w różnej intensywności tej barwy.
Te kolory są charakterystyczne dla terenów, gdzie znajdowały się manufaktury, czyli Dolnego Śląska, bo innych używano w okolicach dzisiejszej granicy z Czechami, a jeszcze innych na Śląsku Cieszyńskim. Najważniejsze żeby kolor był bardzo wyrazisty, stąd unikano rozmywających się jasnych, pastelowych braw, niewidocznych w ciemnych wnętrzach.
Ciekawa była także technika tworzenia takich obrazów.
W języku niemieckim o malarstwie na szkle mówiono Hinterglasmalerei, co odzwierciedla specyficzną technikę wykonywania obrazu na odwrocie szklanej tafli. Odwrotnie niż w tradycyjnym malarstwie, obowiązywała zasada „od szczegółu do ogółu”: w pierwszej kolejności nanoszono szczegóły twarzy, ciała, szat czy cieniowania; następnie wypełniano kolorami odzież. Na końcu wykonywano ornamenty i tło. Przygotowanie zabytków do eksponowania obrazują filmy prezentowane na ekspozycji, na których zwiedzający zobaczą pracę muzealną za kulisami. Tak naprawdę sztuka konserwacji takich obrazów jest bardzo słabo udokumentowana, więc Anna Kruszyna, konserwatorka w Muzeum w Gliwicach, musiała, autorsko, wymyślić jej sposoby. Dość powszechną „wadą”są pęknięcia w szkle. Nasza konserwatorka uzupełniła je z pomocą odlewów z żywicy. Udało się tak odnowić wiele szklanych prac. Dużym problemem było odwrócenie konserwacji, którą wykonywano w latach sześćdziesiątych, często szkodliwej - bo na przykład sklejano coś taśmą. Dzisiaj to nie do pomyślenia, wtedy tak, a kiedy taką taśmę odlepimy, wraz z nią schodzi warstwa malarska. Co więcej, konserwator, który wcześniej zajmował się tymi obrazami … zamalował napis w języku niemieckim, chodzi o Świętą Jadwigę. Takie były czasy. Odkryła go nasza konserwatorka.
Wracając do techniki tworzenia obrazów, najpierw malowano usta, a na samym końcu drzewa.
I słońce.
Jakich świętych pokazano na wystawie?
Oprócz wizerunków chrystusowych i maryjnych mamy wielu świętych, patronów spraw codziennych, czyli Świętą Rozalię, Barbarę, Jadwigę, Katarzynę, Świętego Jerzego. Tych, którzy chronią od chorób, kataklizmów i klęsk żywiołowych. Z perspektywy kogoś, kto jedyne co miał to zdrowie i dwie ręce do pracy byli to ważni święci, opiekujący się domownikami.
Gdybym miała wziąć z wystawy jedną pracę dla siebie, dokładnie wiem, którą. Krzyż z pierwszej sali. Jest przepiękny. A gdyby pani miała zabrać ze sobą?
Obraz ze Świętą Rozalią jest najbardziej subtelny i szczególnie mi bliski. Może właśnie przez takie jej przedstawienie. Święta Rozalia, święta codzienna, oddaje też to, co chciałam pokazać poprzez wystawę. Nie postaci mocno związane z kanonem kościoła katolickiego, a takich świętych codziennych, domowych, naszych. I Rozalia, dziewczęco namalowana, z wiankiem na głowie, właśnie taka jest.
A krzyż? To jakiś szczególny eksponat czy po prostu jeden z wielu?
To taki eksperyment w tym nurcie. Nie ma ich więc za wiele. Przypuszczalnie był po prostu częścią czyjegoś domowego ołtarza.


Komentarze (0) Skomentuj