Zespół Shashamane powstał w Gliwicach w 2015 roku. Dziś, po dziesięciu latach działalności, ma na koncie kilka albumów, występy na najważniejszych polskich festiwalach reggae i współpracę z producentami z Polski i zagranicy. Muzyka zespołu pozostaje wierna roots reggae – ciepła, pulsująca, oparta na brzmieniu basu i spokojnej energii. 29 listopada zespół zagra jubileuszowy koncert w Gliwicach, połączony z premierą nowej płyty „Showcase”.
Shashamane – co to takiego?
- Dwa czynniki wpłynęły na wybór nazwy – mówi Krzysiek „Igor” Kazanowski. – Pierwszy to związki muzyki reggae z Etiopią i miejscem, jakim jest Shashamane. To osada, którą stworzył cesarz Haile Selassie z myślą o powrocie czarnoskórej diaspory do Afryki. Drugi powód był osobisty – mój przyjaciel, który już nie żyje, podróżował po Etiopii i odkrył to miejsce dla naszego środowiska. Miał ksywkę „Shashemene” i właśnie w hołdzie dla niego postanowiłem nadać zespołowi taką nazwę”.
Kazanowski przyznaje, że sam w miejscowości Shashamane nigdy nie był, choć odwiedził Etiopię. - To miejsce stało się bardziej celem dla Europejczyków niż duchowym symbolem dla Afrykanów. Dla mnie ważniejsza była sama idea – powrót do korzeni, do duchowości i prostoty. W pewnym sensie to też opisuje nasze podejście do muzyki - mówi.

Gliwice i pierwsze rytmy
Początki Shashamane są mocno związane z gliwicką sceną reggae, która od lat tworzyła tu własne środowisko. - Wbrew pozorom Polakom było bardzo blisko do tego, co z reggae płynęło – do idei wolności i równości– mówi Igor. – W latach 80. ta muzyka trafiała do nas za pośrednictwem punk rocka, bo to była jedyna droga. Wtedy niewielu myślało o reggae jako o muzyce Boba Marleya. To był po prostu sposób myślenia i życia.
Gliwice w tym czasie miały swoją scenę, z zespołami łączącymi punk z reggae i festiwalem Winter Reggae, który wciąż jest jednym z najstarszych w Polsce. - Duża chwała dla Marka „Zimy” Niewiarowskiego, że reaktywował festiwal po latach. Od tamtej pory współprowadzę go razem z nim – opowiada Kazanowski.
Skład, który zmieniał się z czasem
Kiedy Shashamane powstawało, Igor dopiero rozstał się z zespołem Lion Vibrations. - Perkusista z Jahoo zaprosił mnie do współpracy. Zaczęliśmy zbierać skład kawałek po kawałku i tak powstało Shashamane – wspomina.

Od tamtej pory zespół przeszedł wiele zmian personalnych. - Z pierwotnego składu zostałem ja, perkusista i kongista. Reszta to już inni muzycy. Wtedy byliśmy bardziej gliwiccy, dziś próby mamy w Katowicach. To naturalne – każdy ma swoje życie, rodziny, obowiązki, czasem inne priorytety. Ludzie wędrują między składami, to nie jest kwestia konfliktów, tylko realiów. Jesteśmy dorosłymi ludźmi, którzy muzyką zajmują się z pasji. Na pewno nie jest to sposób, na zawodowe zarabianie na życie.
Brzmienie i scena
Shashamane od początku stawiało na klasyczne brzmienie roots i dub. - Dla mnie reggae to nie tylko rytm, ale też duchowość i pewien rodzaj medytacji – tłumaczy Igor. – To muzyka hipnotyczna. Wystarczy dobrze ustawiony bas i bęben, i to już działa. Nie potrzeba ozdobników. Chodzi o to, żeby w tym pulsie znaleźć równowagę.
Zespół dba o spójny wizerunek sceniczny. - Nie mamy ekranów ani laserów, więc postawiliśmy na prostotę i rozpoznawalność. Biel zawsze dobrze wygląda – czy to w świetle scenicznym, czy w plenerze. Ustaliliśmy z wokalistkami, że nawiążemy do afrykańskiej tradycji w ubiorze – stąd charakterystyczne turbany, Mamy też flagmana, posiadającego prawdziwą flagę rastafariańską, która jest częścią występu. Wszystko razem tworzy obraz, który doskonale współgra z naszą muzyką.
Koncerty Shashamane to nie pokaz, tylko spotkanie. - Nie gramy wszędzie. Wolimy publiczność świadomą, która wie, po co przyszła. Ale jeśli ktoś przyjdzie przypadkiem i zostaje, to znaczy, że coś w tej muzyce działa. To jest najlepsza nagroda – mówi Kazanowski.
Płyty i współpraca z producentami
Pierwszy album, "Origin & Culcha", ukazał się w 2017 roku w wydawnictwie Zima Records. Producentem był Marc Baronner z Holandii, znany ze współpracy z artystami roots reggae. On też przygotował dubowe wersje utworów. Cztery lata później zespół wydał płytę "Shashamane", której premiera odbyła się podczas festiwalu w Ostródzie. W tym czasie powstał także album "Dubmasters meet Shashamane", zawierający miksy producentów z Polski, Niemiec i Kanady.

- Muzycznie na pewno się rozwinęliśmy – mówi Igor. – Nadal współpracujemy z Marc’iem Baronnerem, który odpowiada za część nowej płyty. Mastering robi Jarek Toifl z Gliwic – nasz zaufany realizator, u którego nagrywamy głównie wokale. To połączenie daje nam bardzo dobre brzmienie. Z Marc’iem pracujemy od lat, rozumiemy się bez słów, a Jarek zna każdy detal naszej muzyki.
Nowy album, "Showcase", to projekt szczególny – zawiera utwory i ich dubowe wersje przygotowane równolegle. - Chcieliśmy, żeby ta płyta była kompletna. To pewnie jedna z naszych ostatnich płyt CD, bo dziś liczą się raczej streaming i winyl. Ale dla nas ważne jest, żeby coś po sobie zostawić – nie tylko w sieci, ale też fizycznie.
Gliwicki jubileusz
Zespół świętuje dziesięciolecie w Gliwicach, w których zaczęła się jego historia. 29 listopada o godz. 16.30 w Mrowisku odbędzie się spotkanie z Jarexem z Bakshish i Igorem z Shashamane, połączone z premierą nowego albumu. Wieczorem, o 19.00, w klubie Spirala zespół zagra koncert z gośćmi – Bakshish oraz czeskim Reggay.
- Cieszę się z tego koncertu z dwóch powodów – mówi Igor. – Po pierwsze, wracamy do Gliwic i gramy dla ludzi, którzy są z nami od początku. Po drugie, zaprosiliśmy zespoły, z którymi naprawdę mamy więź. Bakshish to legenda, na której się wychowywałem. A Reggay z Czech to świetna ekipa - mamy nadzieję zagrać także u nich. To będzie dobre spotkanie, bez nadęcia – po prostu muzyka i ludzie.
Co dalej?
Po premierze nowej płyty Shashamane planuje serię koncertów promujących "Showcase". - Chcemy ograć nowy materiał, ale bez przesady. Lepiej zagrać mniej koncertów, ale dobrze. Wysyłam oferty do organizatorów w Czechach, Austrii, Niemczech, Holandii. Zobaczymy, jak wyjdzie. Dla nas najważniejsze, żeby grać tam, gdzie ludzie naprawdę słuchają.
Igor podsumowuje prosto: - To trudne hobby, które wymaga czasu i energii. Ale jeśli wciąż masz radość z grania, oznacza, że warto. Mamy swoją muzykę, ludzi, z którymi chce się to robić, i publiczność, która to czuje. Więcej nam nie trzeba.
Adriana Urgacz-Kuźniak


Komentarze (0) Skomentuj