Neptun, który zszedł z fontanny, gliwickie lwy, które opuściły cokół, czy mroczna wizja wojennych dziejów z Radiostacją w tle. Od niedawna na naszym facebooku oglądać można animacje tworzone przez Krzysztofa Chruślickiego. I jak to w życiu – jednym się podobają, inni podważają wkład autora, bo tego typu graficzne wytwory powstają przy użyciu sztucznej inteligencji. Zapytałam zatem o to, jak widzi to sam autor i na ile faktycznie tym autorem się czuje?
Jest Pan pasjonatem, amatorem, prawda? Jak to się stało, że zaczął Pan interesować się twórczością graficzną?
Przez wiele lat pracowałem w działach handlowych i choć osiągnąłem w tej branży pewne sukcesy, z czasem zacząłem odczuwać wypalenie. Miałem wrażenie, że wpadłem w „efekt ugotowanej żaby” – długo czułem się komfortowo, aż nagle uświadomiłem sobie, że praca, która niegdyś dawała mi satysfakcję, przestała mnie cieszyć.
To poczucie zmotywowało mnie do poszukiwania pasji, w której mógłbym się w pełni realizować. Wtedy odkryłem fotografię, która szybko stała się dla mnie formą artystycznego wyrazu. Dzięki niej zacząłem rozwijać wrażliwość na detal i kompozycję, co ostatecznie zaprowadziło mnie do tworzenia grafik oraz eksperymentów z różnymi technikami – w tym z wykorzystaniem sztucznej inteligencji.
Jak to się stało, że zaczął Pan tworzyć grafiki AI? Od czego się zaczęło?
Wszystko zaczęło się właśnie od fotografii. Najpierw chwytałem codzienne momenty, szukałem nietypowych ujęć i bawiłem się kompozycją. Wraz z rozwojem mojej pasji do fotografii, rozwijać zaczęły się też narzędzia AI do jej edycji. Osobiście pokochałem łączyć zdjęcia z efektami generowanymi przez AI, a te połączenia zaczęły tworzyć zupełnie nowe, nieoczywiste światy wizualne.
Z czasem zacząłem eksperymentować z abstrakcją, surrealizmem i fantastyką, inspirując się między innymi klimatami post-apokaliptycznymi czy filmami science fiction, takimi jak Blade Runner. Surrealizm i science-fiction to moje ulubione gatunki, bo wybiegają poza nasz wymiar, to co widzialne gołym okiem, poza świat materialny, poza teraźniejszość.
Duże znaczenie miała też krytyka twórcza, bo dzięki niej mogłem ulepszać swoje prace i odkrywać nowe kierunki rozwoju.
Pamiętam, jak pierwszy raz „poczułam” fotografowanie. Byłam nad morzem, świeciło słońce i jednocześnie padał deszcz. Zachwyciło mnie światło i detale. Zaczęłam widzieć kadrami. A jak było w Pana przypadku? Co zafascynowało Pana w fotografowaniu?
Zawsze fascynowała mnie możliwość uchwycenia chwili i emocji w pojedynczym kadrze. Na początku, gdy wracałem późno z pracy, frustrowało mnie, że jest już ciemno i nie mogę robić zdjęć w naturalnym świetle. Z czasem jednak nauczyłem się dostrzegać urok nawet w nieidealnych warunkach – w oświetleniu ulicznym czy w pochmurnej pogodzie.
No właśnie, chmury. Potrafią przybierać zaskakujące formy, na przykład przypominać ludzkie sylwetki czy fantastyczne stworzenia. To pobudza moją wyobraźnię i zachęca do ciągłego szukania niezwykłych kadrów. Uważam, że w codzienności – nawet w pozornie zwyczajnych miejscach – można dostrzec coś wyjątkowego, jeśli tylko się uważnie patrzy.
W Pana pracach dostrzegam inspirację Beksińskim. Czy mam rację?
Można powiedzieć, że tak, choć nie jestem jego wielkim fanem w tradycyjnym rozumieniu. Bardziej niż sam Beksiński inspiruje mnie jego podejście do surrealizmu i odwaga w tworzeniu niepokojących, a zarazem fascynujących wizji. Z pewnością wpłynął on na moje zainteresowania w zakresie fantastyki i budowania mroczniejszych klimatów.
Mój własny proces twórczy polega jednak na szukaniu indywidualnego sposobu wyrażenia siebie, więc chętnie czerpię z różnych źródeł – nie tylko z malarstwa Beksińskiego, lecz także z filmów, fotografii czy literatury.
Włożę kij w mrowisko: kto jest twórcą Pana grafik i animacji – Pan czy AI?
To zawsze efekt współpracy. Sztuczna inteligencja nie tworzy niczego sama z siebie – potrzebuje operatora, który nada jej kierunek i podsunie koncepcję. W moim przypadku cały proces zaczyna się od moich pomysłów i materiałów (np. fotografii), a AI służy mi jako narzędzie do rozwijania tych wizji.
Można to porównać do wyścigu samochodowego: kierowca jest kluczowy, lecz bez odpowiedniego samochodu nie osiągnie spektakularnych wyników. Podobnie w sztuce – technologie mogą wzbogacać naszą kreatywność, ale nie zastępują jej.
Co odpowiedziałby Pan krytykom, którzy podważają proces twórczy osób posługujących się narzędziami sztucznej inteligencji?
Przede wszystkim warto zrozumieć, że korzystanie z AI nie ogranicza kreatywności, ale ją wspomaga. Sztuczna inteligencja wymaga świadomego prowadzenia i jasnych wskazówek. Sam pomysł, selekcja materiałów, a potem praca nad ostatecznym efektem – to wszystko dzieje się w głowie twórcy.
Często słyszę, że „wystarczy wpisać polecenie, a reszta dzieje się sama”. To nie takie proste. Aby osiągnąć naprawdę wartościowy efekt, trzeba wiedzieć, co się chce wyrazić, umieć eksperymentować i korygować propozycje generowane przez AI. A jeśli chodzi o samą krytykę - bywa bolesna, ale może też być twórcza – zmusza do refleksji i pomaga rozwijać się jako artysta. Uważam, że to, co nowe i nieznane, zawsze spotyka się z pewnym oporem, lecz warto ten opór pokonywać i poszukiwać własnej drogi w sztuce.
Rozmawiała: Adriana Urgacz-Kuźniak


Komentarze (0) Skomentuj