Z Krzysztofem Siwczykiem, członkiem kapituły i rady programowej Gliwickiej Nagrody Literackiej, rozmawia Małgorzata Lichecka.
Nie lubię słowa debiut. Bo jest na swój sposób opresyjne.
Faktycznie, to określenie mocno niepokojące.
Twój przypada na 1994 rok, kiedy zdobyłeś pierwszą nagrodę w Konkursie Jednego Wiersza, zorganizowanym przez gliwicki Klub Perełka. Byłeś wtedy w liceum. A w Perełce czytałeś wiersz o wannie. Tak wspomina ten moment poeta Maciej Melecki, wtedy twój konkurent, dziś serdeczny przyjaciel. Jak widzisz siebie w tamtym czasie? Kim byłeś ?
To był czas niezwykle sprzyjający literackim debiutom. Splótł się z przemianami społeczno-politycznymi, z ”pietruszkowym kapitalizmem” w wersji polskiej, z wielkim oczekiwaniem na ”nowe” w literaturze. I to ”nowe” miało twarz Marcina Świetlickiego, poety w czarnym podkoszulku, z odwiecznym papierosem w ustach. Panował spory ruch na scenie literackiej, Olga Tokarczuk nie wiedziała jeszcze, co ją czeka. Głównym promotorem poezji i szerzej literatury była Poczta Polska i rozliczne pisma literackie, wysyłaliśmy do siebie listy, w nich debiutanckie książki, czytaliśmy recenzje książek koleżanek i kolegów. Na dobrą sprawę od tego konkursu zaczęła się moja przyspieszona edukacja literacko-towarzyska. Między 1994 a 1995 roku poznałem chyba wszystkie twórczynie i wszystkich twórców, którzy dziś okupują podręczniki do literatury. Co ważne, scena literacka tamtego czasu była wolna od pieniądza. Chociaż za wiersz o wannie dostałem cztery stówy, to dla licealisty stanowiło majątek. Byłem standardowym licealistą, poszukującym jakichś identyfikacji światopoglądowych, troszkę po omacku wszedłem w świat literatury, uczyłem się nade wszystko czytać ze zrozumieniem. Tak się szczęśliwie złożyło, że całe pokolenie tzw. ”brulionu” pisało rzeczy, które rozumiałem, bo przecież znajdowaliśmy się wszyscy w sytuacji, którą najlepiej oddał właśnie Świetlicki: ”świat stoi przed nami potworem”.
Na debiut trzeba się odważyć. I wiem, że nie każdego na tę odwagę stać. Nie każdy chce się wystawić na widok, poddać ocenie. Ty chciałeś?
Bałem się straszliwie, paraliżujący wstyd głośniej lektury swojego wiersza w jakimś sensie korelował z tym, o czym ten wiersz traktował: właśnie o wstydzie zwierzenia. Ryszard Krynicki, wybitny polski poeta, i późniejszy mój wydawca, powiedziałby raczej o „bezwstydzie zwierzenia”. Ale wtedy, jako bardzo młody człowiek, podskórnie czułem, że może właśnie o ten ton trzeba walczyć, że znalazłem się w pewnym momencie rozwoju historii literatury polskiej, w którym jej odbiorcy mają już dość narodowej tromtadracji i chcą dowiedzieć się, co też słychać na dnie metaforycznej wanny, tam, gdzie wiedziemy życie całkowicie prywatne, gdzie wreszcie zostajemy sam na sam z własnym odbiciem w brudnej wodzie czasu, która spływa do metafizycznych ścieków. Doskonale pamiętam, że chodziło w tym pisaniu o intymistykę dnia codziennego, nie o narcystyczne opętanie organizujące nam współczesny świat. Chciałem też poddać się ocenie, bo uznawałem, że lepsi i starsi ode mnie, bardziej doświadczeni poeci, po prostu pomogą mi poprzez tę ocenę w dalszych poszukiwaniach swojego języka poetyckiego.
Gdzie zaprowadziły Cię „Dzikie dzieci”?
Wygląda na to, że ta niepozorna, debiutancka książka może pozostać jedynym świadectwem mojego istnienia (śmiech), bo faktycznie podobała się, miała chyba ze trzy wydania, co pozwoliło mi wzmóc własną czujność i ośmieliło mnie do natychmiastowego porzucenia sposobu pisania, który chyba przychodził mi łatwo. Generalnie nie ufam książkom, które się podobają. Wolę rzeczy, które stawiają mi opór. A „Dzikie dzieci” wchodzą w czytaniu łatwo. Jest w nich zdeponowana jakaś podejrzana uniwersalność, co nie może być do końca zarzutem, wszak wszyscy mieliśmy jakieś dzieciństwo, jakieś adolescencyjne rozterki, które przecież przeżywane w czasie rzeczywistym urastają do rangi egzystencjalnych przepaści i dramatów. Jedno do dziś mi się w „Dzikich dzieciach” podoba. Mianowicie zadają kłam przekonaniu, które dziedziczymy za Bruno Schulzem, że dzieciństwo to ”genialna epoka”. Mój bohater nie dysponował wyobraźnią, nie miał instrumentów poznawania świata ”w głąb”. Za to był niezły w surfowaniu po powierzchni zjawisk. Był ”każdym” smarkaczem epoki późnego PRL-u. Może dlatego czuł się bezpiecznie?
Lech Majewski na zdjęciach próbnych do „Wojaczka” podobno nie wiedział, że jesteś poetą.
Też tak słyszałem. Te próbne zdjęcia i późniejsze nieco próby w Teatrze Korez to była moja próba ognia. Podobno istnieją gdzieś zapisy tych działań. Myślę, że dziś mogłyby stanowić jakiś rodzaj poglądowych sesji terapeutycznych z cyklu ”SBB”: szukaj, burz, buduj. ( śmiech ). Majewski mnie złamał, wypatroszył, a potem w moje ciało i mental włożył truchło ”Rafała Wojaczka”, by fabularnie ożyło ku czci tego wybitnego, mikołowskiego poety. Cała ekipa filmowa złożyła w ten sposób hołd temu geniuszowi polskiej poezji, a ja złożyłem się na ołtarzu tego śmiesznego fachu, jakim jest aktorstwo, na szczęście tylko na dwa tygodnie, bo tyle trwały faktyczne zdjęcia. Ale wspomnienia mam fajne. Dużo zawdzięczam temu filmowi, ale jedno pozostaje najważniejsze: poznałem przyszłą żonę.
„Wojaczek” był twoim filmowym debiutem, także na wielu czerwonych dywanach, bo film w reżyserii Majewskiego zgarnął nagrody, m.in. na Festiwalu Kina Niezależnego w Barcelonie i Festiwalu Kina Europejskiego w Coroto - oba w 2000 roku, ty sam byłeś nominowany do Europejskiej Nagrody Filmowej.
Faktycznie biorąc pod uwagę skalę indolencji aktorskiej, którą reprezentowałem podczas prób, finalny efekt na taśmie filmowej mógł zaskakiwać. A te dywany są najczęściej mocno zmechacone , najpewniej z powodu potu wylewanego tam przez ludzi walczących o życie na ściankach, a może raczej pod ścianą, z gotowym do wystrzału plutonem egzekucyjnym fotoreporterów. Widziałem to z bliska i bardzo mi się to nie podobało. Owszem, parę znajomości z tamtego okresu mi zostało, ale szybko wróciłem na stare śmieci literatury, bo to moje śmieci. Jedyny gość, który z tego wielkiego świata aktorstwa, spowodował, że mi się ugięły nogi to Harvey Keitel. Przybiliśmy piątkę, dziabnęliśmy po sznapsie, okazał się dokładnie tym gościem z „Pulp fiction”, który rozwiązuje problemy. Bardzo ciepło też wspominam kontakt z Liv Ullmann i Björk. Okazały się zaskakująco ”ludzkie”. Wong Kar - Wai zapłacił za moje śniadanie, paczkę Cameli spaliłem z Bruno Ganzem. Takie mam flashbacki z tych dywanów.
„Wojaczek” wywrócił Twoje życie. Także prywatne. Dzięki niemu poznałeś swoją żonę. Debiutowałeś więc jako partner, mąż, a w 2014 roku jako ojciec, bo urodziła ci się córka – Nina.
Owszem. ”Wojaczek” pozwolił mi wydorośleć. Ale dojrzałość pojawiła się z czasem, i ten najszczęśliwszy czas mojego życia właśnie trwa, bo żyjemy razem już ćwierć wieku, a Nina jest piorunującym dzieckiem. Bardzo lubię swoją córkę, lubię ją jako człowieka, z którym chciałbym się zakumplować, co nie jest takie oczywiste. Czasem, kiedy spoglądam na rodziców drących ryja na swoje dzieci, myślę, że oni te dzieci kochają, ale ich nie lubią. Nie wiem jakim jestem mężem, nie do mnie należy ocena. Jeśli chodzi o bycie ojcem, też się tego dopiero dowiem od właściwej instancji, kiedy wejdzie dalej w życie. Kiedy zacznie to życie wieść już bez nas, kiedy zacznie surfować - mam nadzieję „w głąb” rzeczywistości, a nie po powierzchni zjawisk - bo przecież ten moment bezapelacyjnie się zbliża.
5 września o godz. 17.00 w PreZero Arenie Gliwice (Mała Arena) przy ul. Akademickiej 50 odbędzie się uroczysta gala wręczenia Gliwickiej Nagrody Literackiej. Gościem specjalnym będzie noblistka Olga Tokarczuk. Spotkanie z nią poprowadzi prof. Ryszard Koziołek.
Gliwicka Nagroda Literacka to program stypendiów i rezydencji twórczych, skierowany do autorek i autorów pracujących nad swoją pierwszą lub drugą książką. Nagroda przyznawana jest w trzech kategoriach: poezja, proza oraz esej i reportaż. To wyróżnienie dla osób, które są na początku swojej drogi literackiej, ale już tworzą teksty o dużym potencjale artystycznym.
„Siwczyk z pewnością jest poetą, który nigdy nie stał w miejscu, zwłaszcza, że w jego kontekście pisano wręcz o zapadaniu się w ruchome piaski języka, a Marcin Sendecki jednoznacznie stwierdził: „Bodaj nikt, przynajmniej w paru ostatnich dekadach, nie wykonał tak znamiennej stylistycznej wolty”. To fragment laudacji opublikowanej w 2021 roku przy okazji przyznania Ci stypendium artystycznego Miasta Stołecznego Warszawy. Niezwykle szybko przeszedłeś drogę od genialnego dziecka polskiej poezji do współczesnego klasyka. Po każdej publikacji uważnie czytanego. Choć twój język wymagał, i wymaga, niezwykłego intelektualnego wyrobienia.
Wiesz, określenie klasyk jest jeszcze bardziej niepokojące niż debiutant. Nic właściwe nie znaczy w dzisiejszym stanie literatury i jej społecznej pozycji, a może mieć poważne konsekwencje dla kogoś, kto w nie uwierzy. Ja po prostu staram się - a przychodzi mi to z latami i przyborem przeczytanych i napisanych książek z coraz większym trudem - zaskakiwać samego siebie i zwyczajnie próbuję dbać, aby mój język był jakoś ruchliwy, żeby nie powtarzał rejestrów, w których ktoś inny porusza się z gracją, a ja fałszuję. A propos podwójnego znaczenia słowa fałsz, z latami bardzo zależy mi na w miarę czystym brzmieniu zdania, czy akapitu, który próbuję wymęczyć. Nie piszę dużo, daję sobie czas na uleżenie poszczególnych słów, które muszą odnaleźć jakąś, najczęściej incydentalną, prawdę życia, ale tylko mojego, małego życia. Tyle mi wystarcza za frukta, które przynosi czasem literatura. Zaznaczam: przynosi je z rzadka. Zdecydowanie więcej natomiast zabiera. Głównie czas. Choć zdarzają się oczywiście ”wybrańcy mowy”, którzy swój idiom po prostu mają. Ja do nich nie należę. Znam skalę własnych ograniczeń i wiem, że w tym również może tkwić moja uparta wiara w literaturę jako język porozumienia między ludźmi.
Jesteś dyrektorem znaczących festiwali literackich – festiwalu Miłosza, i jurorem równie znaczących nagród literackich – Nagroda Nike. Który wyławia/ocenia/ smakuje/odrzuca. Znasz języki poezji, wyrafinowanego eseju. Jak dziś, w świecie nadmiaru wszystkiego, także w literaturze, sytuuje się debiut?
Swój dyrektoriat artystyczny w Festiwalu Miłosza formalnie skończyłem parę sezonów temu, ale sympatyzuję z tą krakowską imprezą. Dużo tam się dzieje, zwłaszcza wśród młodszych metrykalnie ode mnie autorek i autorów. W nagrodzie Nike też swoje przeżyłem, jesteśmy na moment przed ostatecznymi werdyktami. Nie mogę się doczekać, kiedy znowu zacznę czytać dla przyjemności, a nie zawodowo. Oczywiście czasami się to pokrywa, parę fenomenalnych odkryć literackich zdarzyło mi się w ramach pracy w Nike. „Trash story” Mateusza Górniaka na przykład, silny, idiomatyczny debiut. Myślę, że warto go śledzić dalej. Generalnie polska literatura jest bardzo bogata, kategorialnie zróżnicowana, czasami zaskakuje najbardziej na styku gatunków, gdzieś między poezją a esejem, tam szukam skarbów. Gdzieś na przecięciu gatunków i stylów, gdzie widać wahanie twórczyni lub twórcy, który bardziej mówi, że ‘”nie wie”, niż ”wie”. Literatura jest po to, żeby twórczo nie wiedzieć. To broni ją przed ideologizacją, i nieczystą grą w jednoznaczne obrazy rzeczywistości.
Festiwale i nagrody literackie. Moda czy dobry sposób na bycie w literaturze?
Na przestrzeni ostatnich dwóch dekad powstało parę poważnych instytucji wspierających literaturę, dbających o jej dobrostan, a jest to akurat taka dziedzina aktywności ludzkiego umysłu, która domaga się mecenatu. Bez niego po prostu obumrze, a z nią obumrą szare komórki, które po to mamy, żeby je pobudzać drukiem. Zdaję sobie sprawę, że homo lector jest na wymarciu, ale jeszcze jego dni nie są policzone. W tym upatruję źródła przyszłego buntu młodych, również mojego dziecka, którzy rzucą w pierony wirtualny świat i odnajdą ten zapomniany – mówiąc za Adamem Zagajewskim i Julianem Kornhauserem - świat nie przedstawiony, realny, który na szczęście się o nas zawsze upomni, chociażby w tej wannie, coraz bardziej wystygłej, gdzie czeka na nas starość i śmierć. To jedyny utylitarny sens śmierci i starości. O ten sens chodziło mi w tym wierszu sprzed ponad trzydziestu lat. Oby festiwal i nagrody tylko rozmnażały się przez pączkowanie, albo jak króliki! Ale do tego potrzebna jest świadoma polityka na poziomie państwa i samorządu.
Gliwice powołując Nagrodę Literacką i stypendia artystyczne chciały odwrócić złą karmę i stać się miejscem, które twórców i twórczynie literacko hołubi, życzliwie przygarnia. Czy to się uda?
Nie wiem, to zależy od nas, gliwiczan. Na ile będziemy zdeterminowani, żeby uczestniczyć w życiu literackim, albo szerzej, w życiu lekturowym, na ile książki określają nasze światoodczucie. Moje określają w stu procentach, i mam nadzieję, że moje imię to ”milijon”. Że moje imię to ”każdy”. Lubię tak marzyć, chociaż wyobraźni mi nie starcza. Ale teraz bez romantyzowania powiem tyle. Cieszę się, że dożyłem tej synergii między oddolną energią i odgórną wolą polityczną. Z Katarzyną Kuczyńską-Budką przyszła wola, z Miejską Biblioteką Publiczną pod wodzą Bogny Dobrakowskiej instytucjonalny zapał i profeska, z Juliuszem Pielichowskim pomysł na nagrodę, wszedł w to prof. Ryszard Koziołek i załoga Uniwersytetu Śląskiego, będzie z nami Olga Tokarczuk. Początek jest wielce obiecujący.
Ty sam Gliwice wielokrotnie przywołujesz właśnie w kontekście nieobecności na mapach literackich, boczysz się na nie. W jednym z wywiadów mówisz tak: prowadzę dialog z moim miastem w ciszy. Coś o nim twierdzę, a za chwilę w swoich zapiskach to wywracam. Zresztą jako czterdziestolatek nie mam jednoznacznego stosunku do miejsca, w którym żyję. To jest jakiś romans bez spełnienia, miłosna, dziwna gra. Jestem koło tego miejsca, jak w tytule eseju. Raz bliżej, raz dalej”. Czy coś się tej relacji zmieniło?
Tak, zmieniło się, albo zmienia. Mam tu sporo kumpel i kumpli. Trzymam sztamę z Szymonem Szwajgerem, Wojtkiem Nurkiem, Małgośką Tkacz-Janik, Markiem Zimą Niewiarowskim, ludźmi zaangażowanymi w kulturalną jakość tego miasta, sam staram się nie być bez winy, i angażować się ile mogę, od dwóch dekad prowadzę tu warsztaty literackie, gdziekolwiek jestem, mówię, że jestem stąd. Znasz mnie nie od dziś i wiesz, że kocham to miasto. I z tej miłości wzięła się również moja literatura, zwłaszcza ta kąśliwa. Wiele lat temu ”Tygodnik Powszechny” ustawił rozmowę między Adamem Zagajewskim i mną, w której Adam powiedział to zdanie: ‘”Gliwice nie stworzyły humanistycznej reprezentacji tego, czym faktycznie są.” Potrzebowałem lat, żeby udowodnić również sobie, że Adam może się mylił. On chciał się mylić. Daję sobie odciąć palec ręki, która pisze te słowa, że Adam, gdyby żył, wszedłby jak w masło w inicjatywę Gliwickiej Nagrody Literackiej.
Na gali Gliwickiej Nagrody Literackiej wspominałeś, że członkinie i członkowie Kapituły spierali się, twórczo, podczas obrad. Wybór laureatów i laureatek był trudny? A może działał na zasadzie olśnienia?
Chyba nie można sobie wyobrazić lepszego rodzaju poróżnienia niż spór, jaki możemy toczyć wokół literatury. Podczas takiej rozmowy znaczenie słowa spór płynnie przechodzi w rodzaj wzajemnego wsłuchiwania się we wrażliwość tego, z kim go toczymy. Tym samym otrzymujemy rzadką szansę na budowanie porozumienia wokół tak dyskretnej i z gruntu idiomatycznej cechy, jaką jest lekturowa empatia. Bo w rzeczy samej umiejętność współodczuwania i współbycia z tekstem literackim faktycznie buduje wspólnotę ludzi czytających, a przecież z takich ludzi utkaliśmy kapitułę Gliwickiej Nagrody Literackiej. Są to ludzie, – jestem o tym głęboko przekonany – dla których teksty literackie są wyjątkowo czułymi instrumentami pomiaru rzeczywistości, jej obrysem i diagnozą. Po prostu mam do tych ludzi zaufanie i dlatego nasze obrady były fantastyczną, intelektualną przygodą. Jasne, byliśmy otwarci na olśnienia, ale jeszcze bardziej na umiejętność uzasadnienia dlaczego coś nas olśniewa. Nie chcieliśmy pozostawać w olśnieniu niemym. Dlatego zdecydowaliśmy, że nasze laudacje laureatów i laureatek będziemy podczas gali czytać na głos, otwartym tekstem, biorąc publiczną odpowiedzialność za każde słowo, które w nich padło. Te słowa zostaną sprawdzone w czasie przez książki, nad którymi w ramach gliwickich rezydencji będą pracować wskazani przez nas laureaci i laureatki. Bardzo zależy mi, żeby ich pobyt w Gliwicach miał charakter możliwie otwarty, warsztatowy, angażujący przestrzeń miejską, zapraszający do wspólnego czytania. Tak widzę rolę GNL w przyszłości.
Z laudacji wygłoszonych podczas gali wyłania się niejednoznaczny obraz literatury. Twórcy i twórczynie mówią do nas różnymi językami: poezji, prozy, eseju i reportażu. A jednak widać wspólny korzeń: to wrażliwość na współczesność, wyczulenie na jej społeczny, a zaraz potem osobisty, intymny czy domowy ryt. Ciekawa jestem Twojej diagnozy.
Istotnie, projekty autorskie doskonale zorkiestrowały się właśnie z tym, co nazywasz wrażliwością i złożonym obrazem rzeczywistości. Wrażliwość na złożoność świata jest chyba bardzo uczciwym sposobem jej traktowania. Przyznaję, - i z pewnością nie jestem odosobnionym przypadkiem- , że mierzi mnie prostacki sposób opisu rzeczywistości, która ma mieścić się w zideologizowanych pohukiwaniach, które dochodzą nas z obszaru współczesnej polityki karmiącej się tym populistycznym humbugiem. Literatura od swojego zarania pracuje w obszarze półcienia, złożoności, problematyzacji i buntu wobec intelektualnego banału. Tak się szczęśliwie złożyło, że mieliśmy z czego wybierać. Nadeszło sporo prac, które legitymizowały się głęboką świadomością tego, co prywatne i publiczne, również tym, jak te obszary wzajemnie dziś się przenikają, jak potrafią być zaczątkiem zmiany społecznej. Zresztą na styku gatunkowego rozszczelnienia działo się najwięcej fajnych, oryginalnych brzmień języków prozy, poezji i eseju/reportażu. Zresztą o rozszczelnieniu tego ostatniego gatunku pięknie i przekonywująco na gali mówiła Katarzyna Surmiak-Domańska. Tak więc jako kapituła mieliśmy szczęście: dzięki naszym laureatkom i laureatom zostaliśmy w poczuciu, że literatura - ta nowa, przeddebiutancka i krótko po debiucie – nie kłania się presji politycznej, nie ulega ciśnieniu łatwych recept, nie upraszcza świata, nie żyruje ideologicznych koniunktur. Mówi swoimi, oryginalnymi językami. Tym samym dodaje rzeczywistości sensów, pogłębia ją, a nade wszystko oświetla jej obszary zapoznane.
Szczególnie jest mi bliski reportaż, dlatego bardzo się cieszę z nagrody i stypendium dla Moniki Glosowitz. Również dlatego, że porusza się na śląskiej ziemi, jest stąd i stąd czerpie tematy do badań, do reportażu. O grupie dotąd niewidzialnej – babach, czyli babkach, matkach, żonach, córkach, wnuczkach, siostrach z rodzin górniczych. Monika wprowadza je literackie salony. A jaki był/była twój faworyt/faworytka?
Tak, właśnie Monika Glosowitz dała mocne światło na to, co zapoznane. Właściwie swoim projektem wypełniła po stokroć pensum rewelacyjnego reportażu. Nie powinienem tu zdradzać swoich typów, ale chyba dało się zobaczyć uśmiech na mojej twarzy, kiedy Monika mówiła do nas z wielkiego telebimu. Zresztą ten uśmiech nie schodził mi z twarzy, tylko rósł z każdym wyczytywanym tego wieczoru nazwiskiem. To był generalnie uśmiechnięta gala. Tłum ludzi, jakiego nie widziałem wcześniej w kontekście literatury, Olga Tokarczuk imponująca mądrością pisarską, ale też stricte życiową głębią doświadczenia i dowcipna jak za starych czasów - naliczyłem, że nie widzieliśmy się chyba z dwie dekady i w sumie nie wiem, gdzie te lata się podziały -, Ryszard Koziołek w turbogalaktycznym napędzie, załoga Miejskiej Biblioteki Publicznej w Gliwicach, która ogarnęła perfekcyjnie jednak dużą imprezę, Juliusz Pielichowski i jego spokój, wreszcie wyluzowana Kaśka Kuczyńska-Budka, która jest naszą Prezydentką, tak jak Olga jest naszą noblistką. Miałem poczucie wspólnoty, ale nie dekretowanej ustawą, tylko spontanicznie tworzącej się wokół fenomenu, jakim jest literatura. Kiedyś nie mogłem nawet marzyć, że w Gliwicach zacznie się taka przygoda. A przecież dopiero startujemy. Nie ukrywam, że był to debiut z przytupem. Ale dopiero się rozkręcamy! Boję się, co będzie , kiedy wrzucimy drugi bieg.
Ur. 1977. Polski poeta, eseista i krytyk literacki, autor osiemnastu tomów poetyckich oraz licznych książek krytyczno-literackich. Debiutował w 1995 roku zbiorem wierszy Dzikie dzieci. W kolejnych latach wydał m.in. Wiersze dla palących(2001), Centrum likwidacji szkód (2008), Gody (2012) oraz trylogię Krematoria (2021-2022). Jego twórczość była tłumaczona na wiele języków, w tym niemiecki, francuski i włoski. Jest również autorem kilku książek eseistycznych –Ulotne obiekty ataku (2010) i Bezduch (2018). Laureat Nagrody Fundacji Kościelskich, Nagrody Literacka Gdynia i Nagrody Silesius. Był także finalistą francuskiej nagrody Prix de la revue NUNC oraz laureatem międzynarodowej Nagrody Václava Buriana. Ostatnio jego wiersze wybrane A Calligraphy of Days zostały wydane przez Seagull Books (Londyn). Regularnie pisuje felietony do tygodnika „Polityka” i zasiada w jury Nagrody Nike. Mieszka w Gliwicach.


Komentarze (0) Skomentuj