Dzień 31. wyprawy, ok. 3100 km pokonanych. Niestety, nagły wypadek w Finlandii zmusił Michała Bradela do przerwania wyczerpującej wyprawy. Gliwicki podróżnik koziołkował na rowerze, spadając ze skarpy. Na szczęście skończyło się na połamanych palcach, ale opis całego zdarzenia brzmi niezwykle groźnie. 

Tak Michał opisuje swój wypadek:

"Po dziesiątkach trudnych nocy, setkach godzin w drodze i tysiącach pokonanych kilometrów muszę zawrócić. Wiele osób w tym miejscu czułoby dumę z drogi, jaką przebyli, a mimo to po moich policzkach spływają łzy pełne smutku. Nie zwyciężyłem, ale też nie poniosłem porażki, bo walczyłem do końca. Nie poddałem się, nie uciekłem, nie zdezerterowałem. Zostałem ranny na polu bitwy i niestety ta walka będzie się toczyć dalej beze mnie. Mimo tego, że chciałem walczyć dalej i byłem gotowy wrócić do pierwszego szeregu. Całą noc układałem w głowie plan, jak wrócić na szlak i dokończyć to, co zacząłem, jednak o świcie, słowa lekarzy zabiły ostatnie kiełki nadziei. Zabroniono mi kontynuowania wyprawy.

Mimo to nie mogę zwalić winy na lekarzy. Ostatecznie to ja musiałem podjąć tę decyzję i zmierzyć się z jej konsekwencjami. Nie ma też winnego tego wypadku. To ja i moja nieuważność oraz przemęczenie spowodowały ten wypadek.

Ale co się tak naprawdę stało? Podczas jazdy z prędkością poniżej 30 km/h w moim kole zblokowała się gałąź, gruba i twarda. Nie wiem, jak to się stało, że jej nie ominąłem, miałem miejsce, ale słaba widoczność, deszcz i potworny północny wiatr z pewnością maczały w tym palce. Po zblokowaniu czekało mnie koziołkowanie z rowerem, które zakończył dopiero rów aglomeracyjny paręnaście metrów dalej. Wpięcia SPD nie ułatwiły sprawy, trzymając mnie uwięzionego w pedałach, jednak to prawdopodobnie dzięki nim moje nogi wyszły z tego bez większego szwanku. W gorszej sytuacji znalazła się moja głowa, którą z pewnością kilkukrotnie uderzałem o wszystko, co było na drodze, oraz brzuch, który doznał obrażeń w wyniku uderzenia prawdopodobnie o kierownicę. W najgorszym stanie jednak znalazła się moja lewa dłoń, która przyjęła na siebie większość siły mojego upadku, łamiąc przy tym dwa palce. Wskazujący, który zastałem powyginany w różne kierunki, oraz kciuk, który pękł podczas uderzenia.

W pierwszym momencie ciężko było mi jakkolwiek się ruszyć, jednak najgorsza była ciemność wszystko widziałem rozmazane, jakby przez gęstą mgłę, choć bardziej zasadnę będzie powiedzenie że nic nie widziałem. Straciłem orientację, nie wiedziałem, gdzie jestem ani co się dzieje. Leżałem tak jakiś czas, może paręnaście minut, powoli orientując się, co się właściwie wydarzyło. Czułem ciepło spływające po mnie falami. To nie było moje pierwsze złamanie, wiedziałem, co będzie dalej. Parę minut później doszedłem do siebie na tyle, by się ruszyć, ale do wezwania pomocy była jeszcze daleka droga. Z mojej rękawiczki obficie kapała krew, a ja wiedziałem, że muszę ją zdjąć. Palec po palcu, aż doszedłem do wskazującego, który wygięty był w różne strony. Samo zdjęcie rękawiczki było walką samą w sobie. Palec puchł, ale ostatecznie mocnym pociągnięciem, nastawiaǰacym wybity paliczek udalo się dłoń była uwolniona. Został tylko kciuk, z którego, jak później się dowiedziałem, wypływała cała krew która mnie otaczała. To był pierwszy sukces, jednak od roweru wciąż dzieliło mnie kilka metrów. Centymetr po centymetrze aż do kierownicy. Chwyciłem telefon i próbowałem wybrać numer, ale prawie nic nie widziałem. Mrugałem, przecierałem oczy, ale wszystko było szare. Moje prawe oko szybciej zaczęło dochodzić do siebie i po chwili usłyszałem fiński głos w słuchawce.

Byłem wykończony, ciągle słyszałem tylko: "Znajdziemy cię, ale musisz mi powiedzieć, gdzie jesteś, bo nie mogę cię namierzyć." Wygrzebałem się na asfalt i próbując czytać nazwy najbliższych miejscowości, które mnożyły mi się w oczach. Słyszałem tylko: "Nie umiem takiej znaleźć, spróbuj coś innego." Po ponad 20 minutach rozmowy w kółko przewijało się zdanie: "Znajdziemy cię, ale musisz mi pomóc, musisz mi powiedzieć, gdzie jesteś." Nie miałem już siły. Leżałem, śmiejąc się i płacząc zarazem na lodowatym, mokrym asfalcie.

Jednak się udało, po ponad 40 minutach ustaliliśmy moją lokalizację. Teraz tylko czekać na karetkę. Czas biegł, a pomoc nie nadciągała, ale z każdą minutą dochodziłem do siebie. Po pół godziny dostałem telefon: "Mówi Laura z karetki, jesteśmy w drodze, będziemy za 15 minut. Jeśli nie będziemy umieli cię znaleźć, zadzwonię do ciebie." Minęło 15, następnie 20, później 30 minut, ale dojechali.

Prawie wszystko udało się zabrać, jednak mój rower, mój dzielny wierzchowiec nie był w stanie zmieścić się do karetki, dlatego został tam, gdzie miał miejsce wypadek. Po godzinie jazdy czekała mnie zmiana karetki, później kolejne kilometry i szpital, rentgeny, nastawianie, a później tylko badania które wychodziły dobrze a mimo to z każdą chwilą było ich coraz więcej i więcej.

Jednak to nie tylko moja opowieść, to historia o fińskiej opiece medycznej, która zrobiła wszystko, żeby mi pomóc. Nie tylko po wypadku, ale przez cały pobyt nieustannie ktoś przychodził sprawdzić, jak się czuję, ale też porozmawiać i zwyczajnie dotrzymać mi towarzystwa. To też opowieść o nowej przyjaźni z pewnym Włochem, który mimo swojej podróży zdecydował się pomóc mi w drodze do hotelu i wziął na siebie cały transport mojego ekwipunku. To historia która w tym miejscu się kończy otwierając drzwi do następnych przygód. Dziękuje wszystkim osobą które towarzyszyły mi podczas tej podróży to zaszczyt mieć takie wsparcie".

O wyprawie przeczytasz tu: Dla Łukasza pokona 60 Ironmanów

Michale, my jesteśmy z Ciebie ogromnie dumni. Pozdrawiamy Twoich rodziców, którzy zapewne bardzo przeżyli to zdarzenie. Wracaj do Gliwic i... wracaj do zdrowia. 

Galeria

wstecz

Komentarze (0) Skomentuj