Rozmowa z Krzysztofem Kobylińskim, pomysłodawcą i dyrektorem artystycznym Festiwalu PalmJazz.

Jak oceniasz atmosferę 16. edycji festiwalu PalmJazz? To był prawie miesiąc intensywnych muzycznych doznań. 
Była znakomita, a publiczność, choć fluktuuje, jest bardzo dobra i lojalna. Ludzie nauczyli się festiwalu i wiedzą, że warto na niego przyjść. Publiczność jest koneserska, z wyrobionym gustem muzycznym, skupiona na światowych i polskich markach jazzowych. Mam też wykonawców, których lubię zapraszać i gościli już kilka razy, a to, moim zdaniem, jest dodatkowym elementem tożsamościowym festiwalu.

Jaki był dla Ciebie i dla publiczności najbardziej emocjonujący moment tegorocznej edycji? 
Myślę, że był to pierwszy koncert festiwalu, kiedy zagrali Leszek Żądło/Marcin Krzyżanowski, a w drugiej części James Brandon Lewis Quartet. Bardzo dobrze przyjęto koncerty w Tarnowskich Górach, czyli Annę Marię Jopek, Irka Głyka czy Gabi Blachę. No i oczywiście Kronos Quartet: koncert był znakomity, poza dyskusją, choć niekoniecznie „emocjonujący” w młodzieńczym sensie.
Czy nowa formuła pięciu „miejscówek” festiwalowych sprawdziła się? I jak układała się współpraca z lokalnymi partnerami? 
Współpraca z lokalnymi partnerami była bardzo dobra, jednak własne zaplecze techniczne festiwalu ułatwia logistykę, a w innych lokalizacjach wymaga to dodatkowych uzgodnień. Wracając do festiwalowych emocji. Na pewno było ich sporo podczas dni z Jam Sessions. Jeden z prowadzących, Dima Gorelik, mówił, że mimo kameralnej frekwencji, warsztaty okazały się wartościowe, odkrywając młodych, obiecujących muzyków np. duet perkusistki i saksofonisty z Gliwic. Być może zaprosimy ich na kolejne festiwalowe koncerty. Jestem zadowolony, bo mieliśmy bardzo wielu wykonawców, jak chociażby Kronos Quartet.

PalmJazz jest skierowany do publiczności nieprzypadkowej i wyrobionej, która ma bardzo określony muzyczny gust, jest sfokusowana, użyjmy takiego mądrego słowa, na światowe i polskie marki muzyczne. 
Festiwal miał w tej edycji podtytuł „festiwal klasyczny, etniczny i jazzowy”. Choć większość to jazz, cenię artystów o silnej tożsamości, nawet spoza ścisłego nurtu jazzowego (np. Irena Santor, Ewa Bem, Zespół Pieśni i Tańca Śląsk). Osobiście skupiłbym się na muzyce współczesnej, prawdziwej muzyce etnicznej, poważnej elektronice i muzyce improwizowanej. Co do festiwalu, w przeszłości mierzyliśmy się z utratą finansowania, co obniżyło pozycję w rankingach i utrudniło pozyskiwanie wykonawców z największych agencji. A jak wiemy odbudowa marki jest procesem długotrwałym i myślę, że będzie teraz trochę trudniej. Jednak mierzymy wysoko zarówno jeśli chodzi o wykonawców, jak i nurty oraz nowe nazwiska. W tym roku nie udało się zaprosić Hiromi, ale będzie jedną z gwiazd Palm Jazz w 2027 roku. To świetna pianistka, niezwykle energetyczna showmanka. A poza sceną, bardzo spokojna, wyciszona osoba. Sam byłem zaskoczony taką dwoistością.

Od lat obserwuję Twoje poczynania artystyczno-programowe. Robisz wolty: a to Śląsk, a to Irena Santor, a to Ewa Bem. Niekoniecznie przypisane do nurtu, z którym można kojarzyć festiwal. Lubisz zakręcić publicznością.
Zapraszam ludzi, których szanuję. PalmJazz nie jest festiwalem ortodoksyjnym. Jego misją jest oferowanie muzyki dla publiczności o większym niż przeciętne wykształceniu i potrzebach estetycznych. Powtarzam to jak mantrę.

A jak planujesz następną, 17. edycję festiwalu? 
Ciągle myślę nad zaproszeniem na festiwal Jacoba Colliera, brytyjskiego piosenkarza, kompozytora, autora tekstów i multiinstrumentalistę. Pierwotnie miał zagrać w 2025 r. w Gliwicach, w PreZero Arenie. Wokół tego koncertu mieliśmy stworzyć serię wydarzeń. Jednak konkurencja zablokowała mi Colliera i musiałem z tego planu zrezygnować. Być może uda się zaprosić takich artystów jak Garbarek czy Hiromi, która najprawdopodobniej zagra na festiwalu w 2027 r. Zrobiłem listę artystów, ale co z tego wyniknie, do końca nie wiem. Myślę o Leszku Możdżerze, jeśli nie pojedzie do Australii, bo takie ma plany w czasie kiedy organizujemy PalmJazz. Chciałbym powtórzyć koncerty Anny Marii Jopek, tym razem w Gliwicach. No i Diane Reeves, jeśli będzie w Europie w tym czasie, bo u nas na festiwalu jej jeszcze nie było.

Rozmawiała Małgorzata Lichecka

wstecz

Komentarze (0) Skomentuj