4 czerwca 1989 r. na mocy porozumień między władzami PRL a częścią opozycji odbyły się częściowo wolne wybory parlamentarne. Zwycięstwo Solidarności otworzyło nową epokę w najnowszych dziejach Polski oraz wpłynęło na proces upadku komunizmu w Europie Środkowej.
O początkach demokracji, ale i bieżących sprawach dotyczących Polski rozmawiamy z Januszem Steinhoffem byłym posłem i wicepremierem, Honorowym Obywatelem Gliwic.
Siedzimy w Pańskim domu. Niewielu wie, że przed laty był tu jeden z bastionów antykomunistycznej opozycji. Tutaj spotykali się bezimienni bohaterowie Solidarności, tutaj stworzono potężny system dystrybucji tzw. bibuły, czyli niepodległościowych wydawnictw. Jak Pan patrzy na te wydarzenia z perspektywy ponad trzech dekad?
Nikt wówczas z nas nie marzył, że zmiany w Polsce nastaną tak szybko. Że będzie to początek nowej epoki, czas wielkiej euforii i nadziei, którym towarzyszyła refleksja i obawa, czy ówcześnie rządzący komuniści będą w stanie pokojowo odejść od totalitarnego systemu.
Został Pan jednym z dwójki posłów Ziemi Gliwickiej.
Pamiętam ten dzień. Byłem na uczelni, nagle zadzwonił telefon. To był Marian Krzaklewski. Poinformował mnie, że wraz z dr Elżbietą Seferowicz z Zabrza zostaliśmy wytypowani jako kandydaci Komitetu Obywatelskiego ,,Solidarność” w okręgu gliwicko-zabrzańskim w wyborach do Sejmu. Byłem całkowicie zaskoczony, zastanawiałem się, dlaczego akurat ja. Myślę, że znaczenie miał mój udział w przygotowaniach do obrad Okrągłego Stołu. Byłem doradcą strony opozycyjnej w sprawach górnictwa i ochrony środowiska. Wiadomość mimo wszystko była dla mnie dużym zaskoczeniem. Miałem wielkie wątpliwości czy przyjąć ta propozycję. Przekonał mnie ostatecznie do podjęcia tego wyzwania Zbigniew Pańczyk (późniejszy pierwszy wywodzący się z Solidarności prezydent Gliwic), z którym współpracowałem przez wiele lat w podziemiu. Ostatecznie decyzję o mojej kandydaturze podjął ówczesny Zarząd Regionu NSZZ ,,Solidarność” i Komitet Obywatelski przy Lechu Wałęsie. Zaczął się ciężki czas kampanii wyborczej.
Triumf Solidarności był przygniatający.
Ludzie mieli dość ówczesnego systemu i dali temu wyraz w wyborach z 4 czerwca 1989 roku. Solidarność triumfowała. Na 161 możliwych mandatów poselskich „S” zdobyła 161 miejsc, a także 99 mandatów na 100 miejsc w senacie. Z naszego terenu Elżbieta Seferowicz i ja zostaliśmy posłami, a August Chełkowski, Andrzej Wielowieyski i Leszek Piotrowski – senatorami. W stosunkowo niewielkim okręgu wyborczym, obejmującym Gliwice, Zabrze, Pilchowice, Sośnicowice i Rudziniec, dostałem ponad sto tysięcy głosów poparcia!
Jak Pan patrzy na minione trzy dekady?
Z dumą! Jako naród dokonaliśmy rzeczy niezwykłej - bezkrwawej rewolucji. Byliśmy w awangardzie zmian wśród krajów Europy Środkowej i Wschodniej. Warto o tym pamiętać w czasach, gdy historia coraz częściej jest traktowana instrumentalnie, stała się obiektem bieżącej, populistycznej taktyki politycznej. Z nostalgią myślę o odpowiedzialności za kraj, przywiązaniu do polskiej racji stanu, politycznej odwadze i determinacji solidarnościowych rządów, dzięki którym Polska dziś należy do NATO i UE, jest szybko rozwijająca się gospodarką europejską, liczącą się w świecie. Nigdy w historii nie byliśmy na tym poziomie rozwoju. O skali zmian niech świadczy fakt, że przed 36 laty polskie PKB stanowiło 18 proc. francuskiego. Teraz to już 36 proc. Te same wskaźniki w przeliczeniu na mieszkańca to odpowiednio – 35 i 68 proc. Dynamika PKB w tym czasie to dla Francji 28 proc., dla Polski 151,6 proc. (!) Warto też na zmianę polskiej makroekonomii spojrzeć z jeszcze dalszej perspektywy: w roku 1918 polskie PKB per capita stanowiło ok. 21 proc. amerykańskiego. W roku 1938 było podobnie. U schyłku PRL-u było minimalnie wyższe (23 proc.). Przez wszystkie powojenne lata proporcje te pozostawały bez zmian. Aktualnie ten wskaźnik osiągnął w Polsce prawie 60 proc. PKB na mieszkańca USA! Podziwiał nas świat, tempo wzrostu PKB plasowało nas na pierwszym miejscu wśród podobnie jak my przechodzących transformację krajów Europy Środkowo-Wschodniej. Czas wielkich i czasem trudnych w społecznym odbiorze reform skończył się wraz z odejściem rządu Jerzego Buzka. Kolejne rządy w tej materii były mniej zdeterminowane, zbliżające się wybory nie motywowały w wystarczającym stopniu do podejmowania decyzji, które krótkoterminowo mogły obniżać notowania rządzących formacji. Bardzo się cieszę, że obecny rząd, którym notabene też nie jestem zachwycony jeśli chodzi o sprawczość i skuteczność, wykonał ciężką pracę, żeby odbudować pozycję naszego kraju na arenie międzynarodowej. Polska znowu jest jednym z czołowych krajów Unii Europejskiej i znaczącym członkiem Sojuszu Północnoatlantyckiego. To zasługa Radosława Sikorskiego i Donalda Tuska.
Swój głos oddam na Trzaskowskiego, który swoją dotychczasową działalnością daje gwarancję, że będzie kierował się istotnym interesem państwa polskiego
A jak Pan ocenia piastowanie urzędu Prezydenta RP przez Andrzeja Dudę?
Sprawował ten urząd przez 10 lat w sposób dla mnie trudno akceptowalny. Zupełnie inaczej niż śp. Lech Kaczyński. W trudnych momentach naszej historii to był właściwy człowiek na właściwym miejscu. On stał na straży interesów Rzeczypospolitej, a jego słynne przemówienie w Tbilisi, kiedy powiedział „dzisiaj Gruzja, jutro kraje bałtyckie, a potem mój kraj” przeszło do historii. Podobnie jak jego przemówienie w obecności Władimira Putina i Angeli Merkel na Westerplatte, gdzie nader krytycznie oceniał imperialną politykę Rosji. Byliśmy wtedy dumni, bo on się postawił, nie szukał kompromisu, który kwestionuje pryncypia. Od prezydenta tego właśnie wymagamy.
Przed nami wybory prezydenckie.
Cieszę się z faktu, iż kandydatem PO jest Rafał Trzaskowski. To poważny kandydat, który ma ku temu odpowiednie kwalifikacje. Był posłem na Sejm, parlamentarzystą europejskim, ministrem rządu Rzeczypospolitej i prezydentem Warszawy. Wiele jego poglądów podzielam, są też niektóre, z którymi polemizuję. Niemniej jednak zdecydowanie uważam, że posiada wszystkie kwalifikacje, żeby aspirować do najwyższego urzędu w państwie. I będę się cieszył jak Polki i Polacy wybiorą Trzaskowskiego. Bardzo martwi mnie natomiast fakt, że jego kontrkandydatem z ramienia PiS jest Karol Nawrocki, człowiek znikąd, o wątpliwych kwalifikacjach etyczno-moralnych, bez jakiegokolwiek doświadczenia i dorobku politycznego. Ta kandydatura pokazuje też stosunek Jarosława Kaczyńskiego do Rzeczpospolitej. Jego wiele decyzji wynika z politykierskiej taktyki, jest sprzeczne z polską racją stanu. Wbrew temu co deklaruje przypisuje sobie i swojej formacji monopol na patriotyzm i polityczną dalekowzroczność.
Czy odnosi Pan wrażenie, że tę kampanię znowu zdominowała socjotechnika, a obaj kandydaci nie mówią o najważniejszych sprawach w państwie.
Trudno się nie zgodzić z tym spostrzeżeniem. Chętnie bym usłyszał od kandydatów na prezydenta jaki oni mają pomysł na zmiany w konstytucji, która ma już prawie 30 lat i nie jest idealna. Obaj kandydaci nie mówią wiele o wyzwaniach, jakie przed Polską, nie mówią nic o potrzebie nowych regulacji w systemie ubezpieczeń społecznych. Prognozy demograficzne dla naszego kraju są jedne z gorszych na świecie. Musimy zrobić wszystko, żeby ten proces zatrzymać, żeby za kilkadziesiąt lat nie było 20 milionów Polaków. Jedno z większych wyzwań to nasz systemem emerytalny. Konieczne są zmiany, które są konsekwencją zmieniającej się sytuacji demograficznej. Powrót do powszechności systemu, odejście od niefrasobliwie ustanawianych dla różnych grup zawodowych przywilejów. Największą porażką jest natomiast wymiar sprawiedliwości. Mówię i piszę o tym od 20 lat. Nakłady na wymiar sprawiedliwości w stosunku do PKB w naszym kraju są jednymi z większych w UE i to się całkowicie nie przekłada na funkcjonowanie polskich sądów. Obserwując rzeczywistość, z której wynika, że sąd czasem na tzw. posiedzeniu aresztowym potrzebuje 10 minut, żeby pozbawić obywatela wolności w ramach aresztu tymczasowego i czasem aż 25 lat by wydać prawomocny wyrok trudno nie uważać iż reforma tego obszaru polskiej państwowości musi być radykalna. Tolerowanie tej sytuacji jest sprzeczne z polską racją stanu. Od prezydenta oczekuję, że będzie niezależnym, że nie będzie związany z żadną partią, chociaż absolutnie nie kontestuję niczyjego rodowodu partyjnego. Natomiast musi on podejmować decyzje, które nie zawsze będą się podobać takim czy innym grupom zawodowym czy politycznym. Prezydent musi działać w interesie Rzeczypospolitej! Oczywiście nigdy nie można być pewnym, że ten czy inny kandydat spełni wszystkie nasze oczekiwania, ale ja swój głos oddam na kandydata, który swoją dotychczasową działalnością daje gwarancję, że będzie kierował się istotnym interesem państwa polskiego. A te kryteria spełnia Rafał Trzaskowski. Przy okazji apeluję do mieszkańców Gliwic o udział w wyborach. To nie tylko prawo – to przywilej i odpowiedzialność!
Jak Pan ocenia obecny stan demokracji w Polsce?
Bardzo mnie on martwi. Przede wszystkim niepokoi brak przestrzegania reguł demokracji wewnątrz dwóch głównych partii politycznych. Zarówno Prawo i Sprawiedliwość jak i Platforma Obywatelska to są partie wodzowskie ze wszystkimi z tego faktu wynikającymi konsekwencjami. To z kolei jest przyczyną powszechnego oportunizmu parlamentarzystów, eliminacji warunków do poważnej debaty o problemach naszego państwa. Debatę zastąpiła wszechobecna socjotechnika i populizm.
Polska polityka, szczególnie w pierwszych 15 latach po 1989 r. była polityką odpowiedzialności za państwo. Miała ona kilka priorytetów m.in. rozwój samorządu terytorialnego.
Jedną z pierwszych fundamentalnych reform rządu Tadeusza Mazowieckiego była budowa samorządu lokalnego na szczeblu gmin, którą potem rząd Jerzego Buzka w myśl zasady, którą premier zawarł w expose „po to wzięliśmy władzę, by przekazać ją ludziom” rozszerzył na powiat i województwo. Niestety, ubolewam nad faktem, że nasi następcy nie kontynuowali tych zmian i nie przenieśli znaczącej ilości kompetencji z administracji państwowej do samorządowej. Wciąż widzimy tendencje do centralizacji państwa.
(s)
Gliwiczanin, lat 78. Maturzysta V Liceum im. Andrzeja Struga, absolwent i wieloletni pracownik naukowy Politechniki Śląskiej. W 1980 był współzałożycielem „Solidarności” na Politechnice Śląskiej. W latach 1981–1989 prowadził działalność podziemną i opozycyjną. W trakcie obrad Okrągłego Stołu pełnił z ramienia „Solidarności” funkcję eksperta w zakresie górnictwa i ochrony środowiska. Poseł na Sejm X, I i III kadencji. W latach 1990–1994 był prezesem Wyższego Urzędu Górniczego. Od 1997–2001 ministrem gospodarki, a w latach 2000–2001 wiceprezesem Rady Ministrów w rządzie Jerzego Buzka. Honorowy Obywatel Gliwic.


Komentarze (1) Skomentuj
Sukces . Na naszym majątu uwłaszczył się kolektyw i SBcja