Artykuły do Nowin Gliwickich powstają w różnych miejscach. Pandemia nauczyła nas pracy zdalnej, a ta pozwala realizować się zawodowo nie tylko przed biurkiem, ale również w domowy zaciszu czy w pięknych okolicznościach przyrody. Dość ekstremalnym pomysłem jest natomiast ten, który narodził się w mojej głowie 1,5 roku temu, gdy uwięzieni byliśmy w domach, z naszymi obowiązkami, szkołą i wszystkim innym, co musiało się zmieścić na nieco ponad 50 m2.

Chciałam remontować gruchota

Pierwszym pomysłem było kupno leciwego pełnoprawnego campera, który stanąłby przed domem, służąc za prywatne biuro. I w którym można by było sobie powoli dłubać, remontując i modernizując, a potem może nawet gdzieś nim pojechać. Niedaleko, bo gruchoty to mają do siebie, że strach nimi oddalić się poza kominy, a do tego palą jak smoki.
Mój mąż przyklasnął jednak na ten pomysł i postanowiliśmy sprzedać jedną z naszych dwóch osobówek, nieco dołożyć i kupić blaszaka. Tak właśnie weszliśmy w posiadanie forda customa.
Postawiłam sprawę jasno – musi być coś boho, bo boho najbardziej kojarzy mi się z vanlifem. Mąż, architekt dorzucił do tego bardzo wakacyjny hampton i, oczywiście, jego ulubiony styl loftowy. Dzięki jego zdolnościom i pracy powstało wnętrze samochodu, które nie przypomina żadnego innego. Samochód ma mocno kompaktowe rozmiary, ale i tak mogą nim swobodnie podróżować 3 osoby i pies.

Kosz plażowy zamiast łóżka

Nasz van musiał być odjazdowy i mieć w sobie element szaleństwa. Dlatego postanowiliśmy zbudować łóżko na bazie kosza plażowego. Był pierwszym meblem, który stanął we wnętrzu blaszaka i podyktował nam swoje warunki. To do niego dostosowaliśmy całą resztę – pozostałe meble i ich rozmieszczenie, dodatki, kolory. Ten wakacyjny element znany z bałtyckich plaż stał się naszym małym centrum wszechświata.
Dużo zabawy mieliśmy także z nazwaniem naszego domu na kółkach. Został Vannolotem, pisanym przez V jak Van, ale wyraźnie inspirowanym pojazdem, którym poruszali się Tytus, Romek i A’Tomek, z komiksów Papcia Chmiela.

Pierwsza podróż

Pierwszy, majowy wyjazd gotowym vanem obrał kierunek okolic Bolesławca. Czułam wielką ekscytację na myśl o spędzeniu nocy w koszu plażowym, a ta okazała się dobrze przespana. Na stacji benzynowej uwagę przykuł napis, jaki znajduje się na masce Vannolota – Szwendamy się! Ludzie z zainteresowaniem podchodzili, zaglądali do środka. A w nas rosła duma z tego, że samochód i w obcych oczach zyskał uznanie.
Potem był pierwszy zlot – w Bałtowie. Pogoda średnia, ale przygoda – wyśmienita. I wyjazd nad Odrę, do Mariny Lasoki, gdzie rano, po otwarciu oczu budził nas widok rzeki i zacumowanych na niej łodzi.
Byliśmy także pod Ślężą, na festiwalu CUD, gdzie po raz pierwszy rozwiesiliśmy na zewnątrz sznur żarówek z ciepłym światłem i uruchomiliśmy własne plenerowe kino. A potem Resort Bajka, pływanie na SUP-ach i szukanie pomysłu na aranżację otoczenia naszego Vannolota.

Praca w drodze

Wszędzie gdzie jadę, towarzyszy mi komputer i praca, co oczywiście wymaga przyłącza do prądu, a tym samym nie sprzyja noclegom na dziko. Mimo wszystko pisanie artykułów do Nowin z widokiem na plażę, daje mi wystarczające poczucie wolności. W każdej chwili mogę odłożyć pracę na bok, wskoczyć do wody, pójść na spacer, czy… medytować. Wszystko to w bliskości z rodziną, która teraz musi się zmieścić na… 8 m2. Choć w rzeczywistości, przestrzeń stała się dla nas nieograniczona.

Adriana Urgacz-Kuźniak