W sobotę wczesnym popołudniem w salce parafialnej kościoła NMP Królowej Aniołów w Chudowie liczne grono seniorów spotyka się na wspólnym obiedzie i kawie. Jest wesoło i gwarnie, jak na rodzinnej biesiadzie. Pomiędzy nimi krzątają się organizatorki – głównie panie, ale jak się okazuje także i panowie z Koła Gospodyń Wiejskich. Są w różnym wieku, łączy ich jednak poczucie humoru i dystans – podczas organizowanych przez siebie akcji przywdziewają nie tylko regionalne stroje, ale z figlarną swadą przebierają się także za elfy (przed Bożym Narodzeniem) i zajączki (przed Wielkanocą).


 

Każdy ma swoją historię

Do Chudowa przyjechałam w konkretnym celu – chciałam usłyszeć historie dawnych świąt. Technicznie – trudno się było przebić z pytaniami przez gwar prowadzonych rozmów. Dało mi to jednak okazję stać się na chwilę częścią zgranej lokalnej społeczności, wspólnoty, którą łączą sąsiedzkie więzi.

Pośród odgłosów rozmów, ugoszczona kawą i pyszną wuzetką  wysłuchałam opowieści o tym, czym różniła się krakowska Wigilia od śląskiej. – W krakowskim mieliśmy kolędników. Zbierali się, chodzili od domu do domu. Tu tego nie było – opowiada pani Gabriela. – Ale jak przyszłam do teściów, to nie czułam, że coś tracę. Było inaczej, ale normalnie – dodaje.

Podpytałam także górników, w tym pana Artura o świąteczny czas „na grubie”. – Składało się życzenia, symbolicznie, na cechowni. Kierownik przyszedł, koledzy byli. I tyle – mówi. - Szacunek był, ciszej się pracowało, ale robota była robotą. Trzeba było ją wykonać – śmieje się mój rozmówca i kieruje w stronę pani Cecylii, która – jest pewien – będzie miała dla mnie piękną wigilijną opowieść. Nie myli się. Spróbuję ją przytoczyć z lekkim śląskim akcentem, tak, jak ją usłyszałam.

Wigilijna opowieść pani Cecylii

– Jak jo se przypominom święta z mojego dzieciństwa, to mi się od razu robi ciepło.
Mieszkali my jeszcze u dziadków, w jednym domu. Było nas pięcioro dzieci, szósty się dopiero urodził. Z dziadkami razem, wszyscy pod jednym dachem. Wigilia była wtedy zupełnie inksza niż dzisiaj. Nie było bogato, ale było spokojnie i razem.

Choinka zawsze była żywo. Nie taka kupiona na ostatnią chwilę, ino my ją w domu wybierali. Wigilia była z rodzicami – tata, mama i my, dzieci. Pomagali my, jak umieli. Najstarsi robili więcej, młodsi kręcili się pod nogami, ale każdy wiedział, że to jest ważny dzień.

Makówki były zawsze, przepisowo. Była bryja ze śliwek. Mama gotowała to w wielkim garncu. Potem bryję przekładało się do misek, do słoików i chowało do spiżarki, żeby nie brakło. Bo to ni było tak, jak teraz, że wszystkiego pełno. Jak było, to się pilnowało.

Czasem mama zapomniała o jakiejś misce, znalazła ją dopiero na wiosnę. I śmiechu było co niemiara, bo każdy by chciał jeszcze trocha dla siebie. Pieniędzy nigdy nie było dużo. Mama nie pracowała, bo uczyła się krawiectwa i pomagała swoim rodzicom na gospodarstwie.

Prezenty nie były wielkie. Ale dzieci zawsze coś dostały. Pamiętam czekoladki, takie małe cukierki, kakao. Zawsze były rzeczy praktyczne – rajstopy, rękawiczki, coś do ubrania. My z bratem dostawali narciarki, bo musiały być buty do śniegu, na łyżwy i do kościoła. Tata robił nam takie drewniane narty i jeździło się po płaskim. Jak nie było prawdziwych, to i tak radość była.

Po Wigilii jechali my do drugich dziadków, do rodziny. Zawsze się jeździło, zawsze ktoś czekał. Wspomnienia mam z tego bardzo dobre.

Na choince były bombki, ale głównie długie cukierki. My mieli specjalną skrzynkę, gdzie te cukierki odkładali w adwent. Oszczędzało się je. Jak było dużo dzieci, to i cukierków się nazbierało. Tata robił też takie ozdoby z papieru, kurczaki, ptaszki. Mama miała stare bombki, jeszcze po swoich rodzicach. Te mam do dziś – to są dla mnie pamiątki.

Adwent też był inny. Tata robił nam lampiony z kartonu, wyklejane kolorowym papierem. W środku była świeczka, trzeba było uważać. Chodzili my z tymi lampionami regularnie. Tata miał do takich rzeczy rękę.

Robił też w Adwencie taką koronę cierniową. Za każdy dobry uczynek dokładało się kwiatuszek. Jak nie było kwiatuszka, to znaczyło, że się nie było grzecznym. Starali my się, bo każdy chciał, żeby tych kwiatuszków było jak najwięcej.

Jedzenia na Wigilię nie było dużo, ale było zawsze po kawałku. Mama obierała śledzie, miała z tym roboty co niemiara. Była też kunopiotka. Jako dzieci nie lubili my jej, ale trzeba było spróbować, bo tradycja.

Mówiło się, że jest dwanaście potraw, ale jakich dokładnie, to do dziś nie umiem powiedzieć. Była kapusta z grzybami, chociaż jakie to były grzyby, tego już nie pamiętam.

Jak wyszłam za mąż, to święta się trochę zmieniły. Mąż pochodził z gór i miał zupełnie inne tradycje. U nich była bieda, jedli kartofle, bryję ze śliwek i kapustę. Jak my mieli pierwszą Wigilię razem, to było sprawdzanie, czy mu smakuje, czy się przyzwyczai. Przyzwyczaił się do wszystkiego.

Potem urodziło się dziecko i dom się zapełnił. Było pięć pokoleń pod jednym dachem. Przez kilka lat to był jedyny taki dom w okolicy. Święta były wtedy bogatsze, było więcej jedzenia, więcej prezentów, ale najważniejsze było to, że wszyscy byli razem.

Zawsze na święta wyciągało się najlepszą porcelanę. Był biały obrus, świeczki, wszystko, co najlepsze. Teraz rodziny już nie ma tyle. Rodzice poumierali, dziadkowie też. Zostałam ja, mąż i syn. Ale dom nadal jest otwarty.

Przyjeżdżają dzieci, wnuki, prawnuki. Mam sześć wnuczek i dziewięć prawnuków. Jest gwarno, jest radośnie. Jak kiedyś.

I myślę sobie, że tak powinno być. Dom otwarty, serce otwarte. Niech wszyscy przyjdą, niech będą razem. Bo o to w świętach chodziło zawsze.

Wysłuchała: Adriana Urgacz-Kuźniak

 

Galeria

wstecz

Komentarze (0) Skomentuj