Jerzy Marków urodził się w Gliwicach, choć – jak sam podkreśla – gliwiczaninem się nie czuje. - Tam, gdzie urodziłem się w Gliwicach, bardzo krótko mieszkałem jako małe dziecko – mówi wprost. Niemal od razu po jego narodzinach rodzina przeniosła się do Zabrza i tam spędził całe dorosłe życie.
Jedno z pierwszych wspomnień o Gliwicach dotyczy narodzin, choć pochodzi nie z jego pamięci, a z opowieści mamy. – Urodziłem się w zimę stulecia. W gliwickim szpitalu zamarzały kaloryfery. Pacjentom dawano termofory do łóżek – opowiada.
Choć mieszkał i pracował głównie w Zabrzu, Gliwice wielokrotnie wracały w jego życiu. Studiował na Politechnice Śląskiej, kończył tu także studia podyplomowe. - Jestem inżynierem mechanikiem, a później zrobiłem studia podyplomowe z zakresu spawalnictwa. Cały czas pracowałem w przemyśle – wspomina. Zawodowo był związany m.in. z Koksownią, FAZOS-em i Mostostalem. Pod koniec kariery znów pracował w Gliwicach, przy projektach związanych z budową lokomotyw.
Dziś najważniejsza jest dla niego rodzina. - Mamy trójkę dzieci, są dorosłe. Mamy też trójkę wnuków i spodziewamy się kolejnego” – mówi z uśmiechem. Na emeryturze, wraz z żoną Alicją, korzystają z oferty gliwickiego Uniwersytetu Trzeciego Wieku, pozostając aktywni i ciekawi świata.
Druga bohaterka tej opowieści, Lidia Uniszewska przyjechała do Gliwic w latach 80., z Dolnego Śląska. - Przyjechałam tutaj do pracy, a tak naprawdę – za mieszkaniem – wspomina. Jak wielu w tamtym czasie, zdecydowała się na Śląsk, bo dawał większe możliwości stabilnego życia.
Pierwsze zetknięcie z regionem zapamiętała bardzo wyraźnie. - Jak się zbliżało do Śląska, w pociągu ludzie zaczynali zamykać okna. Byłam zdziwiona – dopiero później zrozumiałam dlaczego – mówi ze śmiechem. Pracowała m.in. w Siemianowicach Śląskich, w Urzędzie Miasta w Gliwicach oraz w formacjach granicznych, by ostatecznie wrócić do pracy urzędniczej aż do emerytury.
Choć nie urodziła się w Gliwicach, to właśnie tu zapuściła korzenie. - Córka nie jest stąd, ale wnuki już tak. Dla nich Gliwice to rodzinne miasto – podkreśla. Z czasem miasto stało się dla niej czymś więcej niż tylko miejscem zamieszkania. - Gliwice są piękne. Ja dużo podróżuję i zawsze mówię znajomym: przyjedźcie, zobaczcie. Cieszę się, że tu mieszkam i jestem z tego dumna – dodaje ze wzruszeniem.
Z „Nowinami Gliwickimi” zetknęła się zawodowo bardzo wcześnie. - To była moja miejska gazeta. Jak chciałam wiedzieć, co się dzieje, to sięgałam po Nowiny – mówi, wspominając swoje pierwsze lata pracy w urzędzie i kolejki do kiosku, w którym sprzedawano papierowe wydanie gazety.
Te dwie historie pokazują, jak bardzo różne mogą być drogi ludzi, którzy dorastali w tych samych dekadach. A jednocześnie – jak wiele je łączy. Praca, rodzina, codzienność i Gliwice, które zmieniały się razem z nimi. Nie tylko w dniach Babci i Dziadka warto wsłuchać się w głos tego pokolenia. Bo to właśnie w takich opowieściach najpełniej widać, ślad ludzkich historii na osi upływającego czasu.


Komentarze (0) Skomentuj