O swojej debiutanckiej książce „Tamten utracony świat” opowiada Alina Staneczek.

Na rynku wydawniczym ukazała się właśnie debiutancka książka gliwiczanki, Aliny Staneczek. Jej akcja toczy się w latach 1945 – 2014, głównie w Gliwicach, ale w książce pojawiają się także Gdańsk, Sopot, Wrocław, Paryż, Edynburg i Malaga. Ważną częścią opowieści są wspomnienia i retrospekcje bohaterów, które przenoszą czytelnika do przedwojennego Lwowa. „Tamten utracony świat” to historia miłości do ludzi, ale także do miejsc, wzruszająca opowieść o próbie zastąpienia ukochanego Lwowa innymi miastami.

Domyślam się, że – podobnie jak wielu gliwiczan – z Lwowem łączą Panią rodzinne korzenie…
Tak, moje korzenie sięgają Lwowa. Miałam ciotkę, lwowiankę, która zmarła, gdy miałam 10 lat. Zawsze była dla mnie uosobieniem kogoś pochodzącego z innego świata. I to ona właśnie była luźną inspiracją dla postaci Zośki.
Jak większość lwowiaków do Gliwic przybyła w 1945 roku. Dzięki niej Lwów jawił mi się jako niemal święte miasto, choć był jednocześnie miejscem, o którym nie rozmawiało się wprost – wiadomo, takie były czasy. Szczególnie przy dzieciach rozmowy nie były tak szczere, jak wtedy, gdy dorośli prowadzili je bez świadków.

Miała Pani okazję odwiedzić miejsca, które opisane są w książce?
Nie, przyznaję, że ciągle nie odwiedziłam Lwowa. Jako dziecko chciałam jechać, ale rodzice nie chcieli. Gdy dojrzałam do tego, by tam jechać, zorganizowałam wyjazd, ale… pojawiła się pandemia, a potem wojna. Zatem Lwów ciągle na mnie czeka i ciągle marzę, by odwiedzić miejsca, które opisałam.
Ważnym miejscem opowieści są dla mnie przede wszystkim Gliwice. Ponieważ jestem gliwiczanką i kocham moje miasto – tu skończyłam szkołę, studia, tu znalazłam pracę – zależało mi, aby pokazać je w całej okazałości. Wydaje mi się, że jest ono nieco niedopieszczone. Nie wiem, czy mi się to udało, ale chciałam pokazać, że Gliwice są fajnym miastem. Myślę, że to właśnie dlatego nawet te osoby, które tak bardzo kochały Lwów, mogły tu znaleźć swoje miejsce.

Oba te miasta wiele łączy i to również wybrzmiewa na kartach książki…
Tak, choć pewne podobieństwa pokazane są nie tylko między Gliwicami i Lwowem, ale także Wrocławiem oraz Gdańskiem.
Moja opowieść toczy się w Gliwicach, a następnie we Wrocławiu. Podążam śladami matematyki, która jest istotnym elementem historii, w te miejsca, w których pojawia się Neptun. Mamy Neptuna we Lwowie, mamy w Gliwicach, Wrocławiu i tego najsłynniejszego – w Gdańsku. Do Wrocławia wędrujemy dlatego, że tam wyjechali matematycy – lwowska szkoła matematyczna została niestety rozerwana wojną. Największy lwowski matematyk, czyli Stefan Banach, umarł w 1945 roku - nigdy nie chciał opuścić Lwowa, ale Hugo Steinhaus, wybitny matematyk, językowy purysta i odkrywca geniuszu Banacha, wyjechał do Wrocławia, gdzie był jednym z założycieli tamtejszego wydziału matematyki. Moja bohaterka, która po ciotce odziedziczyła miłość do matematyki, wyjechała na studia właśnie do Wrocławia. Kolejna bohaterka z miłości do koni zahaczyła o Gdańsk i tam, w Trójmieście również dzieje się akcja. Pokazuję także Paryż, bowiem bohaterki mają wiele wspólnego z tym miastem. Pojawiają się także inne, ale po resztę informacji zapraszam już do książki.

Które miejsca z Gliwic znajdziemy w książce?
Przede wszystkim śródmieście - Zwycięstwa, Rynek i Dom Tekstylny Weichmanna, którego jestem wielką fanką. Dlatego też dużo dzieje się właśnie w jego okolicach, a Zośkę nawet bezpośrednio łączę z tym budynkiem. Zmieniam trochę sytuację rzeczywistą, bo pierwowzorem bohatera, którego poznaje Zośka – Maksa, jest zarządca Domu Tekstylnego, który wyjechał z Gliwic i zginął w bombardowaniu Drezna. Ja pozwoliłam mu żyć dłużej na kartach książki, zaprzyjaźniać się z Zośką i opowiedzieć jej o przedwojennych Gliwicach, w tym o Karlu Schabiku. Zresztą, Zośka mieszka w zaprojektowanym przez niego domu, przy ulicy Dolnych Wałów, a z okien spogląda na plac Rzeźniczy. Wcześniej Zośka mieszkała w okolicy cmentarza Lipowego, gdzie osiedliła się duża część przybyłych po wojnie lwowiaków. Wspominam też o pomnikach, w tym o Mickiewiczu i lwach, kolejnych symbolach łączących Gliwice i Lwów. Pojawia się także postać Theodora Kalidego oraz Johna Baildona.

Jakie echa historii samych lwowiaków pojawiają się w książce?
Oprócz wspomnianych wcześniej matematyków, odnajdujemy tu także profesora Joszta, twórcę gliwickiej Chemii, pojawia się także postać Wojtka, późniejszego aktora, a wówczas ucznia gliwickiej Jedynki (jeśli ktoś skojarzy postać to dobrze, jeśli nie – nic się nie stanie). Spotykamy także malarkę Irenę Nowakowską-Acedańską, której akwarele uwielbiam.

To jest Pani debiut. Skończyła Pani Politechnikę Śląską, pracuje w zawodzie informatyczki. Trudno było napisać książkę komuś, kto ma tak zwany ścisły umysł?
Dla mnie to było coś zupełnie nowego. Nigdy nie pisałam – ani wierszy, ani prozy. Ostatnią moją większą pracą pisemną była matura z polskiego i potem już nic (śmiech). Mam jednak taki charakter, że jak sobie coś wymyślę, to lubię to dokończyć. Pewnego dnia 2019 roku postanowiłam napisać książkę. Niemal od razu wiedziałam, że będzie to historia o Kresach. Na początku myślałam jednak, że tych historii kresowych będzie więcej, ale gdy zaczęłam pisać okazało się, że nie umiem się oderwać od Gliwic.
Pisanie okazało się wcale nie takie trudne. To była dla mnie rozrywka, rodzaj relaksu. Praca nad książką trafiła na dziwne czasy – zaczęła się pandemia, później wojna. Pisanie pozwalało na oderwanie się od tej niewesołej rzeczywistości. Przenosiłam się do świata moich kobiet, który – jestem prawie pewna – gdzieś tam istnieje, w innej przestrzeni, w innym wymiarze. Opowiedziałam jakąś część ich życiorysu, ale mam w głowie pełną wersję, jakby żyły naprawdę.

Napisze Pani kolejną książkę?
Tak, właśnie piszę drugą część. Nie będzie to jednak typowy ciąg dalszy. Tym razem bohaterem będzie mężczyzna, architekt – co jest dla mnie wielką frajdą i jednocześnie wyzwaniem. W pierwszej książce jedna z moich bohaterek z matematyczki zmienia pasje i staje się rzeźbiarką – w związku z czym zapisałam się na kurs rzeźbiarski, by poczuć na własnej skórze, jak pracuje się z gliną. Teraz wchodzę w świat architektury.
Bohater mojej drugiej książki pochodzi z Gdańska, a do Gliwic przyjeżdża na studia. Jego historia zazębiać się będzie z opowieścią, którą pokazałam w Tamtym utraconym świecie. Punktów przecięcia będzie kilka, a ich wyłapanie może będzie rodzajem satysfakcji dla uważnego czytelnika (śmiech). Tą powieścią domknę całą historię. Trzeciej części już nie planuję.

Rozmawiała Adriana Urgacz-Kuźniak

Galeria

wstecz

Komentarze (0) Skomentuj