„Dnia 2 lutego 2022 r. odeszły nasze ukochane Wilcze Doły”. Tak zaczyna się krótki i emocjonalny tekst zamieszony na klepsydrach pojawiających się w różnych częściach miasta. - Czujemy ogromny żal i wściekłość - mówią społecznicy.
Czujemy ogromny żal, a wielki krater w ziemi, w który zaraz zaczną się zamieniać, napawa nas przerażeniem. Ale w tym smutnym czasie chcemy też pamiętać, że ostatnie dwa lata były czasem absolutnie niezwykłym – mówią społecznicy i mieszkańcy zaangażowani w ratowanie tego przyrodniczo cennego miejsca.
Konflikt trwa od dwóch lat i mimo wielu działań (zarówno ze strony aktywistów, jak i urzędników) nie zmieniła się jego siła. Urzędnicy są przekonani o konieczności budowy zbiornika przede wszystkim ze względu na ochronę miasta przed zalaniem, stoją także na stanowisku, że jego skala jest odpowiednia, a po wybudowaniu zostanie on urządzany zielenią i posłuży jako teren rekreacyjny. Z kolei strona społeczna liczyła na zbadanie ewidentnych naruszeń prawa UE oraz weryfikację zasadności finansowania projektu, który dewastuje cenną przyrodniczo dolinę mimo łatwo dostępnych alternatyw.
Wariacje o derogacjach
Przez ostatnie miesiące oś sporu koncentrowała się wokół derogacji. Te, uzyskane decyzją Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska, pozwalają na niszczenie siedlisk, a nie gniazd. Siedliska to miejsca, gdzie zwierzęta szukają pożywienia i żyją. I jest to pojęcie szersze niż gniazdo. - Dla nas niszczeniem siedlisk było rozjeżdżanie terenu i zdejmowanie humusu już podczas grodzenia. Po drugie, te derogacje były wówczas niepełne. Jako stowarzyszenie przekazaliśmy ekspertyzy, w których wskazano bardzo precyzyjnie gatunki ptaków chronionych oraz nietoperze. Ekspertyzy jednak zignorowano, wykonawca budowy nie wystąpił do RDOŚ o derogacje na te konkretne gatunki. A kiedy już ją otrzymał, dotyczyła jednej z wielu działek, będącej niewielkim fragmentem zbiornika, gdzie rośnie 80 drzew. Czyli ptaki inteligentnie wybierały zakładanie gniazd tylko na jednej działce, pozostałe omijały – wylicza Wojciech Kostowski ze Stowarzyszenia Zdrowe Miasto. I dodaje, że miasto potraktowało ich przemocowo.
Działamy zgodnie z prawem
Urzędnicy twierdzą, że procedury administracyjne wydłużyły przygotowania do realizacji inwestycji o ponad półtora roku. I dodają, że grupa mieszkańców, głównie z pobliskiego nowego osiedla złożyła ponad 50 pism, odwołań i protestów do różnych instytucji i organów. - Żaden z tych podmiotów nie podważył prawidłowości działań miasta. Generalna Dyrekcja Ochrony Środowiska utrzymała w mocy tzw. decyzję derogacyjną, zezwalając na odstępstwa od zakazów w stosunku do gatunków zwierząt objętych ochroną – mówi Łukasz Oryszczak, rzecznik prasowy prezydenta Gliwic.
Miasto ma zgodę na realizację inwestycji wydaną w 2017 r. przez wojewodę śląskiego, uzyskaną na podstawie specustawy przeciwpowodziowej. Pozwala ona na wycinkę drzew i krzewów na wskazanym terenie objętym inwestycją. - Są jednak pewne warunki. Przeprowadzony został monitoring przyrodniczy i konieczne było pozyskanie tzw. decyzji derogacyjnej zezwalającej na odstępstwa od zakazów dotyczących ingerencji w środowisko ptaków na terenie całej inwestycji, w tym m.in. na terenie jednej z działek, gdzie zlokalizowano gniazda i dziuple. Taką decyzję dla inwestycji otrzymaliśmy, podobnie jak decyzję derogacyjną dotycząca płazów i gadów. Wydała ją Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska, a następnie utrzymała w mocy Generalna Dyrekcja Ochrony Środowiska – informuje Elżbieta Chrząszcz, zastępca naczelnika Wydziału Gospodarowania Wodami UM.
Społecznicy: mamy o co zadbać
Sprawa Wilczych Dołów przyczyniła się do wzrostu świadomości dotyczącej nie tylko budowy, ale i dbałości o środowisko. Niewielkiej grupie udało się dotrzeć do bardzo wielu mieszkańców Gliwic, którzy bezpośrednio lub pośrednio wspierali stronę społeczną w bardzo długich działaniach zmierzających do korekty planów i zachowania tego dzikiego i cennego terenu dawnej Szwajcarii Wójtowskiej. Dawid Pasieka ze Stowarzyszenia Zdrowe Miasto mówi, że pierwsze dni wycinek były bardzo ciężkie, szczególnie, że na bieżąco, reagowano w różnych instytucjach. - Wykorzystaliśmy wiele ścieżek prawnych, a wszystkie instytucje - od Generalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska po policję - posiadają stosy dokumentacji dostarczonej przez stronę społeczną. Ale, jak pani widzi, wycinki stały się faktem – Pasieka twierdzi, że dla stowarzyszenia to nie tyle porażka, a jeden z etapów. Nie poddają się, bo mają jeszcze wiele spraw do załatwienia zarówno z samym zbiornikiem, jak i terenami wokół niego. - Mamy o co zadbać – dodaje Pasieka.
Miasto buduje żeby chronić
Nowy zbiornik przeciwpowodziowy będzie elementem kompleksowego miejskiego systemu ochrony Gliwic przed powodziami. Inwestycja obejmie w sumie 10 hektarów. Jak twierdzą urzędnicy, zieleń pokrywać będzie docelowo 70 proc. tego obszaru (tylko 1,3 proc. zajmą elementy betonowe). Suchy zbiornik retencyjny zostanie tak ukształtowany, by mógł być w bezpieczny sposób wykorzystywany przez mieszkańców w różnym wieku. Posadzona zostanie bardzo duża liczba nowych roślin – drzew, krzewów i bylin. Pojawi się też m.in. roślinność łąkowa czy rośliny pnące. Koncepcję zagospodarowania terenu przygotowała pracownia 44 STO. Budowa zbiornika ma kosztować około 16,5 mln zł, z tego 85 proc. pokryją środki unijne. Wsparcie z UE, czyli 6 mln zł, miasto pozyskało także na zagospodarowanie terenu.
Nie powiedzieli ostatniego słowa
Koncepcję zaprezentowano na razie na jednej wizualizacji. I o tym chcą także rozmawiać społecznicy, choćby w kontekście tego, w jakim stopniu odtworzyć, przynajmniej częściowo, przyrodę. - Kolejna kwestia to faktyczne przeznaczenie zbiornika, co przez dwa lata udało się ujawnić. Naszym zdaniem będzie „obsługiwać” strefę przemysłową oraz deweloperów – Pasieka jest zdania, że wycinka nie zamyka stronie społecznej drogi do dalszych działań, a mobilizuję ją.
Czy urzędnicy mogli zmienić swoją decyzję? Zdaniem Pasieki mogli, wymagało to jedynie odrobiny odwagi. -Miasto brnęło cały czas w swoich argumentach w niegospodarność, w to, że decyzje administracyjne poszły za daleko. Historia zna jednak przypadki, gdy budowę wstrzymywano, a tu słyszeliśmy, że przerwanie budowy i zmiana projektu generowałaby konieczność wypłaty kar umownych wykonawcy. A przecież to spółka miejska - społecznik wskazuje, że proces projektowania nie trwałby wiele lat, bo już rozstrzygnięto znaczącą część kwestii, chociażby wykupy ziemi.
Oryszczak jest przeciwnego zdania. - Wielokrotnie informowaliśmy, że nie da się zmienić projektu tak, jak życzą sobie tego aktywiści nie rozpoczynając na nowo wieloletniej procedury. Projekt został zweryfikowany pod kątem zarzutów zgłaszanych przez aktywistów. Wynikiem tej weryfikacji było stwierdzenie, że nie występują w nim wskazywane wady. W wyniku debaty publicznej, jaka odbyła się na ten temat miasto wprowadziło jedyne możliwe na tym etapie zmiany, czyli zagospodarowanie przyrodniczo-rekreacyjne zbiornika. Rozwiązanie to zdobyło aprobatę zdecydowanej większości mieszkańców – wyjaśnia rzecznik.
Społecznicy uważają, że Wilcze Doły to nadal ich teren, teren wszystkich mieszkańców, dlatego chcą mieć na niego wpływ. - I to jest jeden z kluczowych wniosków z dwuletniej batalii. Musimy się postarać, żeby miasto zrozumiało, że jest tylko tymczasowym zarządcą tego terenu i za każdym razem, przy większej inwestycji, powinno się realnie konsultować z mieszkańcami, by uniknąć takich konfliktów - dodają.
Małgorzata Lichecka


Komentarze (0) Skomentuj