W chwili, gdy plan przestrzenny leży na stole, jest już za późno na łagodzenie konfliktu. 

Z prof. Krzysztofem Kafką, architektem, urbanistą w Katedrze Urbanistyki i Planowania Przestrzennego na Wydziale Architektury Politechniki Śląskiej, rozmawia Małgorzata Lichecka.

Kilka lat temu wybuchł w Gliwicach mały planistyczny skandal. Otóż podczas publicznego wyłożenia planu dla terenów wokół obwodnicy okazało się, że jedno z proponowanych rond turbinowych przebiega przez środek… salonu domu jednorodzinnego. Po interwencji mieszkańców wyszło, że planiści miejscy pracowali na starych podkładach mapowych i nikt się w teren nie pofatygował. Panie profesorze, jakie grzechy popełniają najczęściej planiści? Także w Gliwicach.

Jest ich sporo i długo można wymieniać. Przykład planowania, który pani podała, powinien w zasadzie już odejść w przeszłość, bo jest mocno naznaczony stricte inżynierskim podejściem. Do tego opartym na błędnych lub co najmniej niepewnych informacjach. Taka metoda mogła święcić triumfy jakieś 50 lat temu, gdy wydawało się, że jesteśmy w stanie tak zaprojektować miasto, by było ono sprawne, a inżynierowie mieli nam powiedzieć, jak to trzeba robić. Nawet jeśli będziemy mieli do dyspozycji najfantastyczniejszych i najlepiej wykształconych inżynierów czy planistów, nie tym polega ta sztuka. To proces, a nie procedura czy akt tworzenia dokumentu. Proces, który ma nas zbliżać do optymalnego rozwiązania. A także angażować różnych uczestników i różne punkty widzenia, bo to daje szansę dostrzeżenia i ujawnienia różnych aspektów zjawisk i priorytetów. Wiemy dzisiaj, znacznie lepiej niż kiedyś, że planowanie przestrzenne jest dziedziną naznaczoną konfliktami. Także w Gliwicach, i to jest absolutnie normalne, więc nie powinniśmy się obrażać na siebie, powinniśmy natomiast starać się te konflikty rozwiązywać, a raczej nie dopuszczać do ich powstania, a jeśli już tak się zdarzy, używać instrumentów pozwalających nam z tych konfliktów wyjść.

Poruszył pan bardzo ważną kwestię, a mianowicie: spotkanie ducha inżynierskiego ze społecznym. Odnoszę wrażenie, że partycypacja, czyli uczestnictwo mieszkańców w tworzeniu planów, czegoś, co będzie określało ich życie, jest dość ograniczona. Być może to ich wina, bo albo się tymi kwestiami nie interesują, albo włączają się kiedy plan już leży na stole, i wtedy dochodzi do zwarcia z urzędnikami. Czy może tak już po prostu jest. 

Można powiedzieć, że tak po prostu jest, i skończyć dyskusję. Ale też zapytać, czy może być inaczej. Może, jak najbardziej. W chwili, gdy plan, jak to pani powiedziała, leży na stole, jest już za późno na łagodzenie konfliktu. Mieszkańcy wcześniej nie wiedzieli o planach miasta, a kiedy dokumenty wyłożono do publicznego wglądu, oznaczało to dla nich, że jest on uzgodniony ze wszystkimi instytucjami, zaopiniowany przez nie i w zasadzie wszelkie ruchy są bardzo trudne. Ustawa o planowaniu przestrzennym wskazuje kroki proceduralne, jakie należy wykonać i nie ma w niej zapisu o tym, że nim plan powstanie, nie można wyjść do mieszkańców. Jestem zbudowany przykładami z różnych miast w Polsce, zaczynających wychodzić poza schemat zapisany w ustawie, i już na etapie przystąpienia do sporządzenia planu bądź studium, zaczynających rozmawiać z mieszkańcami, prosić o uwagi. Prezydent Lublina, w ramach prac nad planami dla dzielnic, organizuje trzy spotkania: pierwsze – inicjujące, na którym wszyscy się poznają. To tam ustala się najważniejsze problemy dla konkretnej dzielnicy, także plan spaceru prezydenta i jego pracowników oraz mieszkańców. To drugi etap. Zaś ostatnim krokiem są bardzo robocze warsztaty, zamykające proces pracy nad sporządzaniem planu. Tak właśnie rozumiem partycypację. Do dyskusji zapraszane są organizacje, instytucje, biznes, grupy, które się skrzyknęły na facebooku. To powinno być bardzo szerokie i prowadzone nie incydentalnie. Powinno stać się normą.

W Gliwicach planuje się miasto w sposób autorytarny. To znaczy urzędnicy i inżynierowie narzucają mieszkańcom swoją wizję. Być może właśnie z tego powodu publiczne wyłożenia do niedawna cieszyły się małym zainteresowaniem, dodatkowo miały miejsce w niefortunnym czasie - często w wakacje. Ale jest też tak, że ludzie aktywizują się wtedy, gdy pod ich oknami zaplanowano strefę przemysłową. 

Z jednej strony doceniam warsztat urbanistyczny i planistyczny pracowników urzędu miejskiego, moim zdaniem są to ludzie dobrze przygotowani do tego, by wykonywać swój zawód. Z drugiej, odczuwam głęboki niedosyt, bo ta wiedza, narzędzia, umiejętności nie są wykorzystywane tak, jak mogłyby. Faktycznie, w Gliwicach, choć nie są one może pod tym względem wyjątkiem, w ostatnim czasie można zauważyć coraz większy rozziew między planowaniem przestrzennym, a potrzebami mieszkańców. Te potrzeby w ostatnim czasie dość mocno się zmieniły - ludzie są zainteresowani nie tylko wyglądem domu, ogrodu, ale też tym, co za oknem. Mają coraz wyższe wymagania co do jakości życia w mieście, jego kosztów czy wygody. Chcą mieć atrakcyjne i przyjazne przestrzenie publiczne, zieleń i dostępną komunikację zbiorową. Próbują składać wnioski, domagać się, mniej lub bardziej, realizacji swoich oczekiwań i wtedy napotykają na mur. To sytuacja wymagająca innego podejścia do planowania przestrzennego. I w ogóle innego podejścia do udziału społecznego w różnych decyzjach podejmowanych przez miasto. Jeśli tego nie rozwiążemy, na każdym kroku będziemy stykać się z konfliktami, burzącymi i wywracającymi harmonię, bez której trudno myśleć o mieście rozwijającym się.

To wywracanie właśnie się dzieje. Taka rewolucja obywatelska. Gdy spojrzymy na ostatnie dwa lata, wybuchły co najmniej trzy wojny miejskie. Zaczynając od Wilczych Dołów, poprzez Łabędy, skończywszy na Trynku. 

Jestem pod dużym wrażeniem ruchów miejskich w Gliwicach. Zaczęły się od fal protestów wywołanych przeznaczeniem terenu pod fabrykę, zbiornik przeciwpowodziowy czy drogę. W ostatnim czasie widzę jednak zmianę, bez emocjonalnych wystąpień, za to z bardzo merytorycznymi uwagami do planu i studium, mówię o Łabędach. Ludzie wychodzili na ulice, zaczęli liczyć samochody, mierzyć średnicę pni drzew, które miasto zamierzało wyciąć, sami wykonywać inwentaryzacje urbanistyczne. Wydarzyła się rzecz niesamowita. Mieszkańcy zaczęli interesować się planowaniem przestrzennym. Docenili jego wagę i znaczenie dla nich samych i dla społeczności lokalnych. Powinniśmy umieć to wykorzystać.

To dobrze, bo to zmiana postawy od „nic mnie to nie obchodzi” do „chcę mieć wpływ na to, co mi zaproponują”. Panie profesorze, czy istnieje przepis na dobry plan przestrzenny? 

Niestety, nie... I sądzę, że jest to dobra odpowiedź, bo zmusza nas do tego, żeby przy każdym planie rewidować nasze podejście, wynikające z „tu i teraz”. Lecz powinniśmy przy tym myśleć kategoriami zrównoważonego rozwoju przyszłych pokoleń – naszych dzieci i wnuków. Rozwiązań dla Gliwic nie można ściągnąć z Lublina, Warszawy, czy jakiegokolwiek innego miasta, gdyż każde jest odrębnym kosmosem, innym światem, będą się więc sprawdzać inne recepty. Możemy oczywiście mówić o ogólnych zasadach planowania przestrzennego, ale i one będą zmienne w czasie. Proszę sobie przypomnieć, że 20, 30 lat temu, kiedy powstawała specjalna strefa ekonomiczna, oczekiwania ludzi bardziej koncentrowały się wokół bezrobocia, wykluczenia ekonomicznego. W tej chwili są zupełnie inne. My nie możemy żyć w tych samych ramach, co trzy dekady temu. Dziś problemem jest rozlewanie się zabudowy, jej rozpraszanie, co pociąga za sobą coraz wyższe i stale rosnące koszty społeczne i środowiskowe, ale także czysto ekonomiczne. Musimy, planistycznie, temu podołać i przeorientować nasze myślenie. Za te 20, 30 lat Gliwice będą z pewnością innym miastem niż dzisiaj. Może z mniejszą liczbą mieszkańców, pewnie ludzi starszych, z dużym udziałem migrantów, więc pojawią nowe problemy, o których rozwiązaniu trzeba myśleć już teraz.

wstecz

Komentarze (0) Skomentuj