- Jechałam pod górę w 51 stopniach. Widziałam mroczki przed oczami, drżały mi ręce i nogi. Wtedy zrozumiałam, że to najtrudniejszy dzień mojej wyprawy - wspomina Anna Guzek, nauczycielka, która samotnie pokonała na rowerze trasę o długości 3730 kilometrów z Gliwic do Santiago de Compostela. Jej podróż nie była jednak tylko spełnieniem osobistego marzenia, ale także misją charytatywną i duchową.

Najtrudniejsze chwile w drodze 

Wyprawa rowerowa przez pół Europy to nie sielanka. Choć pani Ania od lat żyje za pan brat z rowerem i rocznie pokonuje około 10 tysięcy kilometrów, Camino okazało się sprawdzianem nie tylko formy fizycznej, ale przede wszystkim siły psychicznej. 
- Najtrudniejsze były ostatnie dwa tygodnie. Jechałam w temperaturze ponad 40 stopni, a rekordowy dzień to była przełęcz O Cebreiro - podjazd przy 51 stopniach. Musiałam lać na głowę wodę z bidonu, by choć trochę się ochłodzić - opowiada Ania Guzek.
W tamtej chwili organizm odmówił posłuszeństwa. Pojawiły się zawroty głowy, nogi i ręce zaczęły drżeć, a każdy kolejny obrót pedałami był walką. - Na szczęście miałam trzy litrowe bidony. Wiedziałam, że bez nich nie dojadę. Chowałam się pod malutkim krzakiem, żeby złapać cień i choć trochę zmniejszyć temperaturę mojego ciała - wspomina. 
Takie chwile pokazują, że Camino to nie tylko piękne widoki i uśmiechy spotykanych ludzi, ale także prawdziwa szkoła wytrwałości. Nauczycielka udowodniła jednak, że siła nie zawsze tkwi w mięśniach, ale w sercu i determinacji. 

Muszla, która dawała siłę

Oprócz wody, sprzętu i kondycji Ania Guzek miała jeszcze coś, co podtrzymywało ją na duchu - muszlę świętego Jakuba. To nieodłączny symbol pielgrzymów, który od wieków wskazuje drogę do Santiago. 
- Nie chcę mówić o niej jak o talizmanie, ale naprawdę czułam, że dodaje mi mocy. Kiedy zobaczyłam przy drodze drogowskaz z muszlą, od razu odzyskiwałam energię - tłumaczy rowerzystka.
Codziennie na trasie pojawiały się charakterystyczne znaki ze schematycznym symbolem muszli. Dla wielu pielgrzymów to po prostu drogowskaz, dla gliwickiej nauczycielki - duchowe wsparcie. - Ta muszla mnie prowadziła. To był znak, że jestem na właściwej drodze, nie tylko fizycznie, ale też w sensie duchowym - dodaje. 
W chwilach zwątpienia wystarczyło spojrzeć na muszlę i przypomnieć sobie, że to droga tysięcy ludzi przed nią, którzy też mieli kryzysy i słabości, a mimo to dotarli do celu. 

Droga przez żałobę i pomoc innym 

Camino stało się dla Anny Guzek nie tylko spełnieniem marzenia, ale także sposobem na przepracowanie bolesnych doświadczeń. Kilka miesięcy przed wyprawą straciła mamę. - Chciałam przeżyć tę żałobę w samotności. Droga miała być moim czasem refleksji i modlitwy - szczerze wyznaje gliwiczanka. 
Jej samotna pielgrzymka nabrała jednak jeszcze jednego, niezwykle ważnego wymiaru - charytatywnego. Anna Guzek połączyła marzenie z pomocą innym, zbierając fundusze na wytchnienio-busa dla fundacji Nieodkładalni. 
- Ogromną energię dawała mi świadomość, że każdy mój kilometr to realna pomoc. Kiedy usłyszałam, że Mostostal dorzuca 10 zł za każdy przejechany kilometr, to dodało mi skrzydeł. Sama przejechałam ponad 3,6 tysiąca kilometrów, a oni przekazali 35 tysięcy złotych. To było coś niewyobrażalnego - opowiada z radością w głosie. 
Jej wyprawa stała się więc nie tylko osobistym testem, ale też gestem solidarności i wsparcia dla potrzebujących. Każde powiadomienie z mediów społecznościowych, każdy SMS od znajomych informujący o kolejnych wpłatach był dla pani Ani dodatkową dawką energii i siły na dalszą drogę. 

Cuda na trasie 

Choć podróżniczka większość drogi spędziła samotnie, wielokrotnie mogła przekonać się o sile ludzkiej dobroci. W Niemczech, Belgii i Francji spotykała ludzi, którzy otwierali przed nią swoje domy i serca. 
- Była taka sytuacja w Belgii. Rozbiłam namiot przy kościele, a po chwili przyszli mieszkańcy i zaprosili mnie do domu. Z początku nie chciałam - miałam już wszystko rozłożone, ale ostatecznie się zgodziłam. I dobrze, bo w nocy przyszła potężna burza. Mój namiot na pewno by tego nie przetrwał. To był cud - wspomina Anna Guzek.
Takich cudów, jak sama je nazywa, było wiele. Niespodziewane zaproszenia na kolację, oferowane noclegi, czy choćby zwykłe, życzliwe słowo od spotkanych na drodze osób. - Opatrzność prowadziła mnie w tej podróży. Było takich sytuacji co najmniej dziesięć - i za każdym razem czułam, że nie jestem sama - podkreśla z wdzięcznością. 

Meta w Santiago i plany na przyszłość

Po 38 dniach i 3633 kilometrach w nogach, dotarła na plac przed Katedrą św. Jakuba w Santiago de Compostela. To był moment kulminacyjny - pełen emocji, łez i ulgi. 
- Czułam ogromną wdzięczność, że się udało. Wjechałam na plac po ponad 3600 kilometrach i nie mogłam uwierzyć, że naprawdę to zrobiłam. Było wzruszenie, radość i świadomość, że dokonałam czegoś wielkiego - mówi gliwiczanka. 
Niezwykłe jest to, że przez całą drogę nie spotkała jej żadna awaria. - Nie złapałam nawet gumy, nie musiałam wymieniać dętki, nic się nie stało z łańcuchem. To naprawdę cud - dodaje.
Choć wróciła do codzienności nauczycielki i katechetki, już planuje kolejne wyprawy. - Camino wciąga. Planuję trasę portugalską, może nawet połączoną z Afryką. W tym roku chciałabym też zrobić wszystkie polskie trasy Camino. To jest droga, w której się zakochałam - zdradza. 
Dla Anny Guzek droga nie skończyła się w Santiago - ona dopiero się zaczęła. Dziś sama mówi, że Camino nie jest jednorazowym przeżyciem, ale czymś, co zostaje w sercu na zawsze i do czego człowiek wraca - jeśli nie fizycznie, to duchowo. 

Milena Miller

Galeria

wstecz

Komentarze (0) Skomentuj