Telefony nasze i naszych sąsiadów rozgrzane są do czerwoności. Tak wielu chce pomóc, tak wielu tej pomocy wciąż potrzebuje… 

Jak toczą się losy Ukraińców, o których pisaliśmy tydzień temu? Jak wygląda sytuacja tych, którzy właśnie przybyli?

3 dni jechała z maleńkimi dziećmi

Są zmęczeni i przestraszeni, ale już bezpieczni. Do Gliwic przybywają kolejne ukraińskie rodziny. Większość z nich ma tu swoich bliskich bądź przyjaciół. Schronienie znajdują w gliwickich domach. Ten tydzień dramatycznie zmienił ich życie, nie pozostając bez wpływu na nasze. Egzamin z solidarności zdajemy, póki co, na szóstkę. Początkowo spontanicznie, dogadując się co do szczegółów na facebookowych grupach, potem w sposób bardziej skoordynowany, np. za pośrednictwem Centrum Inicjatyw Społecznych. To tam z propozycją przyjęcia rodziny ukraińskiej zgłosiła się Beata Bochniak. Kiedy usłyszała o takiej potrzebie, wracała z mężem z urlopu. Nie wahali się ani chwili.
- Przeczytałam post, z którego wynikało, że do Gliwic przyjedzie autobus z setką Ukraińców, a miejsca było tylko dla 60 z nich. Zdecydowaliśmy się pomóc jeszcze będąc w drodze – opowiada gliwiczanka. Tak w ich domu pojawiła się Wiktoria z Ukrainy, z dwójką małych dzieci – 2,5-letnią Anią i nieco ponad rocznym Zacharym. W Winnicy nad Bohem, na wschodnim Podolu, zostawili swój dom. Droga do Gliwic zajęła im trzy dni. Trzy dni tułaczki matki z maleńkimi dziećmi! Przybyli w niedzielę o 18.30. We wtorek ruszyli w dalszą drogę, do Czech, w których pracuje mąż dzielnej Wiktorii.

Co z uczniem z Gliwic?

W poniedziałek na skrzynkę Nowin Gliwickich trafiła wiadomość: Matka z dzieckiem przebywają w ukraińskim mieście Chersoń, oddalonym od granicy o 1000 km. Nie mają jak się dostać do granicy polskiej. Może znajdzie się ktoś, kto mógłby ich odebrać z Chersonia?
Nadawcę wiadomości znam. To Grażyna, mama jednego z kolegów z klasy mojej córki. Dzwonię, rozmawiamy. Dziecko, o którym mowa, to również kolega z tej samej klasy. 12-latek z Ukrainy chodzi do jednej z gliwickich szkół. Wyjechał z mamą na ferie i nie ma jak wrócić. Córka pisze do niego sms-a: „Wszystko u Ciebie ok”? „Tak” – odpowiada. „Macie jak się wydostać?” – pyta. „Nie. Mosty są zbombardowane”.
Uruchamiam myślenie zadaniowe. Dzwonię tu, dzwonię tam. Wiem już, że pociągi do Przemyśla wciąż odchodzą z Odessy. Z Cherstonia do tego miasta jest jednak ok. 200 km. Po drodze te cholerne zbombardowane mosty! Trafiam na platformę, która łączy przewoźników z różnych krajów. Sympatyczna pani odnotowuje moje zgłoszenie i prośbę o pomoc. Obiecuje zadzwonić, gdy coś się znajdzie. Sprawia wrażenie zaangażowanej, empatycznej. Czekam…
Grażyna również wisi na telefonie. Wysłała mamie chłopaka namiar na Ukrainkę, która podobno załatwia transporty w głębi kraju. Jednak w poniedziałek w nocy wiemy już, że wyjazd z Cherstonia jest właściwie niemożliwy. Trwa bombardowanie. Potwierdza to w smsie sama zainteresowana. Czy ucznia z Gliwic i jego mamę uda się sprowadzić? Czy może im pomóc ktoś, kto właśnie to czyta? Ile jeszcze podobnych historii mają do opowiedzenia gliwiczanie?

Trzeba pomóc, to pomagamy… Nie ma o czym mówić

Piotr Grzech ma chorą mamę. Nie zawahał się jednak zaprosić do siebie rodzinę z Ukrainy. 2-3 osoby – tyle zadeklarował. Patrycja Szafarczyk, koordynująca temat mieszkań dla uchodźców, ma jednak do ulokowania rodzinę aż 8-osobową. Po chwili gliwiczanin oddzwania – jego mama poprosiła, by ich przyjął.
- Wie Pani, to nie ma dyskusji. Trzeba pomóc, to się pomaga. Dobrze, że choć tyle można – mówi, dodając, że z żoną nie zawahali się ani chwili. – Syn to załatwił, w ciągu 1,5 godziny. Zrobił zgłoszenie i ludzie przyjechali.
Jest niedziela, popołudnie. Ostatecznie trafia do nich matka i dwoje nastolatków z obwodu chmielnickiego.
- Wystraszeni. Zostawili dom, tatę i męża – odpowiada na pytanie o kondycję, w jakiej znajdują się jego goście. – Czy coś jest potrzeba? Mam taką sytuację, że nie martwi mnie to, że oni u mnie śpią i jedzą. Może z czasem, gdyby zostali na dłużej przydałoby się jakieś zajęcie – dodaje.

Nie udało się. Siostra bardzo się boi…

Dzwonię do moich rozmówców z poprzedniego tygodnia. Trochę mam duszę na ramieniu… Ostatnia nasza rozmowa pełna była optymizmu. Teraz po drugiej stronie usłyszę osoby odarte ze złudzeń. Osoby, które w zawierusze wojennej mają swoich bliskich i drżą o ich życie. Decyduję się porozmawiać tylko z dwoma moimi poprzednimi interlokutorami.
- Nie udało się. Siostra męża bardzo się boi – mówi Kateryna. – Blisko niej strzelają. Ona ma 5-letnie dziecko. Boi się jechać przez całą Ukrainę.
Teściowa Kateryny pracuje w Domu Dziecka. Za nic w świecie nie zgadza się zostawić swoich wychowanków. Pytam, czy nie myślała o tym, aby zorganizować transport do Polski dla całej grupy. Czytałam o podobnych akcjach, wiem, że są możliwe.
Kateryna wyjaśnia mi jednak, że – podobnie jak bywa w Polsce – niektóre z tych dzieci mają rodziców, którzy nie zostali pozbawieni praw rodzicielskich. Bez ich zgody dzieci zabrać nie można. Dlatego mama jej męża decyduje się tam zostać.
Na Ukrainie zostaną także rodzice Mykhaila, choć próbuje on namówić mamę do przyjazdu. Mówią mu, że tam gdzie są, jest na razie bezpiecznie. Ojciec wciąż otrzymuje informacje od wojskowych. Pokrywają się one z tym, co można zobaczyć, usłyszeć i przeczytać w polskich mediach. Koledzy ostrzegą go, jak zagrożenie zbliży się do ich domu…
Epilog do tego tekstu dopisuje post, który przeczytałam na stronie Dariusza Koszałki, do niedawna instruktora w gliwickim eMDeKu. „Dzisiaj zakwaterowaliśmy rodzinę z Ukrainy, wszyscy są zdrowi i szczęśliwie dotarli po 5 dniach tułaczki. Na razie mamy wszystko ogarnięte i pomoc zapewnimy najlepszą, na jaką nas stać.
Przy okazji rozmawiałem z młodym człowiekiem, który ich przywiózł z granicy. Jestem pod wielkim wrażeniem jak ludzie pomagają. Chłopak robi dziennie kilkaset kilometrów rozwożąc uchodźców, ale nie to mnie najbardziej zadziwiło. Żeby to robić wziął urlop wypoczynkowy w pracy i pomaga. WIELKI SZACUN! DZIĘKUJĘ TYM OSOBOM ZA WIELKIE ODDANIE. TO NAPRAWDĘ DAJE NADZIEJĘ”.

Adriana Urgacz-Kuźniak
 

Galeria

wstecz

Komentarze (0) Skomentuj