Z członkami zespołu „Wiewiórka Na Drzewie” rozmawia Adriana Urgacz-Kuźniak.
16 lat temu grupa muzyków grających w takich gliwickich zespołach, jak „Squid” „Sensitive” i „WD40, zagrała razem. Dźwięki, które powstały z tego mariażu, zachwyciły ciepłem reggae, skocznością SKA i nieoczywistym połączeniem z rockiem a może nawet z maleńką szczyptą metalu.
Z tego wspólnego grania narodziła się Wiewiórka Na Drzewie. Rok później stanęła scena Wiewiórstocku, spontanicznie stworzona przez gliwickich muzyków w ramach Przystanku Woodstock. O zespole, który robi w Gliwicach Hałas, rozmawiamy z Miśkiem i Davem – członkami WND.
Jak uformował się zespół?
Misiek: Wiesz, środowisko muzyczne w Gliwicach tak naprawdę skupia się wokół kilku starych domów kultury i innych budynków, gdzie są sale prób. My akurat gramy na ul. Chorzowskiej, podobnie jak kilkanaście innych zespołów muzycznych, więc często spotykamy się z muzykami z innych gliwickich grup. I tak właśnie przypadkowo powstała Wiewiórka na Drzewie. Wspólnie tworzymy też różne inne projekty. Pomysłów jest coraz więcej choć ciągle brakuje nam czasu. Oprócz muzyki mamy przecież rodziny i normalnie pracujemy.
Dave: Trzeba być gotowym do poświęceń. Dla nas wtorki są przeznaczone na próby Wiewiórki Na Drzewie. A w czwartki spotykamy się, żeby wymyślać nowe kawałki. Tworzyć. Choćby się paliło - w czwartek przychodzimy obowiązkowo.
A co było najpierw? Hałas Miasta czy Wiewiórstock?
Dave: Właściwie Wiewiórstock był poniekąd jeszcze przed Wiewiórką Na Drzewie. Bo chłopaki jeździli na Woodstock i już wtedy grali na bębnach i gitarce. Dopiero później powstała Wiewiórka na Drzewie. Z kolei pierwszy koncert zagraliśmy na Biegu Rzeźnika w Bieszczadach i pod ten koncert 15 lat temu napisaliśmy sporą część utworów, którą gramy do dziś.
Misiek: Z kolei członkowie Całej Naprzód odezwali się do jakieś 10 lat temu. To oni wymyślili nazwę Hałas Miasta. Taki był ich pomysł na imprezę charytatywną dla Ani Urban. Zaczęło się od tego, że mieliśmy być tylko zespołem tam grającym, a skończyło się na tym, że zrobiliśmy utwór „Hałas Miasta” i można powiedzieć, że od wielu lat jesteśmy współorganizatorami tego wydarzenia.
Wyjaśnijcie mi - jak Wiewiórstock organizacyjnie ma się do Przystanku Woodstock?
Misiek: Kiedy imprezy były na terenie Kostrzyna, były trochę bardziej swobodne. Teraz jest to zupełnie inne wydarzenie, bardzo mocno zorganizowane i bardzo ciężko byłoby nam obecnie zorganizować coś takiego jak Wiewiórstock. To też ciekawa historia. Zaczęło się od scen z palet a skończyło na bardzo profesjonalnie przygotowanych koncertach z dobrym nagłośnieniem i znanymi zespołami.
Owsiak wiedział o Waszej scenie?
Misiek: Pierwsze były nieoficjalne, przy ostatnich współpracowaliśmy. Oczywiście najpierw trafiliśmy „na dywanik” w Fundacji. Musieliśmy wytłumaczyć, jak działa nasza scena i porozmawiać o kwestiach bezpieczeństwa.
Dave: Bo w pewnym momencie zrobiło się poważnie. Słuchało nas już nie kilkadziesiąt ale kilkaset osób.
Misiek: Tak, ludzie zaczęli przychodzić na koncerty i blokować drogi pożarowe. Musiała czuwać straż i inne jednostki. Nawet pamiętam, że Jurek Owsiak rzucił kiedyś, że musimy się zacząć dorzucać do Toi toi (śmiech).
Z Jurkiem widzieliśmy się kilka razy, byliśmy też wyróżnieni na eliminacjach do Przystanku Woodstock. Graliśmy na oficjalnych koncertach woodstockowych. Co więcej, jako jedyni jednego roku zagraliśmy na trzech scenach, dzień po dniu. Od tego czasu działaliśmy oficjalnie. Mieliśmy przepustki, wjeżdżaliśmy na plac. Nawet pamiętam, że kiedyś uzbieraliśmy na organizację Wiewiórstocku ponad 20 tysięcy złotych, dzięki czemu mogliśmy postawić profesjonalną scenę. Świetne doświadczenie, świetne wspomnienia.
Dave: Do dzisiaj ludzie piszą i pytają, czy będzie Wiewiórstock. Ale teraz byłoby bardzo ciężko go zorganizować. Myślę, że nie ma takiego klimatu jak wtedy. Graliśmy w krzakach, w lesie. Robiliśmy to w pewnym momencie naprawdę z pompą. Miało to swój klimat. Chłopaki rozstawiali podesty, ja robiłem całe zadaszenie. Mój brat robił nagłośnienie. Krzychu wybierał zespoły i sprawdzaliśmy, kto jest najlepszy i ich zapraszaliśmy. Każdy robił coś.
Misiek: Śmiesznie było. Okazało się, że zespoły z dużej sceny chcą grać u nas tylko dlatego, ze to ciekawa inicjatywa. Fundacja starała się ich zatrzymać. Pamiętam taką wokalistkę, która w tym roku gra na Pol’and’rock: Mery Spolsky. Wraz z zespołem Makijaż, jeden z pierwszych swoich koncertów zagrała właśnie na Wiewiórstocku. Dużo było takich zespołów, które później wypłynęły i teraz grają na dużej scenie na Pol’and’rocku i ogólnie na dużych polskich scenach.
Wasze utwory wpadają w ucho, potem nucę je całymi dniami. Jak powstało „Siesie”?
Dave: Siesie powstało w Bieszczadach. Pamiętam, że siedzieliśmy u teściowej Hermana w kuchni. Misiu wyciągnął gitarę i zaczął grać pierwsze akordy, Szateq był zmęczony i leżał w łóżku, A my siedzieliśmy w kuchni z Panią Tereską, ona coś gotowała, a ty grałeś. Pamiętam to.
A „Prącie Pana”?
Misiek: „Prącie Pana” napisałem, jak jechałem pociągiem do Bydgoszczy dać wykład w ramach jakiegoś szkolenia. Miałem pomysł, żeby to było bardzo głupie i bardzo mądre jednocześnie. Właściwie jak już pojawiły się te słowa, to reszta poleciała. Napisałem to chyba w 5 czy 6 minut. Bardzo szybko to poszło.
Dave: To jest kawałek, który porusza istotne kwestie, ale w zabawny sposób. Ludzie zawsze chcą to usłyszeć na koncertach. Ale podejrzewam, że większość osób nawet nie zastanawia się, o czym ten kawałek jest. A to nie jest taki sobie śmieszny kawałeczek, tylko poważny tekstowo.
Jak dawaliście sobie radę podczas pandemii?
Misiek: Przez pierwsze dwa miesiące pandemii nie mogliśmy mieć prób. Ale potem przez kolejne pół roku mieliśmy co tydzień próby, a nie było koncertów. To była istna burza mózgów. Tworzyliśmy dwa razy więcej nowych utworów niż wcześniej. Z tej płyty, którą teraz mamy, większość utworów była tworzona właśnie wtedy.
Czy w dzisiejszych czasach trudno trafić do radia?
Misiek: Bardzo, ale dajemy sobie radę inaczej. Mamy swoje kanały, takie jak YouTube, Spotify, Tidal. Bardzo istotna dla nas jest poczta pantoflowa.
Dave: Ale zachęcamy do kupowania płyt. Ja często kupuję płyty. Otworzę płytę, pooglądam, schowam i nigdy w życiu jej nie otworzę, by jej przypadkiem nie porysować (śmiech). Prawda jest taka, że z technicznego punktu płyta jest dużo lepsza jakościowo. Utwory w Internecie są bardziej skompresowane i to słychać.
Nie ma to jak dobra płyta w ręku. To tak jak gazetą, prawda? Papier pachnie, a Internet nie. A jakie plany przed Wami? Zaczynają się wakacje, dla Was to zapewne żniwa?
Misiek: A różnie to u nas bywa. Niestety, niektórym organizatorom wydaje się, że ośmioosobowy zespół może pojechać na przykład do Gdańska i zagrać za 500 złotych, albo za przysłowiowe piwo. A przecież to nie pokryje nawet kosztów transportu. Ale sporo koncertów jest już zaplanowanych.
W najbliższym czasie czekają nas na pewno koncerty na Biegu Rzeźnika. W piątek po Bożym Ciele zagramy w Cisnej. A pod koniec przyszłego miesiąca robimy w Gliwicach „Hałas miasta”. Do końca roku mamy jeszcze kilka „sztuk”. Natomiast w przyszłym roku gramy w Warszawie i za granicą w Wielkiej Brytanii.
Chłopaki, czego Wam życzyć?
Misiek: Po pierwsze – pokoju na świecie. A po drugie – żeby w radio leciały kawałki takich fajnych zespołów, jak Wiewiórka Na Drzewie.
Trzymam za to kciuki.


Komentarze (0) Skomentuj