Co masz teraz na samej górze w swojej Szufladzie? Jaką postać rozpracowujesz?
Leopolda Lewego. Ale już skończyłam. Było tak: na aukcji internetowej pojawiła się bardzo rzadka pocztówka z początku XX wieku. W ogóle nieznana rybnickim pasjonatom historii. W licytacji osiągnęła dość wysoką cenę, poszła za prawie 400 euro. Przedstawia centrum Rybnika, tuż przy Rynku. Na pocztówce widać napis Gasthaus i nazwisko Leopolda Lewego. Postanowiłam, że nim ktoś tę pocztówkę wylicytuje, rozgryzę historię Leopolda, bo nie przypuszczałam, że w tym miejscu, na Rynku w Rybniku, była żydowska karczma.
Zastanawiam się ile już postaci rozgryzłaś ?
Bardzo dużo, ale wciąż odkrywam nowe rzeczy. Ostatnio historię budynku nazywanego przez Rybniczan potacznią albo patacznią, prawdopodobnie od wyprzęgu, bo na tyłach tego budynku sprzedawano konie. Za komuny był tam bar, śmierdząca speluna, teraz baru już nie ma. Kiedy opisywałam losy Krakauera zamieściłam na blogu zdjęcie tej kamienicy nie widząc, że jest żydowska. O tym dowiedziałam się niedawno. Należała do jednego z Pristerów. Trzy lata temu pisząc pierwszą książkę, czyli „Pięknych i młodych”, wiedziałam, że ktoś z tej rodziny miał przy Raciborskiej zajazd, karczmę, restaurację, bo różnie ją nazywano, ale nigdzie nie podawano numeru, i nie potrafiłam zlokalizować budynku, bo Raciborska jest dosyć długą ulicą. Jakiś czas temu w zasobach Śląskiej Biblioteki Cyfrowej znalazłam ogłoszenie z 1918, czyli z czasów gdy nieruchomość należała do Pristerów. W ogłoszeniu napisano, że rolnik z Lysek, czyli wsi pod Rybnikiem, będzie sprzedawał prosięta w oberży Pristera, tak zwanej Potaczni. A w Rybniku mamy tylko jedną, więc byłam w domu.
W twojej misji historycznej, bo tak lubię nazywać to, co robisz, ważne są tropy: od skrawka notatki, ogłoszenia, po zdjęcia, pamiętniki, listy. Co liczy się w tym tropieniu najbardziej?Intuicja? Wiedza? Szczęście?
Za każdym razem coś innego. Kiedy zajmowałam się Leopoldem Lewym potrzebne, i naprowadzające na właściwy trop informacje, znalazłam w starych gazetach z końca XIX wieku. Podobnie było z Danzingerem. Pojawił się anons prasowy, że jedną z ważniejszych kamienic w Rybniku wybudował niejaki Danzinger, bez imienia. No i okazało się, że to Jozef, czyli żaden z Danzigerów z moich zasobów. Zaufałam tej notce, nie drążąc już dokładniej, po czym, po wielu perypetiach udało mi się rozwikłać który jest który i gdzie został pochowany.
Szukasz wszędzie i podążasz za każdym tropem dotyczącym żon, dzieci, miejsc ślubu, urodzeń, własności, pochówków.
Liczą się też plotki, pogłoski. One często zawierają jakąś tam prawdę.
Widzisz człowieka z jego biedą, bogactwem, pięknością, młodością, starością. Zaglądasz mu do domu, podpatrujesz, a w tym już ważna jest wyobraźnia.
Tak, wyobraźnia jest bardzo ważna. Nie jestem z wykształcenia historyczką, prawie całe swoje życie zawodowe byłam agentką nieruchomości, których potem już nie cierpiałam, więc po pięćdziesiątce wszystko zmieniłam. I zajęłam się tym, co mnie wciągnęło na amen: historią. Popularyzuję ją na wszelkie możliwe sposoby, a moje dwie książki to właśnie książki popularnonaukowe. Przeciętny czytelnik czy spacerowicz, bo oprowadzam też różnymi trasami po Rybniku, nie zapamięta dat, bardziej to, że bohater tej mojej opowieści chodził w czarnym kapeluszu, którego nigdy nie zdejmował.
Niezorientowany czytelnik czy czytelniczka może odnieść wrażenie albo wręcz być przekonanym o tym, że to co robisz jest łatwe. Ale to złudzenie.
No i często ból. Długie godziny ślęczę przed ekranem, więc kręgosłup odmawia posłuszeństwa. Wtedy robię przerwę, idę na na spacer, jednak wciąż myślę o tych moich bohaterach i bohaterkach, o niezamkniętych wątkach. To praca detektywistyczna: kojarzenie kompletnie nie powiązanych ze sobą faktów. Czyli na przykład, czytam akt ślubu i widzę imiona i nazwiska świadków. I myślę: no dobra, skoro ta osoba była świadkiem być może jest jakoś powiązana z moim głównym bohaterem. O którym na razie nie wiem nic, ale ten świadek jest niteczką, która mnie prowadzi już do konkretniejszych informacji. Zaczynam przeszukiwać, googlować, szperać, analizować, budować siatki powiązań, i z tego wszystkiego, często z zaskoczenia, wyłania się poszukiwana przeze mnie postać. Moje dwie książki powstały z wieloletnich poszukiwań, gromadzenia różnych dokumentów, wycinków, ścinków, printscreenów. Wszystko mam w laptopie, bo ta moja Szuflada jest wirtualna. W normalnej niewiele by się zmieściło. Każde nazwisko ma katalog, wszystko notuję, bo się przydaje. Najpierw rozpisuję drzewo genealogiczne. Robię to na kartce, notując podstawowe daty przy każdym nazwisku. Potem, kiedy już są zidentyfikowani, mogę o nich pisać. No ale jeszcze zawsze przy tym pisaniu coś wyskakuje, jeszcze trzeba pokopać, więc znowu siadam przed laptopem i tak w kółko. Ale ja to lubię, bo to jest dla mnie adrenalina.
„Bogaci i biedni” pachną piwem. A na okładce książki fantastyczne zdjęcie imperium Mullerów.
Można je zobaczyć na wystawie stałej w gliwickim Domu Pamięci Żydów Górnośląskich.
We wstępie książki napisałaś, że żyją jeszcze osoby, i jest ich całkiem sporo, które potrafiły ci o historii browaru opowiedzieć. To do kogo dotarłaś?
Browar istniał w Rybniku do czasów nam współczesnych, bo zamykano go 20 lat temu. Znajdował się w samym centrum miasta, zaraz przy Rynku. Więc Rybniczanie go bardzo dobrze pamiętają, szczególnie starsze pokolenie. Mieszkałam blisko niego i znałam jego historię. Osoby z Parku Handlowego Fokus dwa lata temu poprosiły mnie o pomoc, bo to był browar żydowski. Szukano wszelkich śladów materialnych, na przykład starych butelek, ale też docierano do byłych, powojennych, pracowników browaru, w tym również do dzieci pierwszego powojennego dyrektora, repatrianta ze Lwowa. Który zamieszkał w tym samym domu co przedwojenny właściciel Siegfried Muller. W tamtych czasie, czyli tuż po wojnie, krążyły o nim różne opowieści, również o skarbie, który gdzieś ukrył. To napędzało wyobraźnię. Miałam kontakt z córką dyrektora Popowicza. Przekazała mi wiele historii, anegdot, zdjęć, wiedziała też wiele o tym co mówili o Mullerach ich pracownicy. Moja sąsiadka, pani przed dziewięćdziesiątką, miała także interesujące wspomnienia: u Mullerów pracował jej ojciec i często słyszała, że pan był dobry, i pani też, ale pan, czyli Muller, dziwny bardzo, bo miał dużo ubrań i często się przebierał. W ich domu było też mnóstwo zakamarków – to z kolei przewija się w opowieściach dzieci dyrektora Popowicza. I też to, że Muller unikał bezpośrednich kontaktów ze swoimi pracownikami. Ponoć przemykał tymi zakamarkami żeby tylko nikogo nie spotkać. A potem nagle się ożenił. I znowu plotkowano, że żona szansonistka, a małżeństwo nie przetrwało. Rzuciła go. Zaciekawiła mnie jej profesja i trochę poszperałam. Okazało się, że w metryce ślubu z Mullerem widnieje jej adres z 1919 roku. To okolice gliwickiego Teatru Victoria.
Masz swoich ulubieńców: Jay’a Kupermana, Maxa Richtera, specjalistów od Indygo, czyli Pragerów. Tę sympatię widać po tym, jak przedstawiasz te rodziny: ze specjalnym uczuciem, specjalną emocją.
Tak, i nie ukrywam tego ani w „Pięknych i młodych” ani w „Bogatych i biednych”.
Jak to się dzieje, że zaczynasz ich lubić? Co sprawia, że dana postać jest bardziej z Tobą?
Z Jay’em Kupermanem wiele razy rozmawialiśmy przez telefon czy Skype’a, bo mimo wieku był biegły w sprawach internetowych. A potem przyjechał do Rybnika z córkami i mogłam go poznać osobiście. Myślę, że była to wzajemna przyjaźń, nie miłość, ale przyjaźń. Ciepła i serdeczna. Traktowałam go jako dziadko - wujka, on mnie jak wspomnienie swojej młodości. Jay zawsze tak się cieszył, kiedy posyłałam mu jakiekolwiek zdjęcie ze współczesnego Rybnika, cieszył się każdym mailem, bardzo szybko na nie odpisywał. Pytałam go o bardzo różne rzeczy, o szczególiki, a miał wyśmienitą pamięć i zawsze starał się odpowiedzieć jak najrzetelniej. Nie konfabulował, nie dorabiał teorii, pisał szczerze, że czegoś nie wie. Jay pochodził z tych biedniejszych rybnickich Żydów, więc jego opowieści dotyczyły tylko tej części Rybniczan. Żałuję, że już nie żyje, bo wciąż mam do niego wiele pytań.
Jay trafił na Ciebie czy ty na niego?
To był przypadek. Zostawiał ślady na różnych stronach internetowych. Ale o tym za chwilę opowiem. Jay był w Rybniku na przełomie lat 70. i 80., kiedy utrzymywał kontakt z jedną rybnicką Żydówką. Przeżyła wojnę na aryjskich papierach. Jej rodzina pomagała Kupermanom kiedy ci byli w sosnowieckim w getcie. Posyłali tam paczki. Po wojnie pomagał jej z dokumentami paszportowymi, zaprosił ją do USA, pojechała tam. Ten ich kontakt trwał kilkanaście lat, a potem ta Żydówka zmarła. No i teraz o tych internetowych śladach. Szukałam bardzo różnych informacji wertując przeglądarki i tak natknęłam się na wpis krótkofalowca, który szukał kontaktu z kimkolwiek z przedwojennego Rybnika, najlepiej z Żydami. Właściwie to znaleźliśmy się tak jakby jednocześnie: w lokalnej gazecie rybnickiej pojawił się o nim artykuł. Nie czytałam go, wtedy był tylko w wersji papierowej. A ja w tym samym czasie odnalazłam w sieci ten jego wpis krótkofalarski. No i tak się zaczęła nasza przyjaźń. Jay bardzo często dzwonił towarzysko, żeby sobie pogadać, rozmawialiśmy po angielsku. Znał polski, ale go nie używał. I przez lata, przez te nasze kontakty, wytworzyła się między nami zażyłość. Opowiadał mi o ważnych dla niego rzeczach osobistych, anonsował kiedy szedł do szpitala, żebym wiedziała, a kiedy z niego wyszedł, gadaliśmy o tym, co mu tam robili, bo czasami był o krok od śmierci, ale nigdy nie narzekał. Posyłał mi pocztówki na każde święta Bożego Narodzenia, na urodziny. Pocztówki tradycyjne, nie mailowe. Kiedy w 2019 roku umarł, a przecież wiedziałam, że to nastąpi, bo był bardzo schorowany, to dla mnie było tak, jakby zmarł ktoś bliski. Jay też miał do mnie taki serdeczny stosunek, choć tego nie okazywał. To był ocalały z Holokaustu, a oni są twardzi.
Byłaś taką przyszywaną córką.
Czwartą, bo on miał trzy. I dużą rodzinę... myliły mi się imiona wnuków i prawnuków, ale Jay zawsze sumiennie pisał kiedy mają urodziny, bar micwę. To było z jego strony urocze... Dziś bardzo mi go brakuje.
A czym ujęli cię Pragerowie?
Było ich trzech. Zasłużonych dla Rybnika. Czyli Abraham Prager, Hermann Muller i Julius Hasse. Muller i Hasse są dość dobrze opisani, wiemy o nich sporo, Abraham Prager, równie zasłużony, co dwaj pozostali, owszem był wymieniany, ale jako zdawkowy „fabrykant Prager”. Ale tych Pragerów było dużo i trudno było ustalić o kogo chodzi. Dzięki dostępnej cyfrowo starej prasie niemieckiej, wychodzącej głównie w Berlinie, ustaliłam sporo rzeczy i ten bezimienny „fabrykant Prager” zyskał imię. To właśnie Abraham. Kim był? Wieloletnim radnym Rybnika, przez długi czas także miejskim radcą, oraz członkiem Rybnickiego Towarzystwa Upiększania (miasta) oraz Komisji do Spraw Promenady, jak nazywano dzisiejszą 3 Maja. Prager był, jakbyśmy powiedzieli językiem współczesnych, biznesmenem odpowiedzialnym społecznie. Otóż pod koniec lat 80. XIX wieku Związek Gmin Synagogalnych Rejencji Opolskiej chciał wybudować nowoczesny sierociniec dla dzieci żydowskich w którymś z miast rejencji. Padło na Rybnik, bo to tu mieszkali dwaj główni sponsorzy. Ich oferta była po prostu nie do odrzucenia. Pierwszym był Ferdinand Hasse (ojciec Juliusa, ale też wujek Abrahama Pragera). Wyłożył na stół 20 tysięcy marek, stawiając jednak warunek: sierociniec ma powstać w Rybniku. Drugim sponsorem był nasz Abraham, właściciel fabryki modrych druków, który na początek zaoferował na budowę 10 tysięcy cegieł. Sierociniec otwarto hucznie w październiku 1893 roku, a Prager był jednym z ważniejszych gości na uroczystości. Która zakończyła się obiadem na 120 osób w hotelu Wittinga przy rybnickim Rynku. Na pewno wszystkich rybnickich Pragerów można zaliczyć do uczciwych, pracowitych, szanowanych, prawych i dość zamożnych obywateli naszego miasta, a kilku z nich – do bardzo dla niego zasłużonych. Dbali o to, by ich nazwisko było wymawiane z szacunkiem, i tak zapewne kiedyś było.
Twój tata jest też ważną postacią.
Bardzo, to dla niego pisałam „Bogatych i biednych”. Szalenie mnie dopingował, codziennie słuchał o tym, co już napisałam albo co znalazłam. Mój tata ma 92 lata i wciąż w nim wiele ciekawości, towarzyszył mi, w miarę swych sił, a ja to jego towarzyszenie bardzo cenię. To wielkie szczęście mieć ponad 60 lat i ciągle móc mówić „Tatusiu”, bo to on namawiał mnie do wydania kolejnej książki i został jej głównym sponsorem. Na spotkaniu autorskim oboje bardzo się wzruszyliśmy. Bo Tata oczywiście się na nie wybrał.
Rybniczanka, przewodniczka po Rybniku, wieloletnia współpracowniczka Domu Pamięci Żydów Górnośląskich, pasjonatka historii rybnickich, a także górnośląskich Żydów, których losy stara się przybliżać na swoim blogu www.szufladamalgosi.pl poprzez spotkania z mieszkańcami i artykuły w prasie. Jest laureatką dyplomu przyznawanego przez Ambasadora Izraela oraz Żydowski Instytut Historyczny za ratowanie dziedzictwa żydowskiego ( 2010 r.) oraz nagrody prezydenta miasta Rybnika za przywracanie pamięci o różnorodności etnicznej miasta ( 2020 r.). Autorka dwóch książek: „Piękni i młodzi. Opowieści o Rybnickich Żydach. Z Szuflady Małgosi” i „Bogaci i biedni. Opowieści o rybnickich Żydach. Z szuflady Małgosi”.


Komentarze (0) Skomentuj