Na jednym z podwórek na Górnych Wałów znaleźć można firmę, której szefowa znana jest wielu gliwiczanom. To Maria „Maja” Luiza Szyrocka, niedawna kuracjuszka Sanatorium Miłości, popularnego programu TVP prowadzonego przez Martę Manowską. Zaglądamy do niej, by dowiedzieć się, jak potoczyło się jej życie po programie. Nasza gospodyni ma dla nas niespodziankę – w związku ze zbliżającym się świętem Wszystkich Świętych, ufundowała wiązankę, którą będzie można wygrać w naszym konkursie.
Jak trafiła Pani do programu?
Jak to się stało? Moja córka mnie namówiła. A potem wszystko wydarzyło się bardzo szybko. Była sobota, kiedy wysłałam swoje zgłoszenie – krótki filmik, który trzeba było nagrać. To był już ostatni moment, ponieważ w środę kończyły się castingi. W poniedziałek moje zgłoszenie dotarło do organizatorów, a już tego samego dnia zadzwonili do mnie z zaproszeniem na casting w środę. Po dwóch tygodniach dowiedziałam się, że zostałam zakwalifikowana, co było dla mnie zaskoczeniem, bo zgłosiło się ponad 2700 osób, z czego aż 2000 to kobiety. Mężczyzn zgłasza się znacznie mniej.
Byłam z tego powodu bardzo zadowolona, chociaż na początku trochę się denerwowałam. Na planie atmosfera okazała się fantastyczna – operatorzy, dźwiękowcy, wszyscy byli niesamowicie mili i wspierający. Marta Manowska, prowadząca program, również okazała się wspaniałą osobą. Co ciekawe, jest w wieku mojej córki, ale zupełnie nie odczuwało się różnicy pokoleń. Potrafiła wtopić się w naszą grupę, tworząc przyjazną atmosferę. Kiedy ktoś miał gorszy dzień lub czuł się smutny, Marta zawsze potrafiła podejść, przytulić i dodać otuchy.
Miałam moment, kiedy byłam bliska rezygnacji, czułam, że już nie dam rady. Wtedy Marta bardzo mnie wspierała, za co jestem jej wdzięczna. Ostatecznie podjęłam decyzję o opuszczeniu programu i nie żałuję tej decyzji.
Utrzymuje Pani kontakt z innymi kuracjuszami?
Tak. Z Elą, z którą byłam w pokoju, bardzo często do siebie dzwonimy. Niedawno byłyśmy razem na krótkim wyjeździe w góry. Byłam też u niej – zorganizowała zlot uczestników. Nie wszyscy mogli się na nim pojawić, ale przyjechało 9 osób. Mamy ze sobą kontakt telefoniczny.
Jak wyglądało Pani życie po przyjeździe do Gliwic?
Przed emisją programu najbliżsi znajomi, którzy wiedzieli, że się zgłosiłam, uznawali to za zbyt wielkie szaleństwo. Po emisji większość z nich pochwaliła jednak mój udział w programie. Sprawdziłam się przed kamerą. Może też dlatego, że tańczę i z kamerą jestem obyta. Byłam mniej speszona, od innych kuracjuszy.
Gdzie Pani Tańczy?
Tańczę w systemie ProAm, czyli w układzie, gdzie profesjonalista współpracuje z amatorem. Moja przygoda z tańcem trwa już dwa lata, a wszystko zaczęło się dość spontanicznie. Zbliżały się moje 65. urodziny, a ja od zawsze marzyłam o tym, żeby tańczyć. Znalazłam w Gliwicach klub, w którym trafiłam na trenera – młodego, 25-letniego tancerza. Różnica wieku była znaczna, ale nie miało to żadnego znaczenia. Tancerz, z którym tam ćwiczyłam, to najwyższa klasa, międzynarodowy poziom, klasa A.
Na urodziny przygotowaliśmy krótką choreografię – składankę z trzech tańców. Miałam specjalnie uszytą, prawdziwą taneczną sukienkę, a nasz występ okazał się wielką niespodzianką. Nikt o nim nie wiedział, nawet moja córka i syn byli zaskoczeni. Po urodzinach, kiedy ochłonęłam, mój trener zaproponował mi, żebym nie przerywała nauki, ale kontynuowała zajęcia i zaczęła brać udział w turniejach. Do tej pory udało mi się uczestniczyć w trzech turniejach, i choć teraz trochę zwolniłam, głównie z powodów finansowych, to jestem bardzo zadowolona z rezultatów. Startuję w najniższej klasie, brązowej, ale za każdym razem zdobywam pierwsze miejsce, co było dla mnie ogromnym zaskoczeniem. Nie spodziewałam się, że tak się zaangażuję i osiągnę takie postępy.
Jednym z najbardziej wyjątkowych momentów w mojej przygodzie z tańcem było to, że miałam okazję tańczyć w Paryżu, na wieży Eiffla. Naprawdę! Choć wyjazd wiązał się z pewnymi kosztami, to było niesamowite przeżycie, którego nigdy nie zapomnę.
Czerpie Pani z życia pełnymi garściami! A praca zawodowa?
Nasza firma, którą od kilkunastu lat prowadzę z koleżanką, świadczy usługi ogrodnicze, zajmując się projektowaniem i kompleksową aranżacją ogrodów oraz terenów zielonych. Obecnie realizujemy nasadzenia w Miasteczku Śląskim, gdzie sadzimy około siedemdziesięciu drzew. Wykonujemy również większe projekty, a jednym z ostatnich było zaprojektowanie i zaaranżowanie patio w Rudzie Śląskiej. Całość została zrealizowana przez nasz zespół i wyszła naprawdę świetnie – klienci są bardzo zadowoleni, a my również czujemy satysfakcję z efektu. Czym jeszcze się zajmujemy? Odśnieżaniem zimą. Kiedyś współpracowaliśmy w tym zakresie z lokalną firmą, teraz próbujemy działać samodzielnie. Odśnieżamy nie tylko chodniki i posesje, ale także dachy. Choć ostatnie zimy nie są dla nas łaskawe.
Wykonuje Pani także wiązanki – jedną z nich przeznaczyła Pani dla naszych Czytelników.
Tak, to w pewnym sensie powrót do tego, czym zajmowałam się z moim mężem. Wróciłam do tego po dłuższym czasie, ponieważ bardzo lubię tworzyć kompozycje kwiatowe. Jestem zaskoczona jakością obecnie oferowanej sztucznej zieleni, kwiatów i liści. Trzeba dotknąć, żeby zobaczyć, że nie są prawdziwe. Oprócz wiązanek na groby, planuję także wykonywać wysokiej jakości stroiki i kompozycje bożonarodzeniowe. Zachęcam do kontaktu – będzie mi miło, jeśli moje prace staną się ozdobą domów, biur czy punktów usługowych.
Pani Maju, obecnie nie widzę Pani w TVP, a zwykle tak wyraziste osoby, jak Pani po programie pojawiają się w reklamach lub innych projektach telewizyjnych.
Trafiliśmy na bardzo trudny okres, głównie ze względu na wybory, które odbyły się w listopadzie, co wpłynęło na atmosferę na planie. Było to wyczuwalne – kierownicy, dyrektorzy, wszyscy, którzy przyjeżdżali, byli wyraźnie spięci. Czuło się, że to dla nich również czas niepewności. Niestety, po wyborach TVP ogłosiło upadłość, co oznaczało brak środków finansowych. Istniała wcześniej grupa impresaryjna, która zajmowała się uczestnikami programów, opiekowała się nimi po zakończeniu emisji. Tym razem jednak zostaliśmy zostawieni sami sobie.
Nie odbyła się także konferencja prasowa po zakończeniu ostatniego odcinka. Umowy, które podpisaliśmy, zakładały dwie konferencje – przed i po programie, z udziałem przedstawicieli różnych mediów, jak Polsat czy TVN, ale z powodów finansowych do tego nie doszło. Niestety, ta edycja straciła wiele na wartości, a my również wiele straciliśmy. Nie ukrywam, że liczyłam na to, że coś więcej się wydarzy po programie, że może pojawią się jakieś inne możliwości, ale nic takiego nie miało miejsca. Oprócz tego, że jestem rozpoznawalna, to nie przyniosło mi to żadnych dodatkowych korzyści.
A zdarza się, że ludzie zaczepiają Panią na ulicy?
Tak, zdarza się. Ostatnio, kiedy byłam z wnukiem na basenie, podeszło do mnie kilka osób. Przede wszystkim ludzie uśmiechają się, chwalą program, ale mówią też, że dobrze zrobiłam, wychodząc z niego. To miłe, niemal każdy ma pozytywną opinię. Myślę jednak, że to zainteresowanie jeszcze trochę potrwa, a potem zaniknie w sposób naturalny.
Pani Maju, czego Pani teraz pragnie?
Chciałabym trafić z moją ofertą do ludzi. Trudno mi znaleźć miejsce, w którym mogłabym wystawić swoje prace. Zachęcam do oglądania mojego profilu w mediach społecznościowych. Znajdziecie go pod hasłem Maria Luiza Majka Szyrocka na facebooku, a na Instagramie: art_flora_gliwice.
Warto także zajrzeć do biura Pani Mai. Znaleźć go można przy ul. Górnych Wałów 37/1.
Rozmawiała: Adriana Urgacz-Kuźniak


Komentarze (0) Skomentuj