Decyzja, jaka zapadła w gliwickim sądzie okręgowym w miniony piątek, zbulwersowała organizacje kobiece, załamała pokrzywdzoną, a zaskoczyła nawet adwokata. Sąd apelacyjny podtrzymał bowiem wyrok uniewinniający sprawcę gwałtu. Po rozprawie apelacyjnej dwa tygodnie temu zgwałcona kobieta trafiła do szpitala. Teraz jest u kresu sił.
Agnieszce, młodej mieszkance Lublińca, której sprawa apelacyjna toczyła się właśnie w Sądzie Okręgowym w Gliwicach, kiedyś nie uwierzył wymiar sprawiedliwości (nazywany teraz wymiarem (nie) sprawiedliwości). Uwierzyły jej kobiety, a także świadomi mężczyźni. W świat, za pomocą internetu, poszedł przekaz: #wierzymyagnieszce, stając się hasłem dwóch wieców, zorganizowanych przez organizacje kobiece przed sądem przy ulicy Kościuszki w godzinach rozprawy. Był pokojowy, zgodny z prawem i wyrażał poparcie dla ofiary przemocy. Uczestnicy przynieśli ze sobą transparenty, by to poparcie okazać.
Pierwsza rozprawa apelacyjna, w piątek, 26 sierpnia, wyroku nie przyniosła – ze względu na skomplikowanie i obszerność sprawy (liczy ona tysiąc stron akt). Po niej Agnieszka trafiła do szpitala. Przez tydzień, do ogłoszenia wyroku, żyła w strachu. Wyrok zapadł 3 lipca, niekorzystny dla ofiary, bo podtrzymujący uniewinnienie dla sprawcy.
Brudy najlepiej prać we własnym domu
Historię 38-letniej dziś mieszkanki Lublińca obszernie opisała w kwietniu ubiegłego roku „Gazeta Wyborcza” w artykule „Gwałcił mnie kuzyn, potem mąż. Złamały policja, sąd i prokuratura”, autorstwa Patrycji Wieczorkiewicz.
„Jestem wrakiem człowieka. Czy żałowałam, że poszłam na policję? Wiele razy. Dziś mam myśli samobójcze. Ale walczę. I jednego nie mogę zrozumieć: ledwo trzymam się przy życiu, a mój były mąż planuje sobie wakacje”, mówiła dziennikarce ofiara, która 27 lat żyła w cieniu przemocy seksualnej.
Jak pisze Wieczorkiewicz, koszmar Agnieszki miał początek w dzieciństwie. Skończyła zaledwie 10 lat, gdy brutalnie zaczął ją gwałcić mieszkający z rodziną kuzyn. Najgorszy był chyba fakt, że matka musiała się domyślać, widząc siniaki na ciele córki czy zakrwawione ubrania, lecz milczała. Agnieszka prawdę wyznała jej głośno dopiero po kilku latach, gdy kuzyna wzięto do wojska. Matka napisała wtedy do niego list. Zagroził, że jeśli sprawa ujrzy światło dzienne, wniesie pozew do sądu. Matka i ojczym Agnieszki wystraszyli się.
Kiedy ofiara, za namową psychoterapeutki, chciała pójść do prokuratury, rodzina nie udzieliła jej wsparcia, wyznając zasadę: brudy pierze się we własnym domu. Kuzyn zaś był zapraszany na obiady i... dalej gwałcił.
Ta gehenna trwała do osiemnastego roku życia Agnieszki – wtedy kobieta poznała swojego przyszłego męża i wyprowadziła się z domu. Nie wiedziała, że wkrótce zacznie się koszmar nowy.
Sprawa kuzyna trafiła jednak do sądu. Sprawca, wtedy już zaawansowany alkoholik, groził ofierze, nachodził ją w domu, brutalnie pobił spotkaną w parku – Agnieszka była wtedy w ciąży, poroniła. Wylądowała w szpitalu psychiatrycznym, miała zaburzenia odżywiania, myśli samobójcze, raz próbowała odebrać sobie życie. Ulgę poczuła, gdy po trzech latach sąd skazał wreszcie jej oprawcę na karę więzienia. Gwałciciel od wyroku się odwołał, ale apelacji nie dożył – zginął w wyniku bójki, jaka wywiązała się, gdy ukradł torebkę nieznanej kobiecie.
Mimo że gwałciciel nie żył, pokrzywdzona nie zaznała spokoju. Po kuzynie znęcał się nad nią, groził, bił i gwałcił mąż. Postanowiła odejść – ktoś przeciął linkę hamulcową w jej samochodzie. Postanowiła głośno opowiedzieć o swoim cierpieniu – mąż oskarżył ją o zniesławienie. Tak z ofiary stała się sprawczynią.
Sąd dał wiarę oprawcy, ją uznał winną (nie można opowiadać o cierpieniu bez konsekwencji), zobowiązując do pokrycia kosztów procesu. Agnieszka się odwołała – na szczęście sąd apelacyjny był innego zdania, twierdząc, że kobieta ma prawo mówić o swojej krzywdzie.*
Sądy bez empatii dla ofiar gwałtów
Teraz Agnieszka walczy o skazanie męża. Sąd pierwszej instancji go uniewinnił, a apelacyjny ten wyrok podtrzymał.
Ofiarę wspierają Fundacja Feminoteka, Antyprzemocowa Sieć Kobiet oraz „Nic o nas bez nas. Ruch kobiecy Gliwice, Pyskowice”. To te organizacje zwołały wiec tydzień i dwa tygodnie temu, a teraz, oburzone wyrokiem, zapowiadają dalszą walkę i wsparcie dla Agnieszki. Pod sądem były także uczestniczki Klubu Książki, kobiecych kręgów, młode mamy i dojrzałe kobiety, przedstawicielki Śląskiej Manify, Kongresu Kobiet Województwa Śląskiego, działaczki i aktywistki Małgorzata Tkacz-Janik oraz Katarzyna Szota-Eksner, pisarka Justyna Wydra. W pierwszy piątek dotarły mimo burzy, trzymały transparenty i czuły sprawczość oraz sensowność działania. Akcję wsparły posłanki Monika Rosa i Wanda Nowicka, senatorka Gabriela Morawska-Stanecka, a także świadomi mężczyźni.
– Wyrok jest skandaliczny, nic nie stało na przeszkodzie, by sprawę potraktować w inny sposób. Sądy nie są empatyczne dla ofiar gwałtów – komentowała na gorąco Joanna Piotrowska, szefowa Feminoteki.
To, co robi wymiar sprawiedliwości w sprawach zgwałconych kobiet, nazywa wprost: wtórnym zranieniem, a nawet przyczynianiem się do tego typu zachowań sprawców.
– Trzeba to sobie powiedzieć głośno i wyraźnie: w sprawach o gwałt wychodzi niewiedza, ale i ignorancja osób pracujących w wymiarze sprawiedliwości. A dopóki ludzie podejmujący decyzje nie będą mieć w tym temacie wiedzy, dopóty wtórnie ranić będą osoby pokrzywdzone, wierzące, że w sądzie dojdą sprawiedliwości – mówiła „Nowinom” Piotrowska. – Bulwersujący jest fakt, że w przypadku przemocy kobieta jest dokładnie sprawdzana, a jej zeznania podważane, zaś sprawcy nikt tak nie prześwietla. Niestety, tu wciąż działają mity i stereotypy.
Szefowa Feminoteki zapowiada jednak: – Nie poddajemy się, będziemy walczyć. Najpierw kasacja w Sądzie Najwyższym, a jak będzie trzeba – trybunał w Strasburgu.
Do jej słów przyłączają się kobiety doświadczone w pomaganiu kobietom, czyli ruch „Nic o nas bez nas” z Gliwic i Pyskowic: Iza Adamczak, Klaudia Antonik-Kłopot, Katarzyna Szota-Eksner oraz Małgorzata Tkacz-Janik.
Jak powiedziały „Nowinom”, większość ludzi myśli, że gwałty zdarzają się rzadko, a gwałciciele to wyskakujący z krzaków zwyrodnialcy. Tymczasem gwałcą również sympatyczni wujkowie, mężowie, kuzyni, koledzy z pracy. Ponieważ ofiary są stygmatyzowane i wiktymizowane, nie mówią o sprawie i jej nie zgłaszają. To wszystko sprawia, że każda zgwałcona osoba myśli, iż jest jedyną z takim doświadczeniem. Tabu jest tak ogromne, że już samo mówienie o gwałcie to akt ogromnej odwagi. Ludzie wierzą, że gwałt jest rzadko spotykanym przestępstwem. Wierzą w sprawiedliwy świat. Kiedy się okazuje, że gwałcicielem jest zwykły, przeciętny człowiek, mają dysonans poznawczy i zaczynają szukać winy w ofierze. Dlatego hasło ,,wierzymy kobietom” jest takie ważne.
Marysia Sławańska
*Źródło: „Gazeta Wyborcza”/„Duży Format”


Komentarze (0) Skomentuj