Skrzydlaty Śląsk Aleksandry Sokół
Aleksandra Sokół z Knurowa od dziecka notowała w zeszytach daty przylotu i odlotu ptaków, zbierała wycinki z gazet i uczyła się rozpoznawać odgłosy wydawane przez poszczególne gatunki. Dziś prowadzi spacery ornitologiczne, edukuje dzieci i dorosłych, a kiedy trzeba – tłumaczy, dlaczego nie należy usuwać jaskółczych gniazd ani karmić ptaków chlebem. Jej opowieści to realistyczny instruktaż życia obok dzikiej przyrody w regionie mocno przekształconym przez człowieka.
Przed rozmową z Panią spojrzałam w niebo zastanawiając się, jakich gatunków ptaków jest na nim najwięcej. Pani, gdy usłyszała to pytanie, od razu zaprotestowała. Dlaczego jest niewłaściwe?
Bo nie da się na nie uczciwie odpowiedzieć jednym zdaniem. Jesteśmy na Górnym Śląsku w miejscu, przez który przebiega szlak migracji ptaków — i to z ogromnych przestrzeni: tundry, tajgi północnej Rosji, z Syberii, dalej w stronę Afryki. Wiosną robi się tłoczniej, ale też koniec lata i początek jesieni to czas przelotów. Kiedy warunki żerowania są dobre, zwłaszcza przy płytkich, odkrytych brzegach zbiorników wodnych, pojawiają się gatunki, których w codziennym krajobrazie nie zauważamy: bataliony, kwokacze, kszyki, kamuszniki, łęczaki, pliszki tundrowe, bocian czarny, a czasem nawet rybołów. Potem rusza fala gęsi. I jak z tego wybrać „najczęstszy gatunek”?
Czyli jeśli chcę zobaczyć ptaki ciekawsze niż gołębie na rynku, szukam płytkich, niezarośniętych brzegów?
Dokładnie. Mało efektowne krajobrazowo zastoiska błotne bywają dla obserwatora lepsze niż „upiększone” betonem nabrzeża. Tam ptaki brodzące mają dostęp do pokarmu i chętniej siadają na odpoczynek w trakcie przelotu.
Zatrzymajmy się przy tych ptakach, które są u nas tylko przelotem. Którego szczególnie warto zaobserwować?
Batalion w szacie godowej jest bardzo efektowny – samce noszą piękną kryzę, a każdy jest inaczej ubarwiony. Niestety, gdy trafiają do nas jesienią, są już w szacie spoczynkowej, czyli w mniej efektownym upierzeniu. Z kolei w przypadku bociana czarnego ludzie spodziewają się kontrastu czerni i bieli, a tymczasem w świetle zobaczymy metaliczne, opalizujące przejścia barw. Rybołów… Proszę wyobrazić sobie błyskawiczne, gwałtowne nurkowanie po rybę i lot z ofiarą w szponach – to wspaniałe widowisko.
Organizuje pani spacery ornitologiczne w Knurowie. Już drugi rok z rzędu ma Pani listy pełne uczestników. Zastanawiam się, czy to chwilowy entuzjazm czy trwała potrzeba?
Zainteresowanie nie spada. Za mną dwa lata cyklicznych spacerów, finansowanych z budżetu obywatelskiego. Oczywiście zgłosiłam kolejny cykl na przyszły rok, bowiem mieszkańcy wciąż o te spacery pytają i to niezależnie od wieku. W regionie takich inicjatyw jest niewiele, więc gdy pojawia się możliwość wyjścia w teren z kimś, kto zna ptaki, potrafi je odnaleźć i przybliżyć ich naturę, chętnych nie brakuje. Z podobnym zainteresowaniem spotkałam się także przy innych inicjatywach, takich jak np. niedawny projekt Kierunek GZM, w ramach którego wybraliśmy się nad zbiornik w Przyszowicach. Ludzie chcą wiedzieć, co widzą i słyszą.
A skąd Pani to wie? Kiedy Pani postanowiła tak dobrze poznać ptaki i ich zwyczaje?
To zainteresowanie towarzyszy mi od dziecka, odkąd tylko sięgam pamięcią. Dorastałam w czasach PRL-u, kiedy dostęp do książek i wiedzy przyrodniczej był bardzo ograniczony. Moim pierwszym narzędziem obserwacyjnym była dziadkowa lornetka wojskowa z II wojny światowej. Gdy nauczyłam się czytać, zaczęłam rozpoznawać pierwsze gatunki. Ale jeszcze zanim potrafiłam czytać czy pisać, godzinami obserwowałam ptaki w karmniku i w lesie.
Kiedy już opanowałam pisanie, zaczęłam prowadzić zeszyty z notatkami – daty przylotu bocianów, pierwsze jaskółki wiosną, obserwacje ataków krogulca na gołębie… Z czasem zaczęłam kolekcjonować artykuły z gazet – wycinałam wszystko, co dotyczyło ptaków. Wklejałam je do zeszytów obok piór, które znajdowałam w terenie, i próbowałam oznaczać ich gatunki. To były czasy „Płomyka”, „Płomyczka” i „Świata Młodych”, „Przyroda polska”, „Szkiełko i oko”, ale przydatne artykuły znajdowałam także czasem w „Kraju Rad”, „Przyjaciółce” czy w „Panoramie”.
Później moja mama zdobyła książkę poświęconą już tylko ptakom – to był „Atlas ptaków” Jana Sokołowskiego. Co ciekawe, wtedy jeszcze nie nosiłam nazwiska Sokół. Ten atlas był dla mnie jak wejście na zupełnie nowy poziom. Dzięki niemu nauczyłam się rozpoznawać krajowe gatunki z większą precyzją.
Wydaje się, że naturalną kontynuacją takiej pasji są studia przyrodnicze…
Chciałam rozwijać tę pasję naukowo, ale realia były inne – rodziny nie było stać na studia o kierunku Ornitologia, więc trafiłam do technikum ekonomicznego. Ale nie zrezygnowałam z ornitologii. Działałam w szkolnej Lidze Ochrony Przyrody, a jako dorosła osoba zapisałam się do Górnośląskiego Koła Ornitologicznego w Bytomiu. Do dziś jestem jego członkiem, przez pewien czas działałam nawet w zarządzie.
Zaczęłam jeździć na wykłady, warsztaty, obrączkowania ptaków – gdziekolwiek były: w Małopolsce, na Lubelszczyźnie, w Kielcach. Nie studiowałam ornitologii akademicko, ale uczyłam się w terenie od doświadczonych ornitologów. Brałam udział w tworzeniu kartotek gniazd i lęgów dla Uniwersytetu Wrocławskiego, uczestniczyłam w zimowych liczeniach ptaków na Górnym Śląsku.
Dziś nadal wyjeżdżam – zwłaszcza nad polskie wybrzeże, gdzie migracje są najbardziej spektakularne. Jesienią wybieram się nad ujście Wisły. Obserwuję w ukryciu, często zamaskowana, by nie płoszyć ptaków. Mam nawet własną czatownię obserwacyjną. To nie hobby, które się „ma lub nie ma” – to sposób życia, który towarzyszy mi od najmłodszych lat.
Do świata ptaków wprowadza Pani nie tylko uczestników spacerów ornitologicznych, ale także najmłodszych. Czy dzieci interesują się przyrodą?
Jako edukator przyrodniczy od 2021 roku prowadzę warsztaty ornitologiczne w ramach projektu EkoTropy - projekt edukacji ekologicznej Chorągwi Śląskiej ZHP.
Na terenie ośrodka harcerskiego Feliksówka w Knurowie, na skraju lasu, są trzy wykonane przeze mnie tablice edukacyjne ze zdjęciami i opisami gatunków ptaków, które można spotkać na tym obszarze. Bardzo ucieszyła mnie taka forma edukacji, bo, niestety, w szkołach, w przedmiotach takich jak przyroda czy biologia, temat ornitologii jest bardzo okrojony. Zauważyłam, że dzieci z mniejszych miejscowości, z dzielnic, gdzie jeszcze jest kontakt z naturą, znają ptaki lepiej. Dzieci z dużych miast często znają tylko bociana, wróbla i „jakiegoś dzięcioła”. A w Polsce mamy dziesięć gatunków dzięciołów. Tak samo z sikorami – to nie jedna „sikora”, tylko sześć różnych gatunków: bogatka, modraszka, czubatka, sosnówka, uboga, czarnogłówka.
Edukuje Pani także dorosłych…
Tak. Uczę ich między innymi tego, że dobre serce czasem nie wystarczy. Kiedy ktoś znajduje młodego ptaka, tzw. podlota, instynkt mówi „zabrać do domu”. Tymczasem to niepotrzebna ingerencja. Podlot opuszcza gniazdo, zanim się usamodzielni i nauczy dobrze latać – to naturalne. Trzeba go po prostu przenieść w bezpieczne miejsce – np. na gałąź, poza zasięg kota czy psa. Jeśli zaczyna trzepotać skrzydłami, nawołuje rodziców i jest karmiony – to sygnał, że jest wszystko w porządku. Zostawiamy go.
Jeżeli zdarzy się przypadek, że ptak uderzy w okno, bierzemy go delikatnie do domu, wkładamy do kartonowego pudełka z dziurkami i odkładamy do cichego i ciemnego miejsca. Nie karmimy, nie poimy – chyba że dosłownie kropelką z zakraplacza. Jeśli nie ma poważnych urazów, sam dojdzie do siebie – wtedy wypuszczamy. Jeśli nie – kontaktujemy się ze strażą miejską, która w naszych okolicach pośredniczy w przekazaniu ptaka do leśnego pogotowia. Nie wolno leczyć samemu, nie wolno przetrzymywać – i nie chodzi tylko o prawo, ale o dobro zwierzęcia.
Edukacja obejmuje też inne zachowania – np. jeśli jaskółka zagnieździ się w budynku gospodarczym – przeczekajmy, pozostawiając jej otwarte okno. Co roku jaskółka wraca dokładnie w to samo miejsce, które zna, a jej gniazdo to precyzyjna konstrukcja. Jaskółki to naturalni pogromcy komarów i much – są pożyteczne. Pomóżmy im.
Dokarmianie to też temat wymagający wiedzy. Dokarmiać należy zimą – gdy śnieg i mróz utrudniają zdobycie pokarmu. Mieszanki ziaren, niesolona słonina – tak. Chleb, nawet suchy, to zły pomysł – zawiera sól, spulchniacze, konserwanty, barwniki.
Latem natomiast warto zadbać o wodę. Wystarczy poidełko w bezpiecznym miejscu – gotowe albo własnej roboty. W środku najlepiej położyć kamień albo gałązkę, żeby ptak mógł wejść, napić się, wykąpać i wyjść. W mieście, w czasie suszy, taka miska z wodą może być jedynym źródłem nawodnienia dla wielu gatunków. I nie trzeba mieć ogrodu – można to zrobić nawet pod blokiem, na skwerze czy w parku.
Obecnie w rozpoznawaniu gatunków ptaków pomaga technika. Jak radziła sobie Pani wcześniej?
Do tej pory zawsze robiłam to „analogowo” – lornetka i książka. Głosów ptaków nauczyłam się w naturze – w tamtych czasach nie było internetu, nie było nagrań na płytach. Później dopiero pojawiły się kasety magnetofonowe sprowadzane z zagranicy. O, rozmawiając z Panią właśnie słyszę samca kapturki – Sylvia atricapilla…
Obserwowanie ptaków i kontakt z przyrodą to dla mnie coś bardzo głębokiego. Daje mi to wytchnienie, odpoczynek, autentyczną radość. Nie wyobrażam sobie życia bez ptaków. Nawet dziś, wychodząc na autobus, spotkałam dudka – i to wystarczyło, by poprawić mi humor na resztę dnia.
Rozmawiała: Adriana Urgacz-Kuźniak


Komentarze (0) Skomentuj