Dzięki technologii 3D i wykorzystaniu ramion robota można w precyzyjny sposób dotrzeć do guza i usunąć go z korzyścią dla pacjenta. Z dr Andrzejem Kupilasem, ordynatorem oddziału urologii i urologii onkologicznej Szpitala Miejskiego nr 4 w Gliwicach, rozmawia Małgorzata Lichecka.
 

W jaki sposób rozpoczęto stosowanie zabiegów z użyciem robota?
Takie operacje od lat odbywają się i na świecie i w Polsce, ale w formie komercyjnej. W kwietniu 2022 roku pojawiła się możliwość ich refundacji i był to w zasadzie czynnik mobilizujący, więc w szpitalu zaczęliśmy zgłębiać temat. Droga od pomysłu do realizacji była długa, ale po wielu miesiącach szkoleń i zdobyciu certyfikacji udało na się rozpocząć tego rodzaju procedury. Dotąd przeprowadziliśmy już ponad 200 takich operacji.

Czy różnią się one od zwykłej, klasycznej operacji?
Robot nie operuje sam, to przedłużenie rąk chirurga. Choć panuje takie przeświadczenie, że jeśli zoperuje mnie robot to w zasadzie nic się nie może wydarzyć, jest wiele czynników, podobnie jak w klasycznych operacjach, wpływających na powodzenie i skuteczność takiego zabiegu. Decyduje o tym doświadczenie chirurga i jego zdolności manualne, zaś efekt operacji i czas rekonwalescencji pacjenta to wypadkowa tych wszystkich czynników. To nie jest tak, że włączamy autopilota i operacja dzieje się sama.

Czyli to sprawność chirurga, jego uważność są decydującymi elementami.
Tak. Co do robotów, choć tak naprawdę to coboty, pomagają nam w zabiegach, a nie nas wyręczają.

Czy trudno przestawić się chirurgom na robotykę? 
Przejście „na robota”, pomijając etap laparoskopii, w moim odczuciu jest bardzo trudne. My, w szpitalu, najpierw operowaliśmy pacjentów z rakiem prostaty klasycznie, później – laparoskopowo, i z tego poziomu przejście na zabiegi robotyczne było płynne - przy obu pracujemy patrząc w ekran. Robot i jego ramiona oraz widok 3D w powiększeniu daje dużo większe możliwości operowania w zakresie anatomii. Co się przekłada na wyniki fizjologiczne, bo jeśli chodzi o czystość onkologiczną, to między laparoskopią a robotyką nie ma różnicy, natomiast co do zachowania funkcji seksualnych, trzymania moczu, operując z użyciem robota, efekty są lepsze.

Pamięta pan swój pierwszy zabieg z użyciem robota? 
Przeprowadzaliśmy go pod okiem tzw. tutora – osoby czuwającej nad tym, by wszystko przebiegało zgodnie z planem, na sali operacyjnej było bardzo dużo ludzi, no i było stresująco. Ale już każdy kolejny zabieg odbywał się bardziej harmonijnie i nieco spokojniej.

Roboty pomagają przy operacjach, zatem przy jakich? 
Na oddziale urologii wykorzystujemy je głównie w operacjach w obrębie miednicy, gdzie jest mało miejsca i należy wykonać normalny zakres ruchu oraz podczas operacji nerek. Dzięki technologii 3D i wykorzystaniu ramion robota można w precyzyjny sposób dotrzeć do guza i go usunąć z korzyścią dla pacjenta. Jednak nie do wszystkich zabiegów można wykorzystać tę technologię ponieważ ma swoje ograniczenia. Zdarzają się także absurdalne sytuacje kiedy pacjent wręcz żąda operacji robotycznej , a jego choroba w żadnym wypadku do takiego zabiegu się nie kwalifikuje. Przeciwskazaniem są na przykład schorzenia układu sercowo – naczyniowego.

Czas takiej operacji bywa różny.
Zabiegi robotyczne, na szczęście, nie trwają wiele godzin: najkrótszy to 55 minut, zaś średni czas operacji to około 1,5 godziny. Oczywiście wszystko zależy od zakresu zabiegu na przykład czy musimy usuwać węzły chłonne miednicze czy też nie.

Czy pacjenci muszą się do takich operacji jakoś specjalnie przygotować? 
Jest ono podobne jak do każdej innej operacji chirurgicznej. Mniejsza ingerencja w ciało pacjenta, mniejsze ryzyko powikłań i wyższy komfort leczenia, a także krótszy czas hospitalizacji i rekonwalescencji to najważniejsze zalety operacji robotycznych. Chirurgia robotowa jest synonimem postępu w medycynie. To szczególnie ważne w obliczu alarmujących statystyk: w Polsce zachorowania na raka prostaty podwoiły się w ciągu ostatnich trzech dekad. Dwa tysiące nowych zachorowań rocznie stwierdza się tylko w województwie śląskim. Z kolei rozpoznanie raka nerki każdego roku słyszy w naszym kraju ponad pięć tysięcy osób.

Galeria

wstecz

Komentarze (0) Skomentuj