Wszystkie inwestycje Śląskiego Uniwersytetu Medycznego są finansowane z budżetu państwa i to jest dla nas gwarancją, że te pieniądze będą, a szpital zostanie wybudowany.
Z Katarzyną Kuczyńską-Budką, prezydentką Gliwic, rozmawia Małgorzata Lichecka.

Jest pani bardzo aktywna w mediach społecznościowych, uczestniczy w wielu spotkaniach z różnymi środowiskami. Nie czuje pani zmęczenia? 
Zdarza mi się ono, patrząc na ilość zaproszeń, jakie otrzymujemy. Każdy, kto pracuje publicznie, robi to, jak zakładam, dla pewnych idei. Jedną z nich jest codzienne uczestniczenie w życiu miasta. Dla mnie to nic niezwykłego, bo robiłam to będąc radną, choć swoje aktywności dzieliłam między Gliwicami a Katowicami. Na szczęście moja praca jest też moją pasją. Więc bywam zmęczona, ale u mnie trochę jak u sportowców – to takie dobre zmęczenie.

Najbliżsi nie protestują? 
W naszej rodzinie zmieniło się o tyle, że teraz ja jestem jednak bardziej zaabsorbowana niż mąż: w każdy weekend pracuję, za to mąż stara się być w domu. Oczywiście to trudne wybory... I pewnie moja trzynastoletnia córka nie jest zachwycona, ale to bardzo rozsądna, mądra nastolatka, więc to rozumie.

A propos protestowania. Budowa 100-metrowych wysokościowców przy Piwnej- chodzi o tereny dawnego browaru Scobla- rozgrzewa mieszkańców oraz radnych. Główny projektant właściciela, Maciej Franta, przekonuje, że teraz tak się buduje, że takie zagęszczanie uwalnia tereny na przykład pod zieleń, że to część strategii na całą dzielnicę od Piwnej po Fabrykę Drutu – tzw. Nowe city, że parkingi pod ziemią, więc nie zabiorą miejsca. Przeciwnicy z kolei, a jest ich niemało na przykład wśród radnych, mówią o szkodliwym wpływie na środowisko, korkach, przeskalowaniu, zaburzeniu historycznej zabudowy, zwiększeniu ruchu. Jednym słowem dla nich to „precz z wieżowcami”. A pani jakie ma zadanie? Stawiać czy nie stawiać? 
 Jeśli miałabym podsumować stanowisko przeciwników takich rozwiązań, powiedziałabym, że w większości to czysta polityczna hipokryzja. Wyjaśnię dlaczego. Kiedy objęłam stanowisko prezydentki miasta projekt był już gotowy. Przypomnę, że pracuję z tymi samymi ludźmi z zespołu planowania przestrzennego, więc doskonale wiem, jak wyglądała tamta procedura. Jednak odłożono wdrożenie tego planu tylko po to, by nie wzbudzać niepotrzebnych emocji. Moi poprzednicy byli przekonani, że nie będzie żadnego oporu, bo w radzie miasta duża część, co do zasady, poddawała się oczekiwaniom prezydenta.

Czyli budowa wysokościowców przy Piwnej to sprawa polityczna?
Niestety, tu polityka wzięła górę, ale nie chciałabym o tym rozmawiać tylko w takim odniesieniu. Przyznaję, początkowo byłam na nie. Nie jestem jednak urbanistką ani specjalistką od zarządzania drogami, w związku z tym, i zawsze tak postępuję, nim podejmę ostateczną decyzję, najpierw rozmawiam ze specjalistami, a ci byli zwolennikami rozwiązania z wysokościowcami. Nie było wówczas w Gliwicach urbanistki, jednak kiedy już rozpoczęła pracę i zapoznała się z projektem, usłyszałam od niej “no chyba nie, ale muszę się temu projektowi przyjrzeć bardziej szczegółowo”.

Zmieniły panie zdanie, bo?
Po pierwsze, czy tego chcemy czy nie, teren będzie zabudowany. Na stole są dwa projekty. Pierwszy dotyczy obiektów zajmujących całą przestrzeń dawnego browaru Scobla.

No nie całą, bo inwestor jednak planuje tam inne działania. 
Większość tej przestrzeni. A wtedy znikną pozostałości dziedzictwa materialnego, które inwestor gotowy jest wyeksponować.

Chyba tego tak nie warunkuje. Te budynki, bez względu na wysokość zabudowy, zostaną zrewitalizowane.
Nie, złożono już wniosek o wyburzenie. Zostanie tylko jeden budynek.

Czyli, jak nie będzie stumetrowych wieżowców, to wyburzymy? 
Nie chciałabym, żebyśmy grali na takich emocjach, nie o nie tu chodzi.

Pani prezydent, w tej sprawie jest bardzo dużo emocji po każdej ze stron. 
Wolę merytorycznie, więc wrócę do dwóch projektów, o których już wspomniałam. Pierwszy dotyczy planowanych niższych obiektów – tak zakłada obecnie obowiązujący plan przestrzennego zagospodarowania w tym rejonie miasta. Wtedy znikną dawne budynki. Bo jeśli inwestor kupuje określony teren, oblicza stopę zwrotu, czyli, mówiąc kolokwialnie, ile musi wyciągnąć z danego budynku, żeby inwestycja się opłacała. Deweloper z Piwnej akurat zainwestował w bardzo dobrego architekta, w projekt, który nie jest tani. Poza tym, na terenie po drugiej stronie Piwnej także powstaną wysokościowce, właśnie otrzymaliśmy wniosek o pozwolenie na ich budowę. Niestety, to przestrzeń, w którą miasto przez lata nie angażowało się, nad czym ubolewam. Dlatego rozpoczęliśmy dyskusję z właścicielem terenu po browarze, by z tej przestrzeni „wyciągnąć” optymalnie najwięcej pod względem dostępności dla mieszkańców i mieszkanek. Mam w tym ogromne wsparcie prof. Agaty Twardoch, miejskiej urbanistki. Na tym terenie i tak będą budować. Możemy wybierać między zabudową niższą, zajmującą przestrzeń, gdzie będzie mniej zieleni, bez zabytkowych budynków, gdyż zostaną w dużym stopniu wyburzone, a wysokościowcami, które jednak otworzą przestrzeń, pozwolą także na zupełnie inne, przyjazne dla mieszkańców, zagospodarowanie tego terenu.

Jeśli radni 6 lutego zagłosują na “tak” dla opcji z wysokościowcami do 100 metrów, być może będziemy mieli w rejonie Piwnej coś na kształt wrocławskiej Sky Tower czy śląskiego KTW?
To dużo wyższe budynki niż te, które planuje się przy Piwnej.

Głosowałaby pani na… 
Na “tak”. Dlatego, że w krótkim czasie na sąsiedniej działce także powstaną wysokościowce. Możemy zatem znacznie lepiej wykorzystać tę przestrzeń, tworząc całą dzielnicę z taką zabudową.

Dylemat stawiać nie stawiać nie obowiązuje za to na placu Krakowskim. Tam raczej przenosić albo nie przenosić. A jeśli tak, to gdzie? Chodzi o pomnik powstań polskich. Jego lokalizacja wciąż budzi kontrowersje. 
Najpierw musimy zagospodarować plac Krakowski tak, żeby mieszkańcy mieli z niego największą korzyść. Jeśli będziemy już to wiedzieć, a projekt będzie wykluczał obecność pomnika, wrócimy do negocjacji związanych z przenosinami. Mamy już kilka propozycji.

Czyli na razie jesteśmy na początku działań związanych z nową wizją placu. Jak długo będziemy czekać na rezultaty? 
Trudno powiedzieć, bo jeszcze nie mamy konkretnych, planistycznych czy koncepcyjnych, rozwiązań.

Więc pomnik zostaje?
Na razie tak. Dopóki nie określimy nowej funkcji placu Krakowskiego.

Inwestycja stulecia. Tak zapowiadali państwo, podczas podpisania listu intencyjnego w sprawie budowy szpitala miejsko – uniwersyteckiego. Zacznijmy od pieniędzy: skąd weźmie je Śląski Uniwersytet Medyczny – dziś to ponad 3 miliardy zł, ale ta suma oczywiście finalnie będzie większa.
Co do kosztów, myli się pani. Według szacunków to od 2,5 do 3 miliardów złotych. Wszystkie inwestycje Śląskiego Uniwersytetu Medycznego są finansowane z budżetu państwa i to jest dla nas gwarancją, że te pieniądze będą, a szpital zostanie wybudowany.

I pieniądze będą płynąć do ŚUM przez 10 lat, bo tyle potrwa budowa wszystkich segmentów? A co, jeśli zmieni się władza, zarówno na szczeblu państwowym, jak i miejskim? 
Wiemy na pewno, że szpital nie powstałby w poprzedniej wersji, z tego względu, że miasto nie miało możliwości, by go sfinansować. Więc mogliśmy rozważać nieposiadanie szpitala albo poszukiwanie rozwiązań, żeby jednak go wybudować.

Teraz też nie mamy takiej gwarancji. I może gdyby nie zmiana koncepcji, jednak bylibyśmy nieco bliżej budowy ? 
Propozycje moich poprzedników były tylko przedwyborczymi ruchami, nawiasem mówiąc, kompletnie ich nie rozumiem, ale każdy prowadził kampanię, jak uważał. Obecna wiceprezydent, która między innymi zajmuje się inwestycjami, a ówczesna skarbnik, wprost mówiła na spotkaniach zarządu miasta, że nie są w stanie, jako miasto, sfinansować budowy szpitala.

Ale pani poprzednicy wskazywali, że można to zrobić za pieniądze z KPO. 
Dobrze wtedy wiedząc, że środków z KPO na budowę szpitala nie było ani przedtem, ani nie ma teraz w KPO, więc nie będzie za co budować.

A teraz będzie za co?
Wszystkie działania, które podejmujemy, wskazują na to, że taką gwarancję mamy. Najpierw Śląski Uniwersytet Medyczny musi stworzyć wniosek o wydanie opinii o celowości inwestycji w sektorze zdrowia, tzw. IOWISZ-a. Ma on zostać złożony przez inwestora do połowy lutego. Na jego podstawie Ministerstwo Zdrowia ocenia zasadność takiej wielomilionowej inwestycji (czyli przygotowuje tzw. OZI), a elementem niezbędnym jest posiadanie prawa własności do nieruchomości. Stąd darowizna na rzecz ŚUM. OZI otwiera zaś drogę do wykonania przez inwestora programu funkcjonalno-użytkowego i ogłoszenia postępowania przetargowego – pierwszego w formule „przeprojektuj – wybuduj – wyposaż”, a kolejnych w formule „zaprojektuj – wybuduj – wyposaż”.

Ale już raz te procedury miasto przeprowadziło. 
Tak, ale teraz to nie miasto jest inwestorem tylko Śląski Uniwersytet Medyczny.

W ten sposób jeszcze bardziej wydłuży się czas budowy. 
W tamtym modelu, szpitala i tak by nie było, więc nie rozumiem za bardzo tej tezy o wydłużeniu. Nie było pieniędzy na budowę, więc szpital nie mógł powstać.

Teraz też ich nie ma. 
Musimy przejść procedurę IOWISZ-a określającą jakie będą oddziały, ile będzie łóżek, jaka będzie powierzchnia. Procedurę prowadzi Śląski Uniwersytet Medyczny. Pierwotnie zakładano, że jej przygotowanie zakończy się w styczniu 2025 r., ale przedłużono ją do pierwszych dni lutego. Kolejne kroki uzgadniane będą z Ministerstwem Zdrowia i Ministrem Finansów, a dotyczą już szczegółów inwestycji i finansowania. Chciałabym, żeby miejska część szpitala została wybudowana jeszcze w tej kadencji mojego urzędowania.

Czy Mirbud, firma, która wygrała już przetarg w 2024 r., będzie budował szpital? Czy będzie nowy przetarg, a miasto wypłaci Mirbudowi odszkodowanie?
Cała procedura budziła wiele wątpliwości, również ze strony Mirbudu, ale też innych potencjalnych wykonawców, którzy do niej przystąpili. Trafiła przed KIO, które wskazało błędy w procedurze, w rezultacie przetarg unieważniono.

„Strona społeczna w Gliwicach ma się całkiem dobrze, mimo, że wyczerpana i poobijana dwoma dekadami beznadziejnej walki, która wypaliła mnóstwo osób a inne skłoniła do opuszczenia miasta czy to fizycznie, czy ze swoją aktywnością. Marzenia kilku osób o pogrzebaniu aktywności społecznej w naszym mieście się niestety nie spełnią. Co widać już po wzrastającej aktywności na spotkaniach w UM, które wreszcie zaczynają być organizowane, i na które nieco łatwiej się dostać. Nie da się ukryć, że strona społeczna wyszła spod rządów poprzedniej ekipy zmęczona i nie bardzo liczna, ale jeśli ze strony władz miasta spotka się z życzliwością i zrozumieniem, to stanie się z czasem silnym partnerem. Ale nigdy nie będzie wykonawcą usług czy poleceń”. To wpis z profilu MyGliwice. Ktoś z pani otoczenia pogroził stronie społecznej palcem ?
Łukasz Gorczyński, mój zastępca, zajmujący się działaniami związanymi z kwestią partycypacji, czyli współrządzeniem przez mieszkańców i ich uczestnictwem w procesach dotyczących zarządzania miastem, jest ostatnią osobą, która chciałaby komukolwiek grozić palcem.

Bardziej chodzi o pani środowisko polityczne, czyli lokalną Platformę Obywatelską. 
PO w ogóle w tych procesach nie uczestniczy. Ten wpis dotyczył sytuacji, która nie miała miejsca. No cóż... widzę, że są osoby, którym zależy na skłóceniu miasta z aktywistami. Ta wypowiedź dotyczyła kwestii uczestnictwa Urban Lab w procesach partycypacyjnych. Jako miasto rozmawiamy z bardzo wieloma podmiotami. Urban Lab uczestniczył w wielu spotkaniach konsultacyjnych. Tych ścieżek, które są związane z szeroko pojętą partycypacją, jest mnóstwo, i staramy się je wykorzystać naprawdę w dużym stopniu. Fachowcy wskazują nam nawet, że jest tego tak dużo, iż mieszkańcy mogą przestać się orientować, i że to się obróci przeciwko nam. Wracając do Urban Lab – nie chcą się formalizować...

Nie muszą tego robić. 
Owszem. Rozumiem to i szanuję. Jednak czasami zakładamy taki rodzaj konsultacji, który tej formalizacji wymaga. Urban Lab włącza się kwestie związane z zagospodarowaniem przestrzennym, czyli w to, co jest w gestii urbanistyki miejskiej Agaty Twardoch. Ale takich sfer mamy dużo, robimy to z różnymi grupami, formalnymi bądź nieformalnymi, bo narzuciliśmy sobie różne rozwiązania w tym zakresie, tylko po to, żeby optymalnie wykorzystać potencjał drzemiący w mieszkańcach.

Na uspokojenie powinni coś wziąć niektórzy radni oraz radne – i z PiS i z KO. Zapewne przegląda pani profile, oficjalne, radnych, przynajmniej swoich. Życie polityczne toczy się dziś głównie tam. No i poziom wypowiedzi jest, że użyję często wypowiadanego na tych profilach słowa: żenujący. Radny radzi radnej żeby … „sobie znalazła chłopaka”, albo zwraca się do innej – „dziewczynko”. Takich wpisów jest sporo… 
Muszę panią rozczarować, nie śledzę wszystkich profili radnych, bo jest ich sporo, nie na wszystkie też warto zaglądać. Staram się szukać takich z merytoryczną dyskusją, a nie z wypowiedziami nacechowanymi emocjonalnie, ze zwrotami, które pani przytoczyła. Bo taki poziom mnie zupełnie nie interesuje. Niestety, ten rodzaj “dyskusji” pojawia się także w korespondencji niektórych radnych, którą kierują do urzędu i bywam tym zniesmaczona. Po pierwsze, rozmawiajmy merytorycznie, po drugie, kultura osobista, normy społeczne są po to, by nam ułatwiały życie, a nie utrudniały, więc warto je stosować. Niestety, nie zawsze tak jest. Sama bardzo dużo rozmawiam z mieszkańcami w sieci i czasami, kiedy padają agresywne pytania, ale dotyczące dyskusji, odpowiadam. Staram się tak traktować ludzi tak, jak chciałabym, żeby mnie traktowali.

Rozmowę przeprowadzono w ramach programu „Gość Dnia” realizowanego wspólnie przez redakcje 24Gliwice.pl i „Nowiny Gliwickie”.

wstecz

Komentarze (0) Skomentuj