Pisanki i paczki
„Zdobienie z dobrocią” to inicjatywa, którą wymyślił red. Andrzej Sługocki, a Nowiny Gliwickie organizują od lat. Z jednej strony chodzi o wielkanocne zdobienie pisanek, z drugiej – o dobroć rozumianą jako wsparcie dla dzieci ze świetlicy środowiskowej Polskiego Czerwonego Krzyża. W Wielki Czwartek trafiły do nich paczki pełne słodyczy i materiałów do przygotowania świątecznych ozdób.
Przy stole zasiedli: Izabela Buchała, wójt gminy Gierałtowice, Łukasz Pierończyk, wójt gminy Rudziniec, Tomasz Rzepa, prezydent Knurowa, Bernard Wilczek, burmistrz Sośnicowic, a także Kazimierz Pławszewski, wójt gminy Wielowieś. Nie zabrakło też przedstawicieli redakcji i telewizji.
Domowe rytuały
Rozmowa bardzo szybko zeszła z pisanek na wspomnienia. Okazało się, że choć w różnych domach święta wyglądały nieco inaczej, wiele elementów pozostawało wspólnych: porządki, święconka, rodzinne spotkania i oczywiście śniadanie wielkanocne.
– Święta były bardzo ważnym momentem w ciągu całego roku. Zaczynaliśmy od porządków, potem było strojenie domu, pieczenie ciast i przygotowywanie pisanek. Nie w takiej technice jak tutaj, tylko bardziej tradycyjnie – w łupinach cebuli albo w kolorowych barwnikach – wspominała Izabela Buchała. – A na śniadaniu wielkanocnym? Jajka w każdej postaci, tradycyjny żurek śląski, wędlinki i przede wszystkim sos tatarski do jajek. Właściwie wszystkie te tradycje przeniosłam też do swojego domu.
Wójt gminy Gierałtowice mówiła też o świętach przeżywanych wielopokoleniowo. Najpierw był czas spędzany w gronie najbliższych domowników, później przychodził moment na odwiedziny u dalszej rodziny.
Podobnie wspominał święta Tomasz Rzepa, prezydent Knurowa, choć w jego opowieści mocno wybrzmiał także wymiar duchowy.
– Cały Wielki Post jest dla nas bardzo ważny, a świętowanie Wielkanocy zaczynamy już od czwartku. Wielki Czwartek, Wielki Piątek, święcenie pokarmów – to wszystko ma dla nas znaczenie. To jest wyznacznik całego roku i przywiązujemy do tej sfery wielką wagę – mówił. – W niedzielę, tak jak u Izy, zawsze jest żurek śląski. On jest wyjątkowy, bo inaczej smakuje niż w ciągu roku. Może dlatego, że na dnie talerza jest święconka pokrojona w drobne kosteczki.
Prezydent Knurowa przywołał też bardzo osobiste wspomnienie związane z wielkanocnym śniadaniem.
– Raz tylko tego żuru nie byłem w stanie przełknąć. To było wtedy, gdy przed śniadaniem córka z zięciem powiedzieli nam, że będę dziadkiem – opowiadał.
Zapach świąt
Wspomnienia Kazimierza Pławszewskiego, wójta gminy Wielowieś, prowadziły przede wszystkim do świata zapachów i obrazów z dzieciństwa.
– Od najmłodszych lat święta Wielkanocy kojarzę z zapachem wędzonki. Zawsze były jakieś szynki, kiełbasy, przygotowywane jeszcze w rodzinie, a nie kupowane. Do dziś pamiętam ten dym wędzenia przed świętami – mówił. – Potem dochodził do tego zapach pieczonego ciasta. Rodziców już od dawna nie ma, ale te zapachy świąt zostały we mnie bardzo mocno.
Wójt Wielowsi opowiadał także o dawnych metodach zdobienia pisanek.
– U nas głównie siostra robiła to z mamą. Jajka farbowało się w cebuli, w burakach, czasem w jęczmieniu. To były zupełnie inne techniki niż dziś, ale efekt też potrafił być piękny. Pisanki mojej żony to mistrzostwo świata – mówił.
Nie mniej ważne okazały się świąteczne potrawy i drobne rodzinne zwyczaje. W domu rodzinnym Łukasza Pierończyka, wójta gminy Rudziniec, żurek nie był aż tak mocno obecny jak u teściowej, za to ważne miejsce zajmowały jajka, biała kiełbasa, chrzan i chleb.
Izabela Buchała powróciła pamięcią do tego elementu świąt, na który najbardziej czekają najmłodsi.
– Zawsze po powrocie z kościoła szukało się zajączka. Prezenty były schowane w ogródku, pod krzakiem albo gdzieś z boku. Trzeba było się trochę namęczyć, żeby je znaleźć. Potem tę tradycję przeniosłam do swojego domu i moje dzieci też szukały zajączka – wspominała.
Lany poniedziałek
Jak łatwo się domyślić, przy stole nie mogło zabraknąć wspomnień o śmigusie-dyngusie. Tu atmosfera zrobiła się wyraźnie bardziej swobodna.
– My jako małe dziewczynki miałyśmy fanów płci męskiej, więc śmigus-dyngus był zawsze intensywny. Trzeba było uciekać, nieraz wracało się z kościoła mokrym – mówiła Izabela Buchała z uśmiechem.
Tomasz Rzepa dorzucił do tego własną historię.
– Mam trochę wyrzuty sumienia, jeśli chodzi o śmigus-dyngus, ale właściwie nie powinienem ich mieć, bo w ten sposób poderwałem żonę – opowiadał, wywołując śmiech przy stole.
Jeszcze szerzej o tej tradycji mówił Kazimierz Pławszewski.
– To był obowiązek. Myślę, że koleżanki by się obraziły, gdyby nikt do nich nie przyszedł. Były wiaderka, ale były też bardziej pomysłowe sposoby. Z kuzynem zrobiliśmy sobie takie urządzenie ze smoczka, do którego nalewało się wody pod ciśnieniem. To miało zasięg na kilkadziesiąt metrów – wspominał.
Pamięcią do dawnych lanych poniedziałków sięgnął też Bernard Wilczek, burmistrz Sośnicowic.
- Umawialiśmy się z trzema kolegami. Wstawaliśmy o 6 rano i chodziliśmy od domu do domu, bez względu na to, czy mieszkała w nim rodzina czy nie. Nikt nikogo nie wyrzucił. Niejednokrotnie było tak, że odwiedzane dziewczyny jeszcze spały. Rodzice po cichu wprowadzali nas do ich pokojów, odkrywali kołdrę i chlustało się wodą. Nikt nie miał pretensji nawet, jeśli wodą zalaliśmy gotujący się w kuchni obiad. Oczywiście dziś jest to nie do pomyślenia – zauważył Bernard Wilczek, burmistrz Sośnicowic.
Rozmowa zeszła też na współczesne wersje śmigusa-dyngusa – łagodniejsze, „perfumowane”, bardziej symboliczne. I tu zdania były podzielone, choć z wyraźnym sentymentem do tradycyjnej wody.
Kilka dni później…
Spotkanie przy stole i wspólne zdobienie pisanek wprowadziło wszystkich w świąteczny nastrój. Zwieńczenie akcji nastąpiło kilka dni później, w siedzibie PCK przy ul. Wrocławskiej. Tam, na paczki ufundowane przez gości Nowin Gliwickich, czekała spora gromada dzieci. Niezawodne redakcyjne dobre wróżki… czy też zajączki, jak kto woli, dołożyły wszelkich starań, by prezenty były słodkie i bogate. Uśmiechy podopiecznych PCK udowodniły niezbicie, że Zdobienie z dobrocią zakończone zostało sukcesem.
Dziękujemy!


Komentarze (0) Skomentuj