„Czy mogę już przyjść, zobaczyć?” – od początku maja nie dawałam spokoju Oli i Asi. O tym miejscu wiedziałam, że powstanie i że będzie niezwykłe. I że jedną z jego właścicielek jest równie niezwykła mama, Ola, którą poznałam pisząc artykuł o Fundacji Sawanci. Kobieta-dynamit, która - jak na żartobliwych obrazkach - wydaje się mieć 12 par rąk. Drugą z mam osobiście poznałam już w lokalu. Asię określiłabym jako oazę spokoju, która idealnie równoważy temperament Oli. Razem te dwie silne kobiety stworzyły przytulną kawiarnię, którą chcę Wam polecić głównie dlatego, że została przygotowana do goszczenia wszystkich, z poszanowaniem ich indywidualnych potrzeb, bez barier.
Jeszcze zamknięte, a już otwarte
W starym pawilonie na Trynku dawno temu mieścił się sklep spożywczy, a ostatnio prowadzone w nim były usługi kosmetyczne. Teraz wewnątrz zastaniemy gustownie urządzone wnętrze kawiarni, z miejscem do zabawy dla każdego dziecka (to „każdego” naprawdę ma znaczenie) i z zapleczem kryjącym salę do prowadzenia wszelkiego rodzaju warsztatów. Ola, oprowadzając mnie, pokazuje również ubikację. Mój wzrok w pierwszej chwili pada na ciekawy nocniczek, wyglądający jak miniatura „dorosłej” muszli, jednak nie to jest tu najważniejsze. Toaleta wyposażona jest w komfortkę, ale – co istotne – z wygodnym podnośnikiem sufitowym, który został zakupiony m.in. przy udziale środków zebranych w internetowej zbiórce. To bodaj jedyne tego typu miejsce w Polsce, które ma tak zaawansowane rozwiązanie! Są urządzenia pomagające wstać osobom niepełnosprawnym i przewijak dla malucha. Czy pisałam już, że to miejsce dostosowane do potrzeb każdego z nas? A czy wspomniałam o tym, że wśród personelu będzie osoba znająca język migowy?
O tym, że jest tu dla wszystkich dobra energia, świadczy coś jeszcze. Gdy piję kawę i jem przepyszną marlenkę, co chwilę otwierają się drzwi nieotwartego jeszcze lokalu. Zaglądają sąsiedzi, ciekawi, czasem równie niecierpliwi jak ja. „Kiedy będzie otwarte?” – pytają. Kibicują.
- Wiesz, mamy słuchawki wygłuszające dla dzieci, które źle reagują na gwar. Niektóre z tych słuchawek przynieśli nam sąsiedzi mówiąc, że ich dzieci już z nich wyrosły, a nam się przydadzą – mówi, nie ukrywając wzruszenia, Ola.
Miejsce tętniące życiem
Kiedy Ola i Asia znalazły lokal na swoją wymarzoną kawiarnię, wiedziały jedno – nie chcą robić tylko „kolejnego miejsca z kawą”. Chciały stworzyć przestrzeń, która będzie żyła – dosłownie i w przenośni. Znajdujące się z tyłu budynku miejsce z potencjałem na ogródek długo pozostawało zaniedbane i ignorowane przez przechodniów. Mieszkańcy skarżyli się na gołębie i nieestetyczny widok.
Dzięki współpracy ze spółdzielnią, która stanęła na wysokości zadania i pomogła z remontem, podwórze zmieniło się nie do poznania. Ogródek zyska stoliki, leżaki, pergolę i mały plac zabaw. – Chcemy, żeby tu było pięknie, żeby ludzie chcieli tu usiąść, nawet przechodząc – mówi Asia. Widać, że każda cegiełka tej przestrzeni została umieszczona we właściwym miejscu, a do tego z sercem.
Z marlenką, bajglami i lemoniadą
Menu Och i Ach nie jest wynikiem chłodnej analizy trendów. To kuchnia codzienna, domowa, oparta na tym, co same lubią i co – jak mówią – „smakuje ludziom”. Śniadania będą serwowane do południa: croissanty na słodko i słono, świeże bajgle, ciepłe i zimne kanapki, sałatki, a do tego kawa – również na wynos.
– Myślimy o tych, którzy zapomnieli śniadania do pracy, mogą wpaść, zabrać ze sobą coś pysznego i jechać dalej – mówią zgodnie dziewczyny.
W planach są także lemoniady, autorski sposób podania popularnej czeskiej marlenki, a także… możliwość stworzenia własnej herbaty. Klienci będą mogli komponować napój z suszonych owoców, przypraw i ziół – wedle własnego gustu. – Nie widziałyśmy jeszcze czegoś takiego w kawiarni. A przecież każdy ma inne preferencje – mówią z dumą.
Dla dzieci i dorosłych: razem
Och i Ach powstało z myślą o integracji. Dlatego kawiarnia jest miejscem, w którym dziecko może się pobawić, a rodzic – w spokoju napić kawy. Znajdziemy tu strefę sensoryczną, tablice manipulacyjne, kokon do huśtania i mnóstwo kreatywnych zabawek edukacyjnych.
– Chcemy, żeby dzieci mogły się rozwijać, a rodzice nawiązywać z nimi więź – tłumaczy Ola. – Można usiąść na pufie, przytulić malucha i razem czytać książkę. O to nam chodzi.
Wieczorki muzyczne, florystyka, szydełkowanie, robienie pizzy, warsztaty rodzinne – w Och i Ach ma się dziać. Ale nie dla samego działania – lecz dla relacji.
– Dzieci przychodzą do babci z laurką i to wszystko. A my chcemy zaprosić ich razem na warsztaty – by wspólnie coś stworzyli, przeżyli. To buduje więź – tłumaczą właścicielki.
Na bogatej liście planów znalazły się także warsztaty prowadzone przez ludzi z pasją – którzy nie zawsze mają platformę, by się nią podzielić. W Och i Ach znajdą ją na pewno. Jeśli ktoś piecze cudowne ciasta, robi wyjątkowe flower boxy czy tworzy rękodzieło – może tu poprowadzić własne zajęcia.
Domowe przetwory i jabłko na drogę
Ciasta, które stanowią serce oferty Och i Ach, piecze Asia. Ola robi artystyczne torty 0 również na zamówienie. Sama się tego nauczyła, ale wychodzi jej to (jak wszystko, czego się tknie) bardzo profesjonalnie. Wypieki i przetwory oferowane przez dziewczyny powstają z najlepszych składników, według ich własnych receptur. Nie znajdziemy tu niczego z półki sklepowej – za to spróbujemy domowego dżemu z dyni i pomarańczy, przetworów z przydomowego ogrodu czy porzeczkowej konfitury Asi. Jeśli klienci będą chcieli, właścicielki nie wykluczają sprzedaży tych smaków w małych słoiczkach.
– Na koniec wizyty chcemy też dawać każdemu dziecku jabłko – jako symbol tego, że można wyjść od nas nie tylko z cukrem we krwi, ale też z czymś zdrowym – śmieje się Asia.
W planach jest też współpraca z dostawcami zdrowych produktów, wypieki „fit”, bezglutenowe i wegańskie, a także osobne menu dla dzieci i... dla przyszłych mam.
Kawa ze wsparciem
Och i Ach od początku miało mieć misję społeczną. Dlatego w ofercie znajdzie się kawa z „dodatkową złotówką”, która zasili konto – rotacyjnie – jednej z zaprzyjaźnionych fundacji.
Entuzjazm gospodyń udziela się każdemu, kto przekracza próg kawiarni. To miejsce ma szansę stać się czymś znacznie więcej niż punktem na gastronomicznej mapie miasta.
To przestrzeń, w której jest miejsce i na ciasto, i na pomoc. Na zabawę i na rozmowę. Na integrację i na ciszę przy książce.
Na ludzi.
Adriana Urgacz-Kuźniak
Fot. Michał Buksa


Komentarze (2) Skomentuj
Magiczne miejsce, wyróżniające się pod wieloma względami. Sympatyczne właścicielki i przepyszna kawa, która miałam już okazję spróbować. Z niecierpliwością czekam na oficjalne otwarcie... Polecam wszystkim
Świetna inicjatywa,super pyszne jedzenie i słodkości ,przemiła atmosfera i super właścicielki z sercem na dłoni ,ja miałam już okazji próbować tych pyszności i z pewnością będę stałym klientem