Kwadrat”, czyli gliwicki Rynek, pełnił natenczas rolę dzisiejszego Facebooka. To tu w latach 80. spotykała się młodzież, zwłaszcza ta głodna „Zachodu” i muzyki napływającej z tego kierunku. Znane i mniej znane zespoły grały dźwięki wolności i buntu. Ich płyty można było zakupić w Gwarku, a w piwnicy pod nim rodziła się Śmierć Kliniczna i ruch punkowy, którego była znakomitą przedstawicielką. Barwną kronikę tamtych czasów odnajdujemy we właśnie wydanej książce „Nienormalne miasto”, której autorem jest Szymon Szwajger – księgarz, bibliotekarz i członek punkowej grupy Venta Quemada.
Pokoleniowa zmiana
Gdybym miała kilka lat więcej, mogłabym powspominać z Szymonem Szwajgerem te czasy, w których na tle peerelowskiej szarzyzny zaczęły się pojawiać postawione na cukier irokezy punków. Nie wszyscy takimi mogli się pochwalić, ale skórzaną kurtkę, potargane bądź upstrzone napisami spodnie miał niemal każdy szanujący się przedstawiciel tego kontrkulturowego ruchu. Ja tyle z tych czasów pamiętam, że bałam się tych niepokornych młodych dorosłych, ale jeszcze bardziej bałam się tych drugich - skinów. Wiedziałam, że „skiny biją punków”, a czasem i innych ludzi, którzy nawiną im się pod rękę.
Gdybym miała kilka lat więcej, być może pamiętałabym inny Gwarek. Taki, który przyciągał młodzież giełdą płytową i koncertami. Na scenie królował rock i punk w komitywie z reggae. Za druty szarpały gliwickie zespoły, Śmierć Kliniczna, R.A.P., Processs, Brzytwa Ojca czy Attack a młodzież reagowała na ich muzykę szalonym pogowaniem.
Ponieważ mam jednak (zaledwie) kilka lat mniej od autora niedawno wydanej książki „Nienormalne miasto”, Gwarek kojarzy mi się już tylko z dyskoteką i z „Gwarkówkami”, jak my, licealistki w długich do kostek spódnicach i szerokich swetrach nazywałyśmy skąpo odziane bywalczynie tego klubu.
- Wiem, o co ci chodzi. I wiem też, dlaczego tak się stało. Początek lat 90., o którym mówisz, to pełna komercjalizacja wszystkiego, co się dało. Gwarek stał się klubem prywatnym, a takie miejsce musi na siebie zarabiać. Najlepiej zarabia się na dyskotekach. To był zresztą jeden z powodów, dla których postanowiłem napisać książkę. Bo szkoda mi było, że ludzie o dekadę młodsi ode mnie nie wiedzą, co tam się działo wcześniej. A działo się naprawdę sporo i – moim zdaniem – fajnie. A na pewno inaczej – mówi Szymon Szwajger, gdy przyznaję, że obce są mi czasy opisywane przez niego w książce.
Nienormalne miasto
Książka Szwajgera to nie nostalgiczna opowieść o dawnych buntownikach ani też monografia konkretnego zespołu. Autor oddaje głos przedstawicielom ówczesnej sceny punkowej w Gliwicach, którzy są wobec niego, kolegi muzyka, szczerzy. Nie znajdziemy tu pomnikowych biografii. Zamiast tego mamy świadectwa: czasem pełne refleksji, czasem nieuporządkowane, często nieoczywiste. Obok historii Śmierci Klinicznej czy Brzytwy Ojca, pojawiają się relacje osób, które nie stanęły w świetle reflektorów, ale bez których tamta scena nie miałaby energii ani kształtu. To opowieść zbiorowa – złożona z głosów, które dopiero razem tworzą spójną narrację.
Książka nie skupia się wyłącznie na znanych nazwach. Wręcz przeciwnie – autor z premedytacją wydobywa z cienia zespoły mniej rozpoznawalne, ludzi stojących „z boku”: technicznych, organizatorów, pasjonatów, bywalców giełd płytowych i tych, którzy przez chwilę grali w garażu, a potem zniknęli z kadru. Dzięki temu opowieść zyskuje gęstość – i staje się jeszcze bardziej prawdziwa.
Gliwice lat 80. jawią się w tej książce jako miasto pełne fermentu – twórczego, chaotycznego, lokalnego, ale jednocześnie mocno rezonującego z tym, co działo się wówczas w Polsce. Gliwickie zespoły tworzyły scenę, która – choć działająca w warunkach prowizorycznych – miała realny wpływ na styl życia młodzieży.
- W naszym mieście mieliśmy pięć zespołów, które – jak na realia peerelowskiego undergroundu, naprawdę coś znaczyły – podkreśla Szymon Szwajger. – Przede wszystkim oczywiście „Śmierć Kliniczna”, która grała na festiwalach takich, jak ten w Jarocinie w 1982 roku, zdobywała nagrody, była puszczana w radiu, w tym także w Trójce, gdzie znalazła się nawet na liście przebojów. To było wyjątkowe. W aglomeracji nie było drugiego takiego miasta – dodaje mój rozmówca. Te słowa nasuwają mi na myśl pytanie, czy gliwicki punk nadal traktować można jako alternatywę, czy jednak jego piewcy otarli się już o mainstream.
- Może raczej stanęli na jego granicy – precyzuje Szymon. – Mainstreamem były Lady Pank, czy Lombard. Nasze zespoły były znacznie bardziej niezależne. Można było przyjść na koncert, zajrzeć do zespołu do piwnicy, pogadać, wziąć gitarę i zacząć grać. Tak rosło to środowisko. Najpierw kilku ludzi, potem kilkunastu, w końcu przestało się wszystkich kojarzyć z imienia. Tak się zaczęło.
Kultura podziemia
Cały ten ruch undergroundowej kultury nieco mnie dziwi. Przez lata ocierałam się o opinie, że Gliwicom daleko do Katowic, że tu się kultury nie zrobi.
- Trochę rozumiem ten punkt widzenia, ale scena punkowa to kontrkultura, kultura niezależna. Robiła się właściwie sama, nie oglądając się na oficjalne instytucje. Jasne, korzystała z zaplecza – klubów, domów kultury – ale funkcjonowała w swoim własnym obiegu. Była w opozycji do tej estradowo-przaśnej, oficjalnej nudy. Bo przecież początek lat 80. to była estetyka kołobrzeska – toporna, nijaka. Nic, co mogłoby zainteresować młodego człowieka. A punk rock, i w ogóle rock alternatywny był na to odpowiedzią. Buntem, wobec tej nudy, tego braku koloru.
Z „Nowinami…” u źródeł
Pisząc książkę „Nienormalne miasto”, Szymon Szwajger przez wiele miesięcy przeglądał archiwalne numery „Nowin Gliwickich”. Szukał śladów wydarzeń, które pamiętał – i takich, które pamiętali inni. Najczęściej trafiał na krótkie notki o koncertach, wzmianki o zespołach, czasem nieoczywiste odniesienia.
Autorem wielu spośród wzmianek i recenzji zamieszczanych w Nowinach był Zbyszek Lubowski. Nie zawsze doceniał występy i dorobek gliwickiej alternatywy, ale jako dziennikarz dość skrupulatnie się jej przyglądał. Jego teksty, zamieszczone w książce w postaci zdjęć wycinków z gazety, przy czytaniu stanowiły dla mnie doskonałe tło dla rozmów z przedstawicielami ówczesnej sceny muzycznej, które przeprowadził Szymon.
Rozmawiał z muzykami, bywalcami klubów, organizatorami. Niektórzy wyemigrowali, inni prowadzili firmy albo uczyli w szkole. Jedni zachowali archiwa, inni mieli tylko wspomnienia. Wszyscy – niezależnie od tego, jak ułożyło się ich dorosłe życie – pamiętali emocje. Giełdy płytowe, koncerty, pogo, próby w piwnicach, sprzęt sprowadzany po znajomości. I to, co Szymon powtarzał kilkukrotnie: poczucie, że uczestniczyli w czymś ważnym.
W efekcie „Nienormalne miasto” nie jest nostalgiczną opowieścią, tylko próbą rekonstrukcji ważnej dla Gliwic dekady, z gazet, z relacji i z pamięci samego autora. Książka została wydana nakładem wydawnictwa innego uczestnika tamtych zdarzeń – Marka „Zimy” Niewiarowskiego.
Obu panom za tę publikację dziękuję.
Adriana Urgacz-Kuźniak


Komentarze (3) Skomentuj
Bujało się po rynku, tego nikt nam nie zabierze
Tak to były ciekawe lata w Gliwicach. Zdjęcie zrobione jest w wejściu do nieistniejącego już od dawna Klubu Studenckiego PROGRAM na Łużyckiej 32.W nowej odsłonie dzięki wielkiemu zaangażowaniu kilku osób ( w szczególności Robert Szczepański) został otwarty ponownie mimo wielkich problemów w 1994r. Prowadziłem w nim od początku część barową aż do ostatniego dnia gdy to odgórną niespodziewaną decyzją został zamknięty przez Rektora Karbownika.
W tym klubie grałem z Robertem , jako Duet Zero