Zniechęcają mnie ci, którzy w przedmiotowy sposób traktują dzielnicę. Bo nasze otoczenie drastycznie się zmienia.
Z  dr Justyną Swoszowską, rozmawia Małgorzata Lichecka.

Co pchnęło panią w społecznikostwo? 
Zdziwi się pani, ale dokładnie wiem, co to było, a raczej jakie zdarzenie uruchomiło moje społeczne działanie. Była nim decyzja urzędników z Zarządu Dróg Miejskich o wycięciu stu kilkudziesięciu lip rosnących wzdłuż ulicy Mickiewicza. Gdyby nie ten zamiar, pewnie to moje społecznikostwo nie ujawniłoby się. To była dla całej dzielnicy szokująca informacja. Ludzie zjednoczyli się i zaczęli walczyć o drzewa. Były różne akcje: zbieraliśmy podpisy pod petycjami, pisaliśmy do radnych, do mediów. Działaliśmy wtedy nietypowo tańcząc wokół drzew i zawieszając na nich serduszka. Nawet mój mąż, muzyk Swosza, napisał protest-song „Lipy to nie fraszka”, który stał się naszym hymnem. Kiedy fala protestu opadła, moje zaangażowanie nie. Zostałam członkinią Rady Dzielnicy. Działalność na rzecz dzielnicy była tym większa, że znałam jej historyczną wartość. Wiązało się to z moją pracą naukową na Wydziale Architektury Politechniki Śląskiej. Jestem architektką i też historyczką architektury. Od 1992 roku mieszkam na Wójtowej Wsi i to stało się, między innymi, impulsem do podjęcia pracy naukowo – badawczej nad historią architektury Bytomia, Zabrza i Gliwic w okresie międzywojennym. Otrzymałam wtedy ministerialny grant na badanie tej historii. Wiele moich prac naukowych i duża część wykładów skupiała się wokół architektury dwudziestolecia na Śląsku i w Gliwicach, roli Karla Schabika, jego wizji architektonicznych i urbanistycznych. Tak więc w batalii o uratowanie przed destrukcją dziedzictwa mojej dzielnicy mogłam połączyć wiedzę zawodową z działalnością społeczną. I to stało się moją prawdziwą pasją.

Z lipami to było głośny protest w Gliwicach. Zresztą sprawa ciągnęła się bardzo długo i dopiero niedawno znalazła swój szczęśliwy finał. 
Ta batalia o uratowanie lip przy Mickiewicza sięga 2012 roku. Protest mieszkańców nie polegał na przykuwaniu się do drzew, ale na merytorycznej dyskusji z urzędnikami. Tłumaczyliśmy dlaczego nie zgadzamy się z takimi rozwiązaniami, wspierając się dość rozległą i szczegółową wiedzą historyczną.

Bo krzykactwo łatwo wykpić i utrącić? 
Tak, dlatego naszą społeczną strategią protestów była merytoryczna dyskusja i współpraca ze Śląskim Wojewódzkim Konserwatorem Zabytków. Wnioskodawcą o wpis do rejestru było działające wówczas stowarzyszenie Gliwickie Drzewa. W listopadzie 2012 roku WKZ wszczęło postępowanie, a wpis do rejestru zabytków alei lip przy Mickiewicza to pomysł nieżyjącego już Marka Raweckiego. Nikt jeszcze wtedy o tym tak nie myślał. Że drzewa do rejestru zabytków? A on poszedł tą ścieżką i był w tym konsekwentny. Pomagałam w zbieraniu dokumentacji. Mieszkam w tej dzielnicy ponad 30 lat. Pamiętam, że jeszcze w latach 90. mało kto widział w domach, a tym bardziej w zieleni, układzie urbanistycznym, duże wartości architektoniczne i historyczne. Po prostu poniemieckie. Tyle. Tymczasem tak pięknie zrealizowane tutaj koncepcje architektoniczne i urbanistyczne są nie tylko nasze, lokalne, ale europejskie. Inspirowane koncepcją miast ogrodów brytyjskiego planisty i urbanisty Ebenezera Howarda. Austriacki urbanista, architekt i malarz Camillo Sitte, którego dość często przywołuję, wskazywał też, że w pięknym mieście żyją szczęśliwi ludzie. I było widać, że w tej dzielnicy ludzie byli i są szczęśliwi, bo przecież mieszkają w otoczeniu dobrej architektury i funkcjonalnym, pod względem urbanistycznym, miejscu. Wracając do lip, cztery razy wnosiliśmy o wpis do rejestru, a miasto cztery razy się odwoływało. Dopiero w 2020 roku, po ośmiu latach zmagań, lipy pozostały w rejestrze. Są więc uratowane, a zalecenia konserwatora zabytków trzeba respektować. W 2022 roku posadzono na Mickiewicza, Sowińskiego i Sobieskiego 60 sprowadzonych z Holandii drzew. Zamiast wycinek, nasadzenia! Cieszymy się z tego.

Po tym jak obroniono lipy, zaczęła się walka o poldery. To też trwało latami. 
Nie lubię słowa walka, po przecież nie biliśmy się na pięści.

Ale to adekwatne określenie dla tego, co się wtedy działo wokół polderów. Pamiętam bardzo gorące dyskusje w 2016 roku na spotkaniach z urzędnikami. 
O polderach, podobnie jak o wycince lip, dowiedzieliśmy się przypadkowo. Byłam wtedy w Radzie Dzielnicy szeregową członkinią i wysłano mnie na spotkanie w urzędzie na temat budowy polderów przy Słowackiego. Już na miejscu okazało się, że urzędnicy mają gotową wizję, a organizatorki spotkania bardzo chciały, żebym sobie poszła, bo po co mam siedzieć, skoro i tak nic nie zrozumiem. Jako rada dzielnicy możemy się włączyć, kiedy projekt już będzie gotowy- takie były ich argumenty. Zostałam, mówiąc, że lepiej dowiedzieć się teraz, niż na etapie realizacji. Podczas prezentacji projektu zbiornika retencyjnego przy Słowackiego jego autor tłumaczył, że poldery zlokalizowane są na nieużytkach. Reklamując koncepcję zachwalał, że po wybudowaniu zbiornika, przy okazji, można będzie na jego koronie jeździć na rowerach albo biegać. Nie było w ogóle mowy o celowo projektowanych terenach rekreacyjnych. To miała być po prostu betonowa, głęboka na pięć metrów, budowla hydrotechniczna, zasuwy, jazy, przepustnice, a to wszystko otwierane na korbkę... To, co usłyszałam, zrelacjonowałam Radzie Dzielnicy, no i się zaczęło. Nasze starania o to, by nie powstały zbiorniki retencyjne na łąkach nad Ostropką, w środku dzielnicy, kilkanaście metrów od budynków mieszkalnych, trwała długo i miała różne fazy. Natomiast najgorzej pamiętam wizytę w urzędzie miasta u ówczesnego wiceprezydenta Piotra Wieczorka. Byłam wówczas przewodniczącą Rady Dzielnicy i z moim zastępcą Janem Eichhofem, spotkaliśmy się z nim żeby przedstawić argumenty mieszkańców przeciw budowie zbiorników. Potraktował nas jak nawiedzonych oszołomów, a nie świadomych mieszkańców dzielnicy i miasta. Tę wizytę dosłownie odchorowałam. Walcząc o łąki nad Ostropką też działaliśmy niekonwencjonalnie. Jedną z akcji było organizowanie przez Radę Dzielnicy Wójtowa Wieś śniadań na łąkach. Wymyślając taką formę, chcieliśmy pokazać, że są pięknym miejscem do spotkań. Że to nie są nieużytki, ale oaza zieleni w centrum miasta. Te śniadania były fantastyczne, szczególnie że towarzyszyła im muzyka na żywo. Ostatecznie udało nam się uratować łąki dzięki wpisowi do rejestru zabytków szpaleru lip nad Ostropką. Przygotowałam go w imieniu Stowarzyszenia Miasto Ogród Gliwice, na bazie moich badań historycznych. Okazało się, że lipy nad Ostropką są częścią komponowanego układ lip przy Mickiewicza. I tak do gry wszedł Wojewódzki Konserwator Zabytków, który nie pozwolił na budowę zbiorników. Miasto odwołało się od tej decyzji. Jednakże Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego oddalił to odwołanie. A niedawno nowe władze Gliwic oświadczyły, że na łąkach nad Ostropką nie będzie zbiorników. I tak kolejny raz udało się ochronić dzielnicę.

Ona nie funkcjonuje w oderwaniu od miasta. Jako osoba zawodowo zajmująca się architekturą i urbanistyką jest pani obecna tu i tu. Na ile interesuje panią dzielnica, a na ile miasto, i czy te przestrzenie się jakoś w zainteresowaniach spotykają. 
To są naczynia połączone. Nie ma dzielnicy bez miasta. I odwrotnie. Po Wójtowej Wsi chodzę codziennie i codziennie się jej przyglądam. Domom, ogrodom, alejkom, detalom, ludziom... Zniechęcają mnie ci, którzy w przedmiotowy sposób traktują dzielnicę. Bo nasze otoczenie drastycznie się zmienia. Te wszystkie przebudowy, zabudowy, ogradzanie się, betonowanie, wycinania, idą w niedobrą stronę. Nie zgadzam się na to, ale niewiele mogę zrobić. Bardzo mnie to frustruje. Dlatego chciałbym, żeby miasto urzędowo chroniło w planie zagospodarowania przestrzennego całą dzielnicę, zanim już nie będzie czego ratować.

W społecznikostwie dość istotna jest czujność. Często dzięki niej robi się zamieszanie, pozytywne, ona też wyzwala zainteresowanie wielu ludzi, których dotąd nie obchodził zabytek, dzielnica, miasto, i nagle stają się aktywni w ich ratowaniu. Tak, jak robicie to w Stowarzyszeniu Miasto Ogród Gliwice. 
To zazwyczaj nie jest czujność jednej osoby, bardziej kolektywna. Stowarzyszenie założyliśmy w czasie, gdy nie było Rady Dzielnicy, jakby w jej zastępstwie, żeby móc działać formalnie. Kiedy po niebycie Rada zebrała się na nowo, zostałam ponownie przewodniczącą zarządu. Nasza kadencja zakończyła się w kwietniu 2025 roku. A Miasto Ogród Gliwice działa dalej, już niezależnie od Rady.

To bardzo skuteczne stowarzyszenie. 
Postawiliśmy na merytoryczne i dobrze udokumentowane argumenty.

Miasto się was boi? 
Czy boi, nie wiem. Na pewno byliśmy takim „szkłem w oku”. Szczególnie w czasie batalii o Starą Fabrykę Drutu w 2023 roku. Dzięki interwencji Stowarzyszenia udało się, dosłownie w ostatniej chwili, wpisać ją do rejestru zabytków, mimo że ówczesny prezydent Adam Neumann ogłosił, że już jest pozwolenie na wyburzenie zabytkowych obiektów. Przygotowaliśmy wtedy, wspólnie ze społecznikami zaangażowanymi w ratowanie fabryki, wniosek do Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków, którego też zaprosiliśmy na wizję lokalną. Konserwator po wysłuchaniu obu stron, w tym naszej, z bardzo dobrze merytorycznie przygotowanymi argumentami, zdecydował o tym wpisie. Ślady poprzemysłowych obiektów świadczących o genezie Gliwic są fantastyczne, tylko trzeba otworzyć oczy i zobaczyć ich potencjał. W Warszawie, młodsza od gliwickiej, fabryka drutu Drucianka, została z powodzeniem zaadaptowana usługowo-kulturalno-biznesowe. Mam nadzieję, że i Gliwicom się uda.

No, ale chyba zaczęło się od Kościuszki 44-46. W 2019 roku miasto chciało te budynki wyburzyć. Pani aktywnie włączyła się w ratowanie tego zabytkowego zespołu mieszkaniowego, bardzo ściśle związanego z radcą budowlanym Karlem Schabikiem. 
Wtedy nie było jeszcze Stowarzyszenia. I tak, to była moja pierwsza interwencja. Przyszyli do mnie Michał Szewczyk i Kuba Słupski mówiąc, że trzeba koniecznie zareagować. Działałam wówczas w Instytucie Dokumentacji Architektury w Katowicach. Napisałam pismo przewodnie do petycji, którą przedstawiłam w Instytucie. W dyskusję włączyło się wielu fachowców i autorytetów, między innymi pani profesor Ewa Chojecka. Ci wszyscy specjaliści od razu podpisali się pod petycją, a Biuro Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków wpisało obiekty z Kościuszki do wojewódzkiej ewidencji zabytków, więc były chronione. A jeszcze potem znalazł się inwestor świadomy ich wartości. Dziś są odnowione i chociaż w części odbudowane, mają nowe funkcje i świadczą o historii Gliwic. A my po tej „akcji” sformalizowaliśmy się i założyli stowarzyszenie. Kolejnym działaniem był wpis do rejestru zabytkowego parku Starokozielskiego – poszło dość szybko. I mamy to.

Miasto Ogród Gliwice okazało się niezwykle sprawne. 
Bo nasze stowarzyszenie jest interdyscyplinarne.

W jakim sensie? 
Po prostu mamy ludzi specjalizujących się w pewnych dziedzinach. Ja jestem architektką i historyczką architektury, Kuba Słupski prawnikiem, specjalizującym się w ochronie zabytków. Współpracują też z nami inni specjaliści. Bo sama wiedza historyczna i prawnicza to mało. Myślę też, że stowarzyszenie jest skuteczne, bo jesteśmy merytorycznie stanowczy. To chyba dobre określenie dla naszej metody pracy. Ludzie do nas piszą, dzwonią i sygnalizują. Tak było z projektem nowego muzeum przy Radiostacji. Zawnioskowaliśmy do WKZ o udział w postępowaniu wydania pozwolenia na modernizację. Zaczęliśmy sprawdzać projekt, analizować go. Złapaliśmy się za głowę, bo planowano w nim destrukcję miejsca historycznego, które w dodatku aspirowało do listy UNESCO.

Wracając do skuteczności. Myślę, że to się właśnie zmieniło, bo teraz wiele stowarzyszeń ma w swoich szeregach ludzi merytorycznych. Nie można powiedzieć o pani ani o innych członkach stowarzyszenia, że są oszołomami. Ach jak władza i urzędnicy lubią używać tego słowa w stosunku do grup mających krytyczne zdanie. 
Rzeczywiście wspierają nas specjaliści. Przy sprawie Radiostacji kontaktowałam się na przykład z przedstawicielką DOCOMOMO ( Międzynarodowe Zrzeszenie na rzecz Dokumentacji i Konserwacji Obiektów Budowlanych Modernizmu) profesor Jadwigą Urbanik, która absolutnie poparła naszą opinię. Pierwsza koncepcja przebudowy Radiostacji przedstawiono do oceny Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków w 2019 r. Ze względu na duży zakres przekształceń konserwator poprosił o opinię Narodowy Instytut Dziedzictwa. W zakresie działalności tej instytucji jest między innymi monitorowanie pomników historii. NID negatywnie zaopiniował zaproponowane w projekcie koncepcyjnym zmiany. Na tej podstawie konserwator wydał wytyczne mocno ograniczające zakres przebudowy, stwierdzając, że „adaptacja tego typu obiektu powinna być podporządkowana jego zabytkowej strukturze”. Pod wpływem argumentacji Muzeum w Gliwicach konserwator zmienił jednakże zdanie i wstępnie zgodził się na zakres ingerencji podkreślając jednakże, że NID nie zmienił swojej negatywnej opinii. Latem 2023 roku do biura WKZ trafił projekt „Przebudowy i rozbudowy zabytkowego zespołu Radiostacji w Gliwicach” wykonany przez znaną pracownię architektoniczną Mirosława Nizio. Przewidywał on niemal całkowitą destrukcję oryginalnej struktury jednego z budynków zespołu radiostacji. Przed wydaniem decyzji Urząd Konserwatora ponownie zwrócił się do NID o opinię. Ostatecznie jednak Wojewódzki Konserwator, jeszcze przed jej otrzymaniem, wydał pozwolenie na realizację projektu. Nasze Stowarzyszenie po zapoznaniu się z dokumentacją złożyło odwołanie od tej decyzji uznając, że skala destrukcji autentycznej substancji budynków Zespołu Radiostacji uniemożliwi jego wpis na listę UNESCO, o co zabiega miasto Gliwice. Takie stanowisko potwierdziła druga opinia Narodowego Instytutu Dziedzictwa. Warto tu podkreślić, że zabytek będący Pomnikiem Historii również wymaga autentyczności i nie powinno się pochopnymi działaniami doprowadzić do jej utraty. Od decyzji konserwatora odwołaliśmy się do Ministra Kultury, który ostatecznie, w marcu 2025 roku, powiedział temu projektowi „nie” i poparł wszystkie nasze argumenty. Wiele osób było zbulwersowanych działaniami gliwickiego muzeum, ale też sporo nie zgadzało się z naszymi argumentami. To była trudna sprawa, ale uważamy, że rewitalizacje nie mogą niweczyć wartości historycznych, i jeśli to tylko możliwe staramy się interweniować.

Nazwa Stowarzyszenia nie jest przypadkowa.
Nie jest. Dedykujemy ją Gliwicom i idei miasta - ogrodu, tak intensywnie realizowanej przez Karla Schabika. Mieszkam w dzielnicy ogrodowej, zaprojektowanej przez niego, a miasto- ogród to coś więcej niż tylko koncepcja. To synergia między miastem i wsią, między urbanizacją a terenami zielonymi. W Gliwicach wiele jest takich osiedli zaprojektowanych właśnie w latach 20. i one do dziś doskonale funkcjonują urbanistycznie. Pokazują też, że rozwój Gliwic w tamtych latach bazował na europejskich koncepcjach.
Prawie 20 lat działalności społecznej. Cztery razy w Radzie Dzielnicy, dwa razy przewodnicząca zarządu tej Rady. W tym roku już pani nie kandydowała. 
Przyszli nowi ludzie z innymi koncepcjami. To, co chciałam zrobić dla dzielnicy, udało się. Wspólnie obroniliśmy aleję lip, nie będzie zbiorników przy bulwarach Słowackiego, sadzi się drzewa, remontuje się aleja Mickiewicza, a my, jako Stowarzyszenie, dołożyliśmy wszelkich starań żeby miasto przeprowadzało go z dużą uważnością, bo to musi być zegarmistrzowska robota. Jeszcze jako przewodnicząca Zarządu Rady Dzielnicy, na zakończenie kadencji, napisałam do pani prezydent pismo z prośbą o ochronę konserwatorską naszej dzielnicy i miasto ustosunkowało się do tego pozytywnie.

Czyli Stowarzyszenie będzie teraz pani aktywnością. W Gliwicach wciąż jest co ratować? 
Widzę nową jakość w działaniu urzędu nowej kadencji, nie wiem jednak na ile mogą być realizowane pomysły wobec zaszłości, jakie ten nowy urząd otrzymał w spadku. Bo pewne strategiczne decyzje już kiedyś podjęto: sprzedano wiele obiektów, terenów, a jeżeli miasto nie ma własnych, niewiele może robić w sferze kształtowania przestrzennego. Chciałabym też, żeby twórcy nowych dzielnic patrzyli jak pięknie rozplanowane są stare, jak chociażby te wokół placu Grunwaldzkiego. Urbanistyka jest w mieście najważniejsza. Sprawna komunikacja, tereny zieleni, parki, przestrzeń publiczna. Poszczególne domy można przebudować, zmodernizować, ale kiedy układ przestrzenny jest zły mieszkańcom żyje się fatalnie.

Aktywność społeczna jest bardzo niewdzięcznym obszarem.
Zgadzam się.

Co jest irytującego, blokującego, w byciu społeczniczką?
Na pewno pojawia się wypalenie, kiedy robisz to przez wiele, wiele lat. Spotyka się też różnych ludzi... mnie właśnie niedobre relacje międzyludzkie bardzo zniechęcają. Bardziej niż dyskusje z urzędnikami. Im więcej jest bohaterów, im więcej osób wchodzi w działalność, tym więcej jest różnych zdań, koncepcji, oporu, zadrażnień, które w pewnym momencie stają się męczące ... No, ale to już za mną. Nadszedł czas na realizację innych planów. Uciekam teraz do przodu.

Justyna Swoszowska 
– architektka, badaczka i historyczka architektury XX wieku, wykładowczyni akademicka. Prowadzi badania dotycząca architektury XX wieku i konserwacji zabytków. Współpracuje z Instytutem Dokumentacji Architektury, Zaangażowana w ochronę lokalnego dziedzictwa, współzałożycielka Stowarzyszenia Miasto Ogród Gliwice. Autorka artykułów do miesięcznika Architektura Murator Przez 20 lat pracuje społecznie na rzecz dzielnicy Wójtowa Wieś. Członkini Rady Dzielnicy w latach 2012 -2025. Przez dwie kadencje Przewodnicząca Rady Dzielnicy.
wstecz

Komentarze (0) Skomentuj