Z Anną Dudzińską, reporterką radiową, autorką książki „Dubaj. Miasto innych ludzi”, rozmawia Małgorzata Lichecka.
Emiraty. I moje pierwsze skojarzenie: bogactwo. Czy to stereotyp?
Panuje przekonanie, że ludzie tam przyjeżdżają po blichtr i dla blichtru.
Nie pojechałabym tam z tego powodu.
Ja też nie wyobrażałam sobie, że mogę do Dubaju pojechać na wakacje. Rozumiem wrażliwość ludzi, dla których to miejsce jest odrażające. Ale skoro już tam się znalazłam, na przekór postanowiłam spróbować odkryć, czy kryje się za tym coś więcej i czy faktycznie oślepia nas, mami, ten złota blask. Emiraty są modelem państwa, które odniosło spektakularny sukces, a nam Europejczykom, będzie trudno go w pełni zrozumieć. Bo tam w ciągu 50 lat na pustynnym piasku stworzono coś niebywałego na skalę światową. I to jest na swój sposób fascynujące.
Czy wyjeżdżając do Emiratów z rodziną zakładała pani, że będzie tam pracować jako dziennikarka?
Z początku nie, jednak zanim wyjechałam, to się zmieniło. Moje „dubajskie” miejsce pracy znajdowało się w moim mieszkaniu, w małym pomieszczeniu obok windy. Mieszkaliśmy na 43 piętrze, na wysokości, do której sięga Pałac Kultury. Kiedy winda wjeżdżała, hałasowała. Tak się na dłuższą metę nie dało pracować, więc poprosiłam żeby mi z Polski wysłano gąbkę wygłuszającą. I kiedy ją dostałam, urządziłam sobie taką radiową dziuplę. W czasie pobytu w Dubaju przygotowywałam programy dla Polskiego Radia Katowice i pracowałam jako korespondentka dla wszystkich anten Polskiego Radia w Warszawie. Nagrywałam też gości w studiu – miałam wspaniałego realizatora Rafała Drabka, który łączył się ze mną w tej mojej dziupli na 43. piętrze. Było idealnie, jakbym prowadziła rozmowę w studiu.
Byli państwo w Emiratach cztery lata.
To długo.
W takim czasie można się zadomowić?
Myśleliśmy, że to na chwilę, ale pewnie tak wydaje się wszystkim ludziom, którzy tam przyjeżdżają. Taka refleksja przyszła po napisaniu książki. Nie postrzegałam tego miejsca jako swojego domu. A czy było tam wspaniale i przyjemnie? Było. Czasami dobrze jest zrobić sobie wakacje od cieknącego kranu, od piwnicy, którą trzeba sprzątać, od miejsc, które nas zobowiązują. Zawsze jednak wiedziałam, że jesteśmy na jakiś czas i wrócimy.
Obawy na pewno były. Jakie i która była największa?
Jestem bardzo związana z rodzicami, mieszkamy bardzo blisko siebie – ja w Katowicach, na Koszutce , oni niecałe sześć kilometrów od naszego domu. Dlatego wyjazd był trudny i wiązał się z troską o nich. Moi rodzice byli u nas osiem razy, a moja mama dzięki temu oddaleniu poznała wiele różnych aplikacji komputerowych służących do rozmów Wydawało mi się także, że będzie mi brakowało znajomych, tyle, że przez te cztery lata w każdym miesiącu, jeżeli tylko temperatura na to pozwalała, miałam gości. A moje wakacje były wtedy w Polsce, na Śląsku.
Gdyby miała pani stworzyć listę rzeczy ważnych o Emiratach i ludziach tam spotkanych, o bohaterach i bohaterkach pani książki, co by się na niej znalazło?
Przyznam szczerze, że ani razu nie przyszło mi do głowy, że chciałabym porozmawiać z szejkami. Widziałam kilka wywiadów z szejkiem Dubaju, on nigdy niczego ponadto co zawsze mówił w wywiadach, nie powiedział. Takie przygotowane przez specjalistów od marketingu zdania, a to mnie w ogóle nie interesowało. Bogactwo, przedziwność tego świata sprawiła, że mogłam rozmawiać z pierwszym nauczycielem w historii tego kraju, z pierwszym emirackim malarzem, z ludźmi stawiającymi najwyższy budynek świata.
Co było w zasięgu wzroku, bo przecież na Śląsku widok z okna jest gęsty od wszystkiego: czasami od powietrza, od budynków, od ludzi, ostatnio też od zieleni.
Tam też był gęsty, szczególnie w nocy. Dubaj w ogóle jest ładniejszy w nocy, gdy wszystkie wieżowce są rozświetlone. Ale przenosiny nigdy nie są łatwe. Pamiętam takie zdarzenie: jadę ośmiopasmową autostradą i myślę sobie - znam numery wielu ludzi różnych profesji, a tutaj nikogo, muszę się rozejrzeć, zorganizować. Bałam się, ale z czasem wszystko się układa, widać co jest potrzebne bardziej, co mniej. Nie miałam, zawodowo, żadnego oparcia, pomocnych kontaktów, nie byłam też dziennikarką bywającą na oficjalnych konferencjach prasowych. Wielu rzeczy dowiadywałam się z lokalnej prasy, internetu i po prostu jechałam porozmawiać. Nie byłam też częścią wspólnoty dziennikarskiej. Dużo podróżowałam i to był mój sposób na pracę. Być realnie w danym miejscu. Moja koleżanka, Sudanka, rzeczniczka organizacji zajmującej się dziedzictwem kulturowym (turnieje wielbłądów w tym doroczny Camel Track, w którym udało mi się wziąć udział), była w pewnym sensie zaskoczona moją aktywnością, bo, jak mi wyznała, dziennikarze raczej czekają na presspacki niż sami gdzieś się ruszają. Dla niej byłam wręcz zjawiskiem, jakąś ciekawą wariatką z Polski, która chce zobaczyć i dotknąć. Ale czy nie jest wspaniale zobaczyć na własne oczy turniej sokołów?! Zatem mój emiracki kalendarz zawodowy ułożyłam sobie z konkretnych wydarzeń, próbowałam złapać Polaków, bo ciekawili mnie, próbowałam oczywiście starych tematów w stylu: jest upał, a w Dubaju są klimatyzowane przystanki.
Wróćmy do widoku z okna, z tego 43. piętra, ale nie tylko. Powiedziała pani, że jest równie gęsty, jak tu na Śląsku.
Pomyślałam, że skoro już wyrywam swoje śląskie korzenie i wyjeżdżam do Emiratów, popełnię jedno małe, acz znaczące, szaleństwo, czyli to 43. piętro. Kiedy tam wjechałam i spojrzałam przez okno poczułam się jak bohaterka filmu „Metropolis” Fritza Langa. Za dnia widać pustynię i taką mgiełkę z piasku, ale gdy wieczorem zaświeciły się światła … było nierealnie.
Pani książka „Dubaj. Miasto innych ludzi” ma pełnokrwistych bohaterów i bohaterki, widać, że na pewnym poziomie, pani zna tych ludzi i są to dobre relacje. Bo oni i one otwierają się, pokazują siebie, swoje wątpliwości, swoje radości, swoje życie tam.
Może powinno być: Miasto innych ludzi. Dubaj. Od początku miała to być książka właśnie o innych ludziach. Nie chciałam Emiratów opowiadać poprzez Emiratczyków. Ich językiem serca jest arabski, nie znam go, a angielski wcale tych emirackich serc nie otwierał. Więc nie ma ich tam za wielu, ale taki był mój plan.
Nie znam świata arabskiego, a pani książka ściągnęła moją uwagę. Po pierwsze, byłam ciekawa jak Ślązaczka, czyli też Inna, widzi innych innych i to tysiące kilometrów od swojego domu. Po drugie, wiedziałam, że nie będzie to opowieść o księżniczkach i książętach, a o ludziach, którzy tam ciężko pracują. Po trzecie, chciałam wiedzieć jak to jest zaprzedać duszę bogactwu, bo nie oszukujmy się – część bohaterów i bohaterek pojechała do Emiratów, bo tam widziała lepszy zarobek.
Skończyłam kulturoznawstwo i wiem, że nie można przykładać swoich miar do kultur, bo one są z natury inne. W praktyce oznacza to, że na przykład muszę zrozumieć mieszkańca Indii maszerującego przez pustynię w pobliżu Dubaju i wyrzucającego foliową torebkę, którą za chwilę może zjeść wielbłąd. U nas, Europejczyków, uruchamia się zaraz mechanizm ocenny i to na różnych poziomach. W Emiratach musimy go wyłączyć z powodu wielokulturowości, której w tym przypadku można i to dosłownie, dotknąć ręką.
Czy faktycznie są tam wysokie kary za brudne samochody?
Hmm.. może opowiem o tym pewną historię. Spotkałam się z bardzo prominentną Emiratką – córką ministra kultury w Abu Zabi. Zaproszono mnie na iftar, ramadanową kolację, na której na moment pojawiła się córka prezydenta. Nie ukrywam, miałam nieco zakurzone auto, i... poproszono mnie żebym je zaparkowała z tyłu domu.
Ta inność, bo w pani książce wybija ona w różnych planach i kontekstach, dotyczy natury, przyrody. Z jednej strony ubogiej, z drugiej wręcz przeciwnie, bo są miejsca wręcz wybujałe zielenią, którą utrzymuje się w stanie tej wybujałości za wszelką cenę.
Widziałam morze pelargonii - do ich codziennego podlewania zużywano, podobnie jak do wszystkich innych roślin, niewyobrażalne ilości wody, a bohater mojej książki, lekarz, mieszkający niedaleko Burdż Chalifa, dość blisko pałacu szejka, widział jak raz w tygodniu ludzie szejka sadzą nowe kwiaty. I powiem szczerze dziwiło mnie to, a nawet nieco drażniło, bo wolałabym żeby pustynia pozostała pustynią. Bo uwielbiałam być na pustyni i bywaliśmy tam bardzo często. Była kojąca i absolutnie niezwykła.
Ekspaci, imigranci, emigranci, obywatele i obywatelki Emiratów – taka wieża Babel. Czy to pomaga w codziennych kontaktach czy raczej te grupy się nie spotykają, albo inaczej – nie mają potrzeby żeby się spotkać?
Społeczeństwo Emiratów to prawdziwa etniczna układanka, dość powiedzieć, że na dziesięć osób przypada jeden Emiratyczyk. Najwięcej jest Hindusów, zaraz potem Pakistańczyków, teraz również bardzo dużo Rosjan, a jeszcze potem inne nacje.
I ci wszyscy ludzie przyjeżdżają …
Po pracę. Niektórzy po bezpieczeństwo.
I ta praca ich satysfakcjonuje?
To zależy od oczekiwań, które są bardzo, bardzo różne dla różnych grup. Inaczej będzie o tym mówił polski architekt, bohater mojej książki, dla którego wyjazd do Emiratów był nie tylko spełnieniem marzeń, ale też trampoliną do kariery. A inaczej Hindus czy Pakistańczyk z fabryki czy budowy, który jest tu tylko dla pieniędzy wysyłanych rodzinie. Mówi się o zjawisku współczesnego niewolnictwa ekonomicznego, ale ci ludzie nie są zmuszani żeby tam przyjeżdżać, robią to, bo absolutnie nie widzą innego wyjścia. Bo, jak mówi jeden z bohaterów mojej książki, i jest to zdanie, od którego pęka serce: ja już swoje życie straciłem, ale może moje dziecko będzie miało inny los. A kiedy ich zapytać jakie ma być to inne życie, często osoba, dla której Dubaj jest miejscem opresyjnym, albo przynajmniej miejscem, w którym cały czas tęskni się za domem, odpowiada, że wymarzona praca dla syna to w ...Dubaju. Już nie na budowie, tylko w marketingu. I jeszcze jedno: kiedy w końcu wracają do swoich mieścin czy wiosek po wielu latach ciężkiej pracy, zakładają sklepik i nazywają go „Dubaj”. Mimo że to miejsce okazało się miejscem odosobnienia, zesłania. Dlaczego więc Dubaj? Bo kojarzy się z bogactwem i pieniędzmi.
A czy te warstwy, czy ludzie z tych grup jakoś się spotykają?
Ale w jakim sensie?
No czy żyją ze sobą czy bardziej obok siebie.
Spotykają się, ale w większości nie dostrzegają siebie wzajemnie. Są bardzo wyraźne i nieprzekraczalne granice.
Której symbolem może być Ekspat.
Tam się tak po prostu mówi: ja jestem imigrantem a ty Ekspatem. Pierwszy dojeżdża metrem albo jest dowożony w miejsce pracy takim białym busikiem bez klimatyzacji, drugi ma kasę i dobry samochód. Do Dubaju pojechałam w 2015 roku i już po paru miesiącach życia w Zjednoczonych Emiratach Arabskich przyznałam się przed sobą, że jestem ekspatką. Nie znosiłam tego słowa, określającego osobę, która opuściła ojczyznę. W Dubaju jest ono w powszechnym użyciu. Określa się nim ludzi wykształconych, którzy jeżdżą za pracą po świecie. To grupa, która zasadniczo różni się od grupy migrantów zarobkowych, pracujących m.in. na budowach dubajskich wieżowców
Ale te grupy nie chcą się widzieć bo?
Różnie. Jedni się do tego absolutnie przyzwyczajają i urządzają w sytuacji tej wyższości perfekcyjnie. Są ze starej Europy albo Australii i świetnie się z tym czują chodząc na brunche i płacąc za nie, przeliczając na złotówki, dwa tysiące złotych. To tyle ile imigranci zarabiają przez miesiąc. Ale są i tacy jak Amerykanka z organizacji Dubai Mom Helping Hands, pomagająca imigrantom w bardzo różnych wymiarach.
Czy imigranci, ludzie z tzw. przedmieść, oczekują, że ktoś się nimi zainteresuje?
Raczej nie. Oni po prostu uważają, że takie jest ich życie. Mieszkają w labour camps, po cztery, pięć, sześć osób w jednym pokoju, śpią na materacach, przy których stoi jakaś szafka, wspólne są prysznice i kuchnia. Ale oni przyjechali z rzeczywistości, w której tego w ogóle nie było, a spali czasami po 12 osób w jednej izbie w swojej wiosce w Indiach albo w Afryce. Czy to oznacza, że dla nich w Emiratach jest lepiej? Czy powinno się tak o tym mówić? Nie wiem… z drugiej strony to „lepiej” objawiło się kiedy stojąc przy odprawie na lotnisku w Nepalu widziałam wyjeżdżających do Arabii Saudyjskiej, Kataru, Dubaju. Witały i żegnały ich całe rodziny w taki sposób, że można płakać nad losami tego świata, ale on taki po prostu jest. Niesprawiedliwy cholernie. I na swoim małym odcinku można pomagać. Tak jak kobiety z Dubai Mom Helping Hands.
- W żadnym miejscu na świecie nie mógłbym zrealizować swoich marzeń – mówi jeden z bohaterów pani reportażu – architekt Tomasz Wieczorek. Czy faktycznie Emiraty to miejsce gdzie wszyscy mogą wszystko?
Nie wiem, być może tak. Przygotowując książkę, prowadząc rozmowy z moimi bohaterami i bohaterkami chciałam pokazać Dubaj i Emiraty poprzez różne dziedziny. Kościół na przykład poprzez bohatera księdza, ale z życiorysem nadającym się na niezłą sensację. Pisałam o architekturze pokazując losy architekta, nota bene jednego z pierwszych Polaków, których tam poznałam. Ten mój bohater miał akurat poczucie, że Emiraty pomogły mu zrealizować marzenia.
Mnie najbardziej poruszyła historia Joanny od koni.
Joanna, z tego co wiem, już ze swojej pracy zrezygnowała. Ale ona tego nie zrobiła dlatego, że była kobietą i była źle traktowana. Ona to zrobiła dlatego, że męczono zwierzęta i nie potrafiła tego przeżyć. Na pewno są tacy przyjezdni, którzy w Emiratach robią zawrotną karierę, ale dla Joanny praca stała się koszmarem. Postanowiła z niej zrezygnować. Wielu ekspatów po jakimś czasie czuje, że musi z Dubaju wyjechać.


Komentarze (0) Skomentuj