Teraz skupiam się na swojej własnej muzyce, jako kompozytor i jako wykonawca.
Ewa Piasecka: Chciałam zacząć tę rozmowę od końca zeszłego roku, czyli wydania Twojej najnowszej płyty „Spero”. Skąd taki tytuł?
Krzysztof Kobyliński: Spero to nadzieja…
EP: Czyli „contra spem spero” (z łac.: „wbrew nadziei ufam” – przyp. red.)?
KK: Niekoniecznie dokładnie tak. Ale coś jest na rzeczy.
EP: Mnie nastrój „Spero” kojarzy się z wierszem „Podróż Trzech Króli” Eliota. Z takim stawianiem kroków, trochę po omacku, ale jednak ze świadomością celu. Po to, żeby znaleźć coś najważniejszego.
KK: (śmiech) To ci się fajnie kojarzy, bo myśmy bardzo długo nad tą płytą pracowali i na końcu okazała się zupełnie inna, niż miała być. I podoba mi się w niej, że stanowi taką „całostkę” kompozycyjną – wszystko wydaje się w niej przemyślane, poukładane.
EP: Słychać w niej pewien balans: dążenie do równowagi, ale bez łatwej emocjonalności.
KK: Tak, bo mieliśmy dużo materiału nagranego, ale szliśmy takim tropem, że im mniej – tym lepiej. A fortepian został nagrany absolutnie intuicyjnie. Kiedy decydowaliśmy się na odrzucenie pewnych fragmentów, chodziło nam o wykorzystanie przypadku przy utrzymaniu kierunku, jaki został przyjęty. Konsekwencja musi być zachowana, ale żeby stworzyć coś dobrego sama konsekwencja nie wystarczy.
EP: Bardzo ładnie wyszło to połączenie fortepianu z chórem. Duże wrażenie zrobiło, nie tylko na mnie.
KK: Ta płytka znalazła się w maju na pierwszym miejscu w ITunes Polska, w kategorii: muzyka klasyczna, co wydaje mi się znaczące.
EP: Również „Impression E Minor” na Spotify odnosi co jakiś czas kolejne sukcesy: to rekord trzech milionów odtworzeń, to znowu powrót na pierwsze miejsce listy Late Night Jazz…
KK: Dotychczasowe sukcesy stanowią dla mnie potwierdzenie, że przyjąłem właściwy kierunek. To znaczy: skupiam się na swojej własnej muzyce, jako kompozytor i jako wykonawca. Chcąc, nie chcąc, musiałem się znowu na scenie znaleźć i – mimo początkowych oporów – teraz to mi się nawet podoba… (śmiech)
EP: W zestawieniu z 2019 rokiem grałeś jednak o wiele mniej… Czy działalność muzyczna to w tej chwili przede wszystkim media elektroniczne?
KK: Ale też o nie zabiegałem o to granie. Przede wszystkim starałem się odnaleźć w nowej rzeczywistości. Ileś koncertów zostało odwołanych z uwagi na pandemię i trzeba się było do tego dostosować.
EP: Czym wobec tego zastępujesz aktywność koncertową?
KK: Pierwszy raz w życiu mam wreszcie okazję skupić się na muzyce…
EP: Samo komponowanie ci wystarcza?
KK: Korzystam z sytuacji, co nie znaczy, że nie mam żadnych planów – jeśli chodzi o nowe projekty, będą trzy. Jeden z Nilsem Peterem Molvaerem, prawdopodobnie w lutym przyszłego roku, chodzi o album. Drugi, w 2023 roku, to kolejna płyta z Erikiem Truffazem. A gdzieś po drodze płyta z Marią Taytakovą i Izą Effenberg. Nagram też pewnie kilka rzeczy solowych – albo na płycie z Molvaerem, albo samodzielnie – co traktuję jako przygotowanie do dużej formy, czyli opery (która chodzi za mną od pewnego czasu).
EP: A wracając do koncertów…
KK: …z najważniejszych wymienię: Francję z Erikiem (Truffazem – przyp. red.), trasę z Nilsem Peterem (Molvaerem – przyp. red.), którą będzie ustalał jego menedżer, i występ w 2023 roku z orkiestrą smyczkową w Mediolanie, na scenie pod patronatem La Scali. Poza tym szykuję się na Pragę oraz Wiedeń, zagram koncert solowy we Florencji i wybieram się do Kanady, ale pewnie dopiero w 2023 roku, nie wcześniej.
EP: Twoja działalność jest, na szczęście, na tyle wielotorowa, że kiedy okoliczności cię blokują, płynnie przenosisz akcent na inną sferę aktywności…
KK: Jednak będę kładł nacisk na solistykę fortepianową i wspomnianą dużą formę, do czego zachęcił mnie bardzo dobry odbiór koncertu w gliwickiej Arenie sprzed dwóch lat.
EP: Pozytywny ferment w środowisku jazzowym wywołała inicjatywa We Europe, która wyszła od ciebie. Wielki koncert online: 12 występów muzyków z ośmiu miast związanych z festiwalami jazzowymi – wszystkie dostępne na platformie WeEurope.art i na FB. Czy to twoja recepta na ograniczenia życia koncertowego spowodowane pandemią?
KK: We Europe było udaną próbą stworzenia międzynarodowego przedsięwzięcia muzycznego, całkowicie niezależnego – bez oparcia w jakichkolwiek grantach czy dotacjach. Stworzyliśmy całość, w której każdy odpowiadał za swoją część. Nie wykluczamy kolejnych wspólnych przedsięwzięć, bo od uczestników miałem deklaracje nieustającego entuzjazmu dla takich inicjatyw.
EP: We Europe najlepiej udowodniło wartość osobistych relacji nawiązywanych przez lata, miedzy innymi przy okazji PalmJazzu. W tym roku zdecydowałeś się na zmianę formuły festiwalu: występy zostały zblokowane w trzech zestawach obejmujących trzy kolejne weekendy, z dwoma koncertami dziennie.
KK: Jeśli będziemy robili PalmJazz w roku 2022, a przypuszczam, że tak, to chciałbym, żeby wyglądał podobnie. W podobnym terminie (koniec września – początek października) i z podobnym skomasowaniem koncertów. Trzeba się zmieścić w wąskim gardle między końcem wakacji a kolejną falą zachorowań…
EP: Udało się. Ludzie tłumnie przychodzili na koncerty festiwalowe…
KK: Tak, obłożenie widowni mieliśmy maksymalne w ramach dopuszczalnych norm. Ta formuła się sprawdziła, więc będziemy się jej trzymać.
EP: Czy szykujesz w tym roku coś oprócz PalmJazzu?
KK: Festiwal jazzu włoskiego, choć nie zdradzę jeszcze żadnych szczegółów.
EP: A czego życzysz na nadchodzący rok czytelnikom „Nowin”?
KK: Życzę wszystkim, żebyśmy się wreszcie zbudzili.


Komentarze (0) Skomentuj