Na szyldzie od zawsze widnieje „Karmel”, ale nikt tak nie mówi. W Gliwicach wszyscy od lat chodzą do „Karmelka”. Zdrobniała nazwa przylgnęła do miejsca jak zapach kawy do porcelanowych filiżanek. Kameralne okrągłe stoliki pamiętają miłosne wyznania wielu pokoleń. Utrwalone na papierowych serduszkach, przechowywanych w specjalnym albumie, są świadkami historii kilku dekad tego jakże kultowego miejsca.

Od kiedy pamięcią sięgnąć

– Nie wiem, od którego roku to miejsce istnieje. Kawiarnia była tu jeszcze za czasów Społem, bo przychodziła do mnie kiedyś klientka, która była tu kierowniczką w latach sześćdziesiątych – mówi Katarzyna Bałakier, właścicielka lokalu.

Karmelka przejęła po mamie, Danucie, która prowadziła to miejsce od końcówki lat 80. Wcześniej faktycznie zarządzał kawiarnią Społem, a przed nim, przy Zwycięstwa 41, prawdopodobnie także była kawiarnia. Na pewno jest tu tak długo, jak sięgnąć pamięcią. I można z dużą dozą prawdopodobieństwa założyć, że wśród dojrzałej części gliwickiego społeczeństwa nie ma osoby, która nie znałaby tego miejsca, nie kojarzyłaby sprzedawanych w nim kolorowych galaretek, a przede wszystkim windy, którą desery do dziś wjeżdżają na antresolę, mieszczącą się nad główną salą.

Dwa albumy pamięci

Siedzimy razem przy aromatycznej kawie, a Katarzyna Bałakier wertuje kolejne strony dwóch grubaśnych albumów, które wykonała jej mama, Danuta. Pierwszy nosi tytuł „Wspominkowy Karmel 1989–2009”. To coś w rodzaju kroniki – są tu zdjęcia sprzed remontu, wycinki prasowe, zdjęcia z pierwszych walentynek w mieście organizowanych właśnie w tej kawiarni, konkursów i jubileuszy. Drugi album to zbiór wszystkich serduszek i zapisków na kartkach papieru, jakie przez lata zostawiali zakochani. Trudno nie uśmiechnąć się z nostalgią, widząc te szczere, czasem zabawne czasem romantyczne wyznania. – Ostatnio przyszła do mnie klientka, która już dawno nie mieszka w Gliwicach. Przyszła przypadkiem i mówi: „Pani Kasiu, ja tu z mężem w dziewięćdziesiątym przypięłam serduszko”. Znalazłam je w albumie. I taka była radość, że aż płakała – raduje się właścicielka lokalu.

Pani Kasia mówi, że chciałaby kiedyś zaprosić dawnych bywalców, żeby przeglądali album, może odnaleźli siebie. – Przy kawałku pysznego ciasta, posiedzieliby i powspominali. A ja miałabym okazję, żeby im podziękować.

Tu czas się zatrzymał

Ostatni kapitalny remont kawiarnia przeszła w 1993 roku. Wtedy pojawiło się tu nowe wyposażenie, nowa lada i piętro z charakterystyczną windą wykonaną przez męża pani Danuty, Janusza. Na zewnątrz natomiast odsłonięte zostały dwa zabytkowe, żeliwne filary. W archiwach zachował się krótki tekst z „Nowin Gliwickich”, wklejony w kronice: „Po trzymiesięcznej przerwie spowodowanej remontem, Karmel wznawia działalność”. Dziś, ponad trzy dekady później, kawiarnia wygląda podobnie, jak wtedy. – Kiedyś zastanawiałam się nad nadaniem temu wnętrzu bardziej modnych, pastelowych kolorów i skandynawskiego minimalizmu. Cieszę się, że nie uległam pokusie – uśmiecha się właścicielka. - Niektórzy wchodzą i mówią: „Tu nic się nie zmieniło”. I chyba właśnie o to chodzi – dodaje.

Miasto cukierników

Gliwickie cukiernie mają swoje pokolenia wiernych klientów, ale też między sobą pewne przyjacielskie powiązania. Łodzianka, Śnieżka, Karmel a kiedyś także Wisienka – właściciele znają się od lat. Współpracują zamiast konkurować. – Jak mi zabraknie galaretki, to dzwonię do Kasi z Łodzianki. Jak jej coś potrzebne, to przychodzi do mnie. Nigdy nie było między nami rywalizacji. Oni byli lepsi w tortach, my w deserach. Każdy miał coś swojego – przyznaje Katarzyna Bałakier.

Wszystko, co podaje się w Karmelku, powstaje na miejscu. Tort orzechowy to przepis sprzed kilkudziesięciu lat, wciąż robiony według receptury pani Danuty. – Mama wymyślała desery, ja teraz staram się je robić po swojemu, trochę lżej, ale żeby smak został – opowiada nasza rozmówczyni.

Ci sami ludzie, te same stoliki

W Karmelku wciąż siedzą ci, którzy przychodzili tu przed laty. Mają swoje ulubione stoliki, czasem nawet karty stałego klienta. Spotykają się bez umawiania, z przyzwyczajenia. – Przychodzą od lat ci sami. Niektórzy z dziećmi, niektórzy z wnukami. I to jest najfajniejsze. Że to miejsce się nie zmienia, a ludzie wracają – mówi pani Kasia.

Marzy o tym, żeby pojawiało się też więcej młodych. Ale bez wielkich zmian, bez modnych akcentów i aranżacji. – Niech przyjdą i sami zobaczą, że tu się po prostu dobrze siedzi. Bo to jest zwykłe miejsce. Z historią, ale zwykłe.

 

Galeria

wstecz

Komentarze (0) Skomentuj