Do mediów społecznościowych trzeba mieć talent. Nigeryjczyk Kris, właściciel Orange Pot, lokalu z autorskim pomysłem na kebab, bez wątpienia taki ma. Jego rolki, na których zachwala swoje potrawy, oglądają tysiące fanów. Uśmiechnięty, naturalny i przekonujący, ściąga do Gliwic smakoszy i blogerów kulinarnych, którzy chcą spróbować streetfoodowego połączenia kuchni tureckiej i afrykańskiej. Wielu z nich przyciąga postać samego właściciela – magistra gliwickiej Politechniki, fana Lewandowskiego, obcokrajowca mówiącego nie tylko po polsku, ale także po… śląsku.
Z ziemi nigeryjskiej do Polski
Kris pochodzi z Nigerii, gdzie ukończył studia inżynierskie. Po dyplomie szukał miejsca, w którym mógłby kontynuować naukę. – Marzyłem o studiach magisterskich za granicą – wspomina. – Polska pojawiła się trochę niespodziewanie, ale miałem już wtedy swoje skojarzenia: papież Jan Paweł II, Robert Lewandowski… Sport mnie przyciągał. Chciałem zobaczyć piłkę na europejskim poziomie, poczuć jej emocje na własnej skórze.
Najpierw trafił do Wrocławia, gdzie rozpoczął studia i intensywną naukę języka polskiego. – Uczyłem się po osiem godzin dziennie, żeby dogonić innych. Polski nie jest łatwy, ale wiedziałem, że bez języka się nie uda – mówi. Potem przeniósł się na Politechnikę Śląską, gdzie ukończył zarządzanie i inżynierię produkcji.
– Polska szybko stała się dla mnie czymś więcej niż tylko miejscem studiów. Interesowała mnie historia, kultura, tradycja. Nawet hymn, który śpiewam z dumą – „Jeszcze Polska nie zginęła” – to dla mnie coś bardzo mocnego – podkreśla.
Rasizm? To raczej wyjątki
To właśnie w Gliwicach Kris poznał swoją przyszłą żonę, Anetę. – Spotkaliśmy się w czasie studiów. Pamiętam, że jedna z moich nauczycielek żartowała: „Kris, jeśli chcesz dobrze mówić po polsku, znajdź sobie polską dziewczynę”. I tak się stało – śmieje się.
Dziś są małżeństwem i wspólnie wychowują dzieci. – W domu mówimy różnymi językami: po polsku, angielsku, czasem po śląsku, bo Kris nauczył się także tego języka – opowiada Aneta. – Dzieci dorastają w dwóch kulturach i to jest wielka wartość.
Mieszane małżeństwo to nie zawsze prosta sprawa w kraju tak konserwatywnym jak Polska. – Zdarzały się sytuacje, że ktoś patrzył krzywo albo mówił coś niemiłego. Ale to raczej wyjątki – zaznacza Kris. – Większość ludzi jest ciekawa, a nie wroga. To daje siłę.
Kebab z ryżem
Po studiach Kris zdecydował się zostać w Polsce. Marzył o własnym biznesie – to było zawsze gdzieś z tyłu głowy, że chce robić coś swojego, związanego z jedzeniem – mówi.
W Warszawie przez rok praktykował w gastronomii, poznając tę branżę od podstaw po pełną obsługę. Gdy zebrał doświadczenie, otworzył w Gliwicach Orange Pot.
Lokal istnieje od dwóch lat. Choć z zewnątrz wygląda niepozornie, szybko zdobył wiernych klientów. – Stawiamy na jakość. Mięso, które podajemy, jest z najwyższej półki. To się wiąże z kosztami, ale dla mnie to podstawa. Jeśli coś ma bronić marki, to smak i uczciwość wobec klienta – mówi Kris.
W menu znajdziemy klasyki kuchni streetfoodowej, ale także autorskie pomysły, jak jollof kebab – inspirowany Afryką, a jednocześnie dopasowany do gustów Ślązaków. – Niektórzy klienci podchodzą do tej propozycji nieufnie. Kebab z ryżem? Proszę ich wtedy – spróbujcie. Jeśli ich namówię, wracają. Potem dziękują: „Kris, to było najlepsze mięso, jakie jadłem”. Takie słowa to dla mnie największa nagroda – dodaje.
Prowadzenie lokalu gastronomicznego w centrum Gliwic nie jest łatwe. – Konkurencja jest ogromna, a wymagania klientów wysokie. Trzeba codziennie dbać o jakość, świeżość, obsługę. Nie ma drogi na skróty – tłumaczy Aneta.
– To biznes, który wymaga mnóstwo energii – potwierdza Kris. – Ale kiedy widzę, że ktoś przyjechał specjalnie z innego miasta, żeby spróbować mojego kebaba, to wiem, że było warto.
Złamane serce i odzew klientów
Niedawno Kris padł ofiarą oszusta, który złożył zamówienie o wartości 500 zł, po które klient miał się zgłosić za 20 minut, a potem przestał odbierać telefon.
Minęła godzina. Kris dzwonił ponownie – brak odpowiedzi. Po półtorej godziny klient odebrał telefon i powiedział, że mieszka we Wrocławiu i… nie pamięta, by cokolwiek zamawiał.
Zaskoczenie i rozgoryczenie. Zespół już włożył ogrom pracy, zużył produkty, poświęcił czas – i wszystko to miało pójść na próżno. Dla Krisa to było dużo więcej niż strata pieniędzy – utrata zaufania. W mediach społecznościowych przyznał, że to „złamało mu serce”.
Lokalna społeczność zareagowała błyskawicznie. W komentarzach pod postem na TikToku i Facebooku pojawiły się setki wpisów: wsparcie, słowa otuchy, rady, by Kris rejestrował rozmowy, żądał zaliczek przy dużych zamówieniach czy zgłaszał takie sytuacje na policję. Wielu zaczęło organizować zbiórkę, by pomóc mu odrobić straty.
W odpowiedzi Kris w krótkim nagraniu podziękował za wsparcie – „energia, którą od Was dostałem, była ogromna”. Zdecydował, że część jedzenia przekaże dzieciom, a resztę podzieli z zespołem, by wspólnie przetrwać ten impas.
To doświadczenie okazało się bolesne, ale też pokazało mu, że wokół są ludzie gotowi pomóc i stanąć po jego stronie. Dzięki temu łatwiej było zamknąć tamten dzień i wrócić do tego, co dla niego najważniejsze – codziennej pracy i kontaktu z klientami, którzy naprawdę doceniają jego wysiłek.
Adriana Urgacz-Kuźniak
Fot. Michał Buksa


Komentarze (0) Skomentuj