Coraz częściej za kierownicą autobusów gliwickiego PKM zasiadają obcokrajowcy. Obecnie są to obywatele Ukrainy, Gruzji, Filipin i Indii. Zatrudniani są przez firmę zewnętrzną, świadczącą usługi na rzecz gliwickiego przedsiębiorstwa. Zaciekawiło mnie, jak odnajdują się w tej roli i jak czują się w naszym mieście. Moją uwagę zwrócił zwłaszcza Abhishek Abhi, który przyjechał do nas z Indii. Na swoim facebookowym profilu publikuje filmy pokazujące wykonywaną przez siebie pracę. Czy jest tu szczęśliwy?
Nazywają go Abhi
Trudno go nie zauważyć. Smagła cera, ciemne oczy, ciepły uśmiech Abhishek, znany jako Abhi, wyróżnia się nie tylko wyglądem. Ma w sobie pewną łagodność i spokój, właściwe dla religii i kultury jego kraju.
Pochodzi z Kerali – południowego stanu Indii, zwanego „krajem Boga”. – To bardzo piękne miejsce, pełne gór, jezior i zieleni – opowiada z dumą. – Ale i tutaj, w Gliwicach, czuję się dobrze. To spokojne miasto, dobre do życia.
Do Polski przyjechał kilka lat temu. Zanim usiadł za kierownicą autobusu, pracował za zachodnią granicą jako inżynier oprogramowania. Teraz prowadzi pojazdy należące do gliwickiego PKM. – W Niemczech zarabiałem więcej, ale nie byłem szczęśliwy. Tutaj praca daje mi spokój. Nie czuję presji, mogę po prostu robić to, co lubię – mówi.
Praca w oku kamery
Abhi nie jest anonimowy. W internecie obserwuje go wiele osób – jego filmiki, w których pokazuje Gliwice widziane z kabiny kierowcy, mają tysiące odsłon. Nagrywa codzienność – słoneczne poranki, przystanki, śląskie ulice i… swój uśmiech. – Nie robię tego dla popularności. To moja radość. Chcę, żeby rodzina w Indiach widziała, że jestem szczęśliwy. I żeby ludzie zobaczyli, że ta praca może być piękna – tłumaczy.
Między Gliwicami a Keralą
Choć z uśmiechem pozdrawia pasażerów, wciąż bywa zaskakiwany reakcjami ludzi. – Większość jest bardzo dobra, ale czasem ktoś patrzy na mnie z niechęcią. Może dlatego, że jestem z innego kraju. Staram się wtedy po prostu być uprzejmy i robić swoje – przyznaje.
Wielu jednak okazuje mu życzliwość. Ma polskich przyjaciół, w tym Grzegorza, który zaprasza go do domu, częstuje zupą i z którym dużo rozmawia o Indiach. – W Indiach każdy region ma inną kuchnię, inny język. Mamy mnóstwo smaków, kolorów i zapachów. To bardzo różnorodny kraj – opowiada.
Indie, które już znamy
Kiedy słucham Abhiego, myślę o tym, że Indie nie są wcale tak odległe, jak mogłoby się wydawać. Ich kultura od dawna obecna jest w polskiej codzienności – w kuchni, gdzie chętnie sięgamy po curry, garam masalę czy ciecierzycę; w ruchu slow life, inspirowanym filozofią równowagi; w jodze i medytacji, które wrosły w naszą kulturę tak mocno, że często zapominamy, skąd pochodzą.
Potwierdza się to, gdy Abhi spoglądając na mój telefon leżący na stole, uśmiecha się porozumiewawczo.
- To Budda? – mówi, wskazując na zdjęcie na ekranie.
- Tak, posążek w moim ogrodzie – odwzajemniam uśmiech.
- Medytujesz? Uprawiasz jogę? – domyśla się. – To część naszej kultury, która jest bardzo popularna w Europie.
Gdy Abhi mówi o Indiach, ma w oczach to samo ciepło, które widzę na filmach, pokazujących pracę kierowcy autobusu.
Z dala od bliskich
Najbardziej tęskni za mamą. – Rodzina jest najważniejsza. Wszystko, co robię, robię dla nich – mówi cicho. Zarabia m.in. na studia dla siostry. Na razie nie może pojechać do domu – czeka na zakończenie formalności związanych z kartą pobytu.
Ale Gliwice stały się jego drugim domem. – To dobre miejsce. Ludzie tu potrafią się cieszyć życiem. Pracują od poniedziałku do piątku, ale w weekend bawią się, spotykają z przyjaciółmi. W Indiach wszyscy myślą o przyszłości, o rodzinie, o pieniądzach. A tutaj ludzie potrafią po prostu być szczęśliwi. To bardzo ważne – dodaje.
Patrzę na tego dwudziestolatka, tak otwartego na to, co przyniesie przyszłość.
- O czym marzysz, Abhi – pytam.
- Chciałbym kiedyś otworzyć w Polsce niewielką restaurację z kuchnią indyjską – delikatniejszą, dostosowaną do waszych gustów. Nie za ostrą. Ale z sercem. Taką, jaką znam z domu – mówi – a jakże - z uśmiechem.
Adriana Urgacz-Kuźniak


Komentarze (0) Skomentuj