Witold Nowak buduje repliki szybowców sprzed 100 lat, które naprawdę mają latać. Nie powstają po to, by je oglądać przez szybę, nie są też jedynie modelami dla kolekcjonerów. To pełnowymiarowe konstrukcje, które mają uzyskać dopuszczenie do lotów i wrócić w powietrze.
W hangarze Aeroklubu Gliwickiego pracuje właśnie nad repliką Mewy – szybowca zaprojektowanego w 1936 roku przez Antoniego Kocjana. To projekt wymagający. Mewa ma konstrukcję dwumiejscową, jest większa od Salamandry, a dokumentacja nie zachowała się w pełni. Każdy etap to osobne zadanie: od przerysowania planów po ręczne wykonanie szablonów.
Dla pana Witolda to już trzecia tego typu konstrukcja. Poprzednia – wspomniana już Salamandra – powstawała przez ponad dziesięć lat. Projekt ABC nadal czeka na dokończenie.
– Z Salamandrą zeszło mi ponad dziesięć lat. Ale jak się w końcu oderwała, to była satysfakcja. Nie tylko dla mnie – dla wszystkich, którzy włożyli pracę i serce w ten projekt – mówi. Jak dodaje, ABC jest już gotowe w 90%. – Planuję zimą poskładać go w całość – deklaruje.
Problemy z dokumentacją
Mewa, nad którą pracuje od jesieni 2023 roku, nie ma pełnej dokumentacji. Część planów przetrwała w Jugosławii, część została odzyskana w Polsce. Ale wielu detali brakuje. Nie wiadomo dokładnie, jak wyglądały niektóre mocowania, przekroje, drobne wzmocnienia. W takich sytuacjach pan Witold porównuje dokumenty z podobnymi konstrukcjami Kocjana i uzupełnia je samodzielnie.
Taki proces trwa. Nie da się niczego przyspieszyć. Najpierw trzeba odtworzyć element na papierze. Potem wyciąć wzór, dopasować go w rzeczywistej skali, skleić próbny fragment, sprawdzić, czy nie występują naprężenia. Jeśli tak – poprawić. Tak wygląda każdy kolejny krok. I tak – od żeberka do żeberka – powstaje skrzydło.
– Czasem coś nie pasuje, trzeba to narysować od nowa, dorobić szablon. Wszystko powstaje od zera – opowiada konstruktor.
Materiały to drewno brzozowe i sosnowe, tak jak w oryginale. Sosna – tylko z białej części, dobrze sezonowana, bez sęków. Listewki schną na wolnym powietrzu, pod dachem, czasem przez kilka lat. Z nich powstają elementy, które będą przenosić obciążenia w czasie lotu. Tu nie ma miejsca na niedokładność.
Mewa – rzadki model z lat 30.
Mewa to szybowiec, o którym słyszeli głównie pasjonaci. Został zaprojektowany w 1936 roku przez Antoniego Kocjana i Szczepana Grzeszczyka. Miał służyć do szkolenia, ale był też przystosowany do lotów akrobacyjnych. Miał układ skrzydeł typu „gull wing” i charakterystyczną przeszkloną kabinę.
Nie powstało wiele egzemplarzy. W odróżnieniu od Komara, Sroki czy Orlika – które produkowano w setkach sztuk – Mewa była konstrukcją bardziej złożoną, droższą, wymagającą większego doświadczenia pilota. W Polsce używano jej głównie w ośrodkach szkoleniowych, a później także w Jugosławii i Estonii. Do dziś nie przetrwał ani jeden egzemplarz.
Dla pana Witolda ta konstrukcja ma znaczenie nie tylko techniczne. To dowód na to, że polska myśl lotnicza przed wojną stała na bardzo wysokim poziomie. Kocjan projektował szybowce, które pod względem aerodynamiki i osiągów wyprzedzały konkurencję. Niestety, 13 sierpnia 1944 został rozstrzelany, jako jeden z ostatnich więźniów Pawiaka.
Szybowiec ma latać
To nie są szybowce do oglądania na wystawie. Każdy z nich musi przejść procedury dopuszczenia do lotu. Oceniają je specjaliści, trzeba przejść przeglądy techniczne, uzyskać certyfikat. To nie jest łatwe, zwłaszcza w przypadku maszyn wykonanych ręcznie.
Salamandra przeszła ten proces i nadal lata. Niedawno przeszła kolejny przegląd – to pozwala jej wykonywać loty szkoleniowe i pokazowe przez następny rok. Taka sama przyszłość ma spotkać Mewę.
Przychodzą z pomocą
Pracę Witolda Nowaka wspomagają m.in. członkowie Klubu Zabytkowych Szybowców, którego jest skarbnikiem. Jedni inwestują pracę własnych rąk, inni pomagają w zdobyciu środków na materiały. Drobne prace wykonują także uczniowie klasy o profilu lotniczym wchodzącej w skład Zespołu Szkół Samochodowych im. Stefana Roweckiego „Grota”.
Pan Witold zna cały plan konstrukcyjny. Wie, co musi być zrobione w jakiej kolejności. Nie potrzebuje nadzoru, nie pracuje w zespole projektowym. To rzemieślnicza robota – i wymaga osoby, która zna każdy element od wewnątrz.
Szybowce można podziwiać z bliska
W każdą trzecią sobotę miesiąca hangar Aeroklubu otwiera się dla odwiedzających. To nie jest muzeum – można wejść, zobaczyć konstrukcje w różnych etapach budowy, porozmawiać z osobami, które je tworzyły. Są też symulatory – dla tych, którzy chcą spróbować swoich sił bez odrywania się od ziemi.
To dobra okazja, żeby zobaczyć, jak naprawdę wygląda praca nad repliką szybowca. Dla wielu odwiedzających to zaskoczenie: że ktoś dziś jeszcze robi coś takiego ręcznie, z drewna, według dawnych planów.
– Ludzie czasem pytają, czy to naprawdę robione ręcznie. A ja mówię: tak, naprawdę – śmieje się pan Witold.
Nie podaje terminu zakończenia swojej pracy. Jak szybowce będą gotowe – polecą.
A my polecamy wizytę w Gliwickim Centrum Edukacji Lotniczej. Można tam naprawdę… dostać skrzydeł.
Adriana Urgacz-Kuźniak


Komentarze (0) Skomentuj