Można płakać, płakać, albo po prostu zacząć działać.
Z Justyną Dec, założycielką i prezeską Fundacji Oko w Oko z Rakiem, Gliwicjuszką 2024 w kategorii biznes/stowarzyszenia, rozmawia Małgorzata Lichecka.
Fundacja zaczęła się od...
Od mojej choroby. Nie wiedziałam, jak się pozbieram. W Narodowym Instytucie Onkologii w Gliwicach, gdzie się leczyłam i dokąd stale jeżdżę na kontrolę, czułam się bardzo samotna. To dojmujące uczucie sprawiło, że po którymś cyklu chemii zdecydowałam: zrobię coś, by pokazać, że pomimo choroby można działać. Dałam sobie czas na przepłakanie, ale jestem zadaniowcem, więc wyznaczyłam sobie cel, zadanie: organizacja biegu. Pierwszy zrobiliśmy 22 kwietnia 2018 roku w skansenie chorzowskim. Przyszło ponad 400 osób, więc to naprawdę był wielki sukces, a ja poczułam, że to jest to. Jeszcze wtedy nie myślałam o fundacji, ale coraz bardziej do tej myśli dojrzewałam, aż wreszcie zdecydowaliśmy, zdecydowałam, że trzeba stanąć oko w oko z rakiem. I taką nazwę ma fundacja, która oficjalnie zaistniała wpisem do KRS 8 października 2018 roku.
W misji fundacji najbardziej liczy się...
Pozytywne nastawienie i uśmiech. Działamy w trzech obszarach: wsparcia pacjenta onkologicznego, edukacji oraz promowania profilaktyki i zdrowego stylu życia, czyli aktywności fizycznej i zdrowego odżywiania. Skończyłam drugi kierunek studiów - psychodietetykę, więc dla mnie to bardzo ważne. Zawsze zależało mi żeby zdrowo się odżywiać, do tego zachęcam pacjentów i pacjentki onkologiczne, także po zakończeniu leczenia, kiedy często wracają do starych nawyków.
Pacjenci i pacjentki onkologiczne najczęściej pytają Was o...
„Dlaczego mnie to spotkało”. To jest najczęstsze pytanie, które i ja sobie zadawałam. Był we mnie żal, duży żal, brak poczucia zaopiekowania. Mimo że standardy leczenia są lepsze, wiele kobiet mówi o samotności i bezradności. Dlatego w fundacji prowadzimy rozmowy wspierające z psychologiem, dietetykiem. Chorzy pytają, jacy lekarze są właściwi, gdzie się leczyć. W swoim życiu staram się przerabiać wszystko na pozytywne rzeczy i w taki sposób rozmawiam z osobami chorymi. Można siedzieć i płakać, można się dołować, a można po prostu zacząć działać. Dla mnie pomaganie, fundacja, są lekarstwem. No i uśmiech, z którym wielu nas kojarzy...Mam ciarki jak o tym mówię. Uśmiechy? Po prostu je widać i dzięki nim czuć naszą pozytywną energię... Tego się nie da opisać. Kto jest na biegu raz, przychodzi na kolejne. W tym roku zapisało się już 1500 osób.
Kiedy organizowaliście pierwszy bieg, wiedzieliście, że...
Powinien nieść radość i zadowolić wszystkich. Bo nie tylko biegi były ważne, ale to, co działało się przy okazji: koncerty, kiermasze, spotkania, zdrowe jedzenie. Są również ambasadorowie i ambasadorki biegu, lekarze, którzy mnie leczyli. Profesor Łukasz Krakowczyk, najbardziej przypisany fundacji, zawsze nas wspiera, nigdy nie usłyszałam od nie słowa „nie”. Karolina Donocik, która jest członkinią fundacji, Justyna Rembak-Szymkiewicz. Na nich zawsze mogę liczyć.
Róż oznacza dla nas...
Bardziej fuksja. Byłam Justyną Dec chorą na raka piersi. Takich jak ja są miliony. Wszyscy wiemy, że róż kojarzy się właśnie z rakiem piersi, ale ja chciałam się jakoś bardziej wyróżnić, jakoś ten róż bardziej uwidocznić, bo to kolor energetyczny, więc fundacja postawiła na intensywną fuksję: mamy garnitury w tym kolorze, koszulki, gadżety, bo wolontariusze muszą być widoczni nawet z kosmosu. Wielu z nas oddało fundacji serce, każdą wolną chwilę, wolontariusze pomagają przy biegach, rozmawiają z chorymi, wspierają. Dla mnie to misja, a dzięki fundacji po prostu lepiej oddycham, a ta praca dodaje mi bardzo dużo energii.
W działaniu fundacji marzy nam się...
Żeby było więcej świadomych kobiet i mężczyzn, bo wciąż wiedza jest na drugim planie, a profilaktyka jest naprawdę bardzo ważna i badania mogą nam uratować życie. Jeżeli chodzi o wsparcie pacjenta onkologicznego, zależałoby mi żeby byli bardziej zaopiekowani ze strony organizacji pozarządowych. W NIO przygotowaliśmy strefę wytchnienia, ale jesteśmy tylko raz w tygodniu, a widać, że nasze zajęcia dają pacjentom możliwość choć chwilowego oderwania się od choroby. Kiedy widzę jak się uśmiechają, dostaję skrzydeł, bo wiem jak trudno choć na dwie godziny zapomnieć, że jest się chorym. Oczywiście nie każdy ma ochotę. Często przechodząc między pokojami słyszę: ale jak na onkologii Pani chce coś zrobić? Jak my się tu mamy uśmiechać? Ludzie z Fundacji nie są nachalni, my tylko zapraszamy. Więc uśmiech i dobre słowa. Mnie tyle wystarczy.



Komentarze (0) Skomentuj