KRYMINALNE ARCHIWUM NOWIN GLIWICKICH.

2 września 1991 roku do re­dakcji „Nowin Gliwickich” zgłosiła się pani Regina Sala. Zrozpaczona pragnęła na­głośnić zaginięcie swoich dwóch córek, bliźniaczek - Roksany i Sylwii. Dziewczynki wyszły 31 sierpnia 1991 roku z domu i od tamtej pory nie dały znaku ży­cia. Rodzina bliźniaczek od razu rozpoczęła poszukiwania, które już kilka dni później miały swój tragiczny finał.

Tylko jedna z trzech

Roksana i Sylwia były 10-lat­kami mieszkającymi wraz ze swoimi rodzicami, starszą siostrą i bratem na jednym z gliwickich osiedli mieszkalnych. W dniu zaginięcia Roksana odwiedziła swoją mamę w pobliskim skle­pie monopolowym, w którym kobieta pracowała. Ze względu na duży ruch dziewczynka nie przebywała tam długo. W drodze do domu spotkała swoją siostrę, Sylwię, która spacerowała z psem. Dziewczynki, po odstawieniu pupila do domu, udały się razem w nieznanym kierunku. Około godz. 19 pani Regina wróciwszy do domu spostrzegła, że w miesz­kaniu czeka na nią tylko najstar­sza z córek. Roksany i Sylwii nie było, nie wróciły ze wspólnego spaceru. Zaniepokojeni rodzice, wraz z pomocą sąsiadów, natych­miast rozpoczęli akcję poszuki­wawczą.

Zaprzepaszczone kluczowe godziny

Bliscy dziewczynek prze­szukiwali działki, podwór­ka, piwnice, a nawet dachy i śmietniki. Pytano napotkane dzieci i przechodniów, czy nie widziały bliźniaczek w pobli­żu. Poszukiwania nie przy­niosły jednak zamierzonych rezultatów. W związku z tym po godz. 22 poinformowano o całym zdarzeniu policję. Ta jednak podjęła działania do­piero następnego dnia, po po­rannej interwencji pani Reginy. Ekipa poszukiwawcza została wysłana na osiedle dopiero w południe, dzień po zaginię­ciu Roksany i Sylwii. Tę zwłokę tłumaczono później brakiem benzyny i odpowiednio prze­szkolonej grupy. To znacznie opóźniło kluczowy czas, w któ­rym liczyło się zdrowie i życie dziewczynek. Półtoragodzinne poszukiwania nie przyniosły odpowiedzi na to, co stało się z bliźniaczkami. Brano pod uwagę sygnały od mieszkań­ców, a było ich dość sporo. Z relacji pewnej kobiety wy­nikało, że dziewczynki około godziny 18, w dniu zaginięcia widziane były w osiedlowym sklepie, gdzie kupowały lody. Jeszcze inna relacja dotyczyła oko­lic Kąpieliska Leśnego, w pobliżu którego zaginione miały zbierać jeżyny. Na tym jednak wszelki trop się urywał.

W poszukiwaniu motywu

Rodzina odchodziła od zmysłów, gdy akcja poszukiwawcza zakończy­ła się niepowodzeniem. Policja po­dejrzewała, że dziewczynki mogły chcieć uciec z domu, ze względu na rozpoczynający się nowy rok szkolny, rodzina jednak całkowi­cie zaprzeczyła tym podejrzeniom. Państwo Salowie podejrzewali, że ich córki uprowadzono, tym bardziej, że w połowie sierpnia ich ojciec zo­stał zaatakowany przez 2 mężczyzn. Matka dziewczynek obawiała się, że jej córki mogły paść ofiarą osoby o skłonnościach pedofilskich, tym bardziej, że na osiedlu, na którym mieszkali na co dzień, dochodziło już wcześniej do prób gwałtu na oso­bach nieletnich. Do rodziny zgłosili się dwaj mężczyźni podający się za prywatnych detektywów, żądali kwoty 600 tysięcy „starych” złotych, za pomoc w ustaleniu miejsca poby­tu dzieci. Rodzina zapewniała, że go­towa była zapłacić każde pieniądze, aby dziewczynki bezpiecznie wróciły do domu, jeżeli tylko będą mieć do czynienia z uczciwymi ludźmi.

Pogrzebane nadzieje

Poszukiwania wciąż trwały. Prze­prowadzone wywiady środowisko­we w szkole, do której uczęszczały dziewczynki ujawniły, że miały one opinie rezolutnych i śmiałych w kontaktach z obcymi. Rodzina jednak całkowicie zaprzeczyła tym doniesieniom. Roksana i Sylwia, w ich opinii, stroniły od nieznajo­mych i nie dałyby zwabić się nikomu obcemu. Po trzech dniach poszuki­wań rodzina nie miała już nadziei na szczęśliwy finał. Tragiczne przy­puszczenia miały okazać się praw­dą już następnego dnia. 4 września, o godzinie 16.00, w Lesie Łabędz­kim grzybiarz natknął się na zwłoki dwóch dziewczynek. O godz. 17.00 na miejscu zjawiła się policja. Dwie godziny po odnalezieniu zwłok na miejscu byli już obecni prokurator i lekarz medycyny sądowej. Państwo Salowie o tragicznym zdarzeniu do­wiedzieli się z radia. Nie chcieli wie­rzyć tym doniesieniom, ponieważ policja o niczym ich nie poinformo­wała, tłumacząc się później brakiem nakazu od prokuratora, jednak taki nakaz wcale nie był wymagany.

Życie za kolczyki?

Ze wstępnych oględzin zwłok ustalono, że dziewczynki zginęły poprzez uduszenie sznurkiem, który zadzierzgnięto patykiem. Na ich ciałach nie wykryto śladów walki, stąd śledczym nasuwało się przypuszczenie, że sprawcą mógł być ktoś znajomy. Późniejsze ba­dania ujawniły, że brak obrony spowodowany był przymuso­wym upojeniem alkoholowym bliźniaczek. Podejrzewano także, że zbrodnia mogła zostać doko­nana na tle seksualnym, jednak sekcja zwłok nie wykazała żad­nych naruszeń w okolicach na­rządów rodnych dziewczynek. Nie wykluczano również możliwego otrucia bliźniaczek toksycznymi substancjami. Śledczym nasuwał się także motyw rabunkowy, gdyż z uszu jednej z ofiar zerwano złote kolczyki, odrywając przy tym ka­wałek małżowiny usznej. Kwestią sporną pozostawał także fakt, czy bliźniaczki zginęły w miejscu od­nalezienia ciał, gdyż znajdowały się one w odległości 6 km w linii prostej od domu.

Fałszywy trop

W odległości ok. 200 metrów od miejsca znalezienia zwłok dziewczy­nek, policja natrafiła na szałas, a w nim ślady, które wskazywały na to, iż od dłuższego czasu był on przez kogoś zamieszkiwany. W środku odnaleziono maszynkę do golenia i bieżącą prasę. Udało się ustalić, że miejsce to zamieszkiwały od maja, co najmniej dwie osoby. Jednak trop ten nie okazał się przydatny, gdyż nie udało się zdjąć odcisków palców ze znalezionych przedmiotów, tym samym tożsamość potencjalnych osób mogących posiadać wiedzę na temat zabójstwa bliźniaczek pozo­stała nieznana. Mieszkańcy zgłaszali się z informacjami, że tymi osobami mogli być dwaj mężczyźni - węglarze i jedna kobieta. Ich portrety pamię­ciowe zamieszczono w prasie, nikt jednak nie rozpoznał ich wizerun­ku. W toku śledztwa zatrzymano również 30-letniego gliwiczanina - Jana G., który od jakiegoś czasu poszukiwany był listem gończym, jednak z braku dowodów na jego udział w sprawie mężczyzna został zwolniony. Wciąż oczekiwano na szczegółowe wyniki sekcji zwłok z Zakładu Medycyny Sądowej, śledczy liczyli również, że pewnych odpowiedzi dostarczą wyniki badań Centralnego Laboratorium Włó­kiennictwa w Łodzi, gdzie badany był sznur, który posłużył jako narzę­dzie zbrodni. Jednocześnie toczyło się postępowanie dyscyplinarne wo­bec trzech gliwickich funkcjonariu­szy, którym zarzucano nieodpowied­nie wykorzystanie maksymalnych sił policyjnych, złe ukierunkowanie poszukiwań w pierwszej fazie oraz zlekceważenie matki dziewczynek.

Ofiar mogło być więcej…

Sprawca tymczasem wciąż po­zostawał nieuchwytny, jednak to miało się zmienić już wkrótce. Ów­czesny prokurator rejonowy z Gliwic - Andrzej Olko wyrażał w tamtym momencie sugestię, że sprawca zostanie ujęty, gdy ponownie za­atakuje. To przypuszczenie miało okazać się prawdziwe. 17 stycznia 1992 roku, po południu, na tere­nie Żor został zatrzymany 17-letni Andrzej M., pod zarzutem próby gwałtu na 11-letniej dziewczynce. Mężczyzna został przewieziony do Komendy Rejonowej w Żorach i tam przesłuchany, gdzie przyznał się nie tylko do usiłowania gwałtu, ale również do zabójstwa Roksany i Sylwii. 18 stycznia Andrzej M. zo­stał ponownie przesłuchany przez prokuratora rejonowego Andrzeja Olko. To przesłuchanie utwierdzi­ło prokuratora w przekonaniu, że Andrzej M. jest sprawcą zabójstwa bliźniaczek, gdyż mężczyzna znał szczegóły, które mógł znać jedynie sam sprawca. Wobec mężczyzny zastosowano areszt tymczasowy, stawiając mu zarzut z art. 148 §1 KK.

Zło drzemiące w środku

Andrzej M. w trakcie popełniania czynu nie miał ukończonych 18 lat. Ustalono, że urodził się w Żorach, gdzie nie pracował. Uczęszczał do szkoły specjalnej, ze względu na swoje upośledzenie umysłowe. Na co dzień był spokojny, wręcz otępiały, jednak zdarzały się sytuacje, w których wstępowała w niego niepohamo­wana agresja. Dopuszczał się aktów przemocy wobec młodszych braci. Rodzice Andrzeja M. dowiedziaw­szy się o jego objawach schizofrenii, chodzili z synem do poradni psychia­trycznych, jednak bali się o bezpie­czeństwo młodszych dzieci, stąd za­decydowali o tym, by syn zamieszkał u babci. Wcześniej, na swoim koncie Andrzej M. miał już pewne przewi­nienia - kradł i dokonywał włamań. W dniu zatrzymania planował po­nownie zaatakować. Uderzył i zacią­gnął w pobliskie krzaki, napotkaną po drodze 11-letnią dziewczynkę, skrępował ją i rozebrał, na szczę­ście nie zdążył zrobić nic więcej, bo spłoszyli go nadjeżdżający motorem dwaj młodzi chłopcy, którzy udzieli­li dziewczynce pomocy. Andrzej M. został zatrzymany na klatce schodo­wej bloku, w którym mieszkał, miał zabłocone buty i podrapaną twarz, co wskazywało na to, że dziewczynka się broniła. W trakcie przesłuchania zachowywał się spokojnie, był wręcz obojętny, praktycznie na samym po­czątku wyznał, że to on stał za zabój­stwem gliwickich bliźniaczek. Wtedy również potwierdzono, że mężczyzna był jedynym sprawcą morderstwa, a motywy, jakie nim kierowały oka­zały się seksualne i rabunkowe.

Kara, która nie leczy ran

Andrzej M. został poddany ba­daniom psychiatrycznym. Do jego aktu oskarżenia dołączono zarzut kradzieży z włamaniem w Byto­miu oraz próbę gwałtu na nieletniej w Żorach. Ze względu na fakt, że w trakcie popełniania czynu nie był pełnoletni, nie groziła mu kara śmierci. Maksymalny wyrok dla An­drzeja M. wynosił 25 lat. Okoliczno­ścią łagodząca w procesie okazał się także stan psychiczny mężczyzny, stąd bliscy dziewczynek obawiali się, że morderca nigdy nie odpowie za popełniony czyn, a resztę swojego życia spędzi w zamkniętym oddziale szpitala psychiatrycznego. Po kilku miesiącach procesu ustalono wyrok, który wynosił 15 lat pozbawienia wolności oraz 10 lat pozbawienia praw publicznych. Od skazanego zasądzono również kwotę 5 mi­lionów „starych” złotych grzywny (obecnie 500 złotych) oraz 2 miliony „starych” złotych nawiązki. W wyro­ku zaznaczono, że Andrzej M. miał trafić do zakładu psychiatrycznego bezterminowo i zostać z niego wy­puszczonym dopiero w momencie, gdy jego stan zdrowia nie będzie zagrażał społeczeństwu.

Sprawiedliwość, która nie nastąpiła

Choć Andrzej M. przyznał się do brutalnego mordu na 10-letnich bliźniaczkach, uniknął najwyższe­go wymiaru kary. Zamiast doży­wocia otrzymał 15 lat więzienia i bezterminowy pobyt w zakładzie psychiatrycznym. Dla rodziny to nie wyrok, to rana, która nigdy się nie zabliźni.

Milena Miller

Galeria

wstecz

Komentarze (0) Skomentuj