Robiąc to, co kocha, wszedł na najwyższy szczyt w swoim życiu

W tydzień ośmioosobowa grupa zdobyła najwyższą górę w północnej Tanzanii – Kilimandżaro na wysokości 5 895 m. Swoją przygodę rozpoczęli 28 sierpnia, by 3 września stanąć na upragnionym szczycie. Choć była to wymagająca wyprawa, to okazuje się, że  spontaniczne decyzje mogą nie tylko pomóc sprawdzić się w walce ze swoimi słabościami, ale i zmianą podejście do życia.

 

* Robert Neumann, gliwiczanin, który pasjonuje się fotografią oraz robieniem filmów. Od czasów szkolnych chodzi po górach, tym razem spontanicznie wyruszył z ekipą, by zdobyć szczyt w Afryce.   


Jak to się stało, że wyruszył Pan zdobywać Kilimandżaro? Czy to głęboko skrywane marzenie? 

Niestety taka wyprawa nigdy nie była w mojej strefie marzeń, ba, ja nawet nigdy nie miałem takich planów, jednak jak tylko ktoś proponuje tak ambitny projekt, to zawsze się angażuje, poczułem zew krwi i stwierdziłem, dlaczego by nie spróbować. Sam pomysł projektu „Dotknąć Kilimandżaro” zrodził się w Tarnowskich Górach, kiedy to mój znajomy niewidomy fizjoterapeuta Piotr Żurek wymyślił wyjazd na Kilimandżaro, ze swoją córką. Postanowił nadać temu pewien wydźwięk, a mowa o pokonywaniu barier oraz trudności przez niewidomych. Udało się wszystko spiąć i zrealizować, a troje niewidomych o własnych siłach wspólnie z przewodnikami atakowało Kilimandżaro.


Pan jako jedyny gliwiczanin znalazł się w tym gronie…

Faktycznie, z Gliwic byłem tylko ja, wśród osób niewidomych był wspomniany Piotrek z Tarnowskich Gór, który jest fizjoterapeutą, następnie Ala, dziewczyna z Opola i kolega Dawid z Krakowa. Ekipa zebrana trochę przypadkiem, bowiem mało kto się z kimś znał. W zespole znalazła się także córka Piotra, następnie Paweł, przewodnik beskidzki z Krakowa, Ela, która jest ratowniczką Górskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego GOPR w Bieszczadach oraz Michał, aktywny biegacz i uczestnik zawodów biegowych z Krakowa.


Padło i na Pana…, zatem skąd to zainteresowanie górami? 

W zasadzie to od czasów szkoły średniej góry cały czas mi towarzyszą. Kilimandżaro, to był po prostu kolejny szczyt, który najwidoczniej był mi pisany. Pamiętam, jak w szkole średniej w Gliwicach mieliśmy wychowawcę, który lubił góry i nas w nie zabierał, a przy okazji w górach uczył nas matematyki. Byłem, pamiętam w II klasie II LO na profilu o kierunku matematyczno-informatycznym. Profesor zawsze znalazł sposób, by gdzieś pojechać, najczęściej w góry, a następnie był weekend z ciekawą matematyką. Pamiętam, jak nauczyciel zorganizował w drugiej lub trzeciej klasie obóz wędrowny i byliśmy w paru miejscach na Dolnym Śląsku, głównie Sudety, Karkonosze, a później na początku studiów dużo chodziłem po górach i często z ekipą jeździliśmy np. w Beskid Niski. Odkryłem także inną pasję – jeżdżenia po górach na rowerze. Kiedy nieco odpuściłem góry, wówczas swoją przygodę rozpocząłem z filmowaniem i robieniem zdjęć. Później zaczęły się różne projekty i powróciłem w góry m.in. w Bieszczady. Z górami jestem ostatnio dość mocno związany, lubię sport, lubię filmować różne sportowe eventy, wówczas czuję się jak ryba w wodzie, podobnie było z  Kilimandżaro. Przez splot różnych zdarzeń i znajomości, ktoś tam wypadł i nie mógł jechać i stwierdzili, że szukają na wyprawę filmowca oraz fotografa, zobaczyli, co robię i stwierdzili, że w takim razie jeżeli jest miejsce, to chętnie by mnie wzięli, a ja się oczywiście chętnie zgodziłem. To osoby niepełnosprawne pokazały mi i uświadomiły swego czasu, że nie jeden pełnosprawny nie ma takiej werwy co ci niewidomi, więc to mi się tak bardzo spodobało i stwierdziłem, że z takimi ludźmi fajnie takie rzeczy robić.

Jakie to jest uczucie, kiedy po siedmiu dniach trudnej wędrówki udało się wreszcie zdobyć upragniony szczyt?

U nas to było ciekawie, bo cała ekipa zgodnie mówi, kiedy nas pytają jak było na szczycie - fajnie, fajnie, ale schodzimy (śmiech), bo każdy był już tak zmęczony i wycieńczony tym podejściem. Kilimandżaro jest taką górą, że do 4 600 m, to jest to taka górka, gdzie idąc tymi szlakami, wysokość zyskuje się bardzo powoli, stopniowo. Moja forma pozwoliła mi na to, że byłem przed, za lub obok grupy, nieraz goniłem, doganiałem, idąc trochę szybciej niż oni i szukałem kadru. Przy ataku szczytowym były już takie momenty, że wszyscy mają już dość, stromo pod górę. Szliśmy długo nocą, mieliśmy jakieś 6 godzin marszu po ciemku, zanim zaczęło świtać. To podejście po prostu nie miało końca. Nie mogłem złapać oddechu, choć tempo było wolniutkie, zdarzały się momenty, że idąc bardzo wolno w środku grupy, zaczynałem się chwiać, tylko głowa mówiła, że idziemy dalej. Kiedy stajemy do grani i Gilman’s Point lokalny przewodnik powiedział mi, bym podbiegł i z góry zrobił zdjęcie, jak ekipa dochodzi na szczyt. Poczułem się wówczas, jakby nagle jakieś siły we mnie wstąpiły, po tych momentach kryzysowych i pamiętam, jak wtedy się strasznie wzruszyłem, jak tam doszedłem, a jeszcze bardziej się wzruszyłem, kiedy zobaczyłem wszystkich z grupy. To był przełomowy moment i widać było te największe emocje. Później już nie było takich odczuć, ani tak silnych emocji, a grań to był moment przełomowy. Na szczycie zrobiliśmy zdjęcia z flagami, lokalsi pośpiewali i zaczęliśmy schodzić, to była dla nas lekcja pokory. Nie było wybuchu radości u góry, było zadowolenie, myślę, że to wynikało ze zmęczenia, deficytu energetycznego. Żonie nagrałem filmik, to mówiła, że jeszcze nigdy nie widziała mnie tak zmęczonego, więc musiało coś być na rzeczy.
Zapewne podczas drogi zdarzały się także te trudne momenty. Czy była sytuacja, że jednak żałował Pan spontanicznie podjętej decyzji o zdobyciu Kilimandżaro? 
Przyznam, że tak nie było, jednak wiele myśli kłębiło się w mojej głowie podczas ataku na szczyt. Była pewna sytuacja, która początkowo nieco mnie zdziwiła, ale i bardzo zaskoczyła. Pierwszego dnia, kiedy wychodziliśmy na trasę, było wolne tempo, a ja się pilnowałem, by nie biegać z aparatem na lewo i prawo, tak jak to w zasadzie robiłem w kolejnych dniach, nagle doświadczyłem tego, że zrobiło mi się słabo i pomyślałem, że w takim razie spróbuję coś zjeść. Okazało się, że organizm domagał się energii, choć moje ciało wysyła inne sygnały ostrzegawcze, mianowicie szumi mi w głowie, a to był nagły atak. W kolejnym dniu sytuacja się ponownie powtórzyła. Szybko te problemy przezwyciężałem, nie panikowałem, myślałem pozytywnie. W dniu podejścia miałem problemy żołądkowe, bałem się jeść, bo organizm szybko pozbywał się jedzenia. Byłem zmęczony, szedłem chwiejnym krokiem z moimi kijkami trekkingowymi, wówczas miałem tylko jedno w głowie – zdobywamy szczyt, który jest naszym celem, choć ciało mówiło, że ma dość, to głowa mówiła, że nie ma innej opcji i idziemy. Później już do samego końca nie było żadnego zwątpienia, by się poddać,  głowa pociągnęła mnie na samą górę i to silne pragnienie, by wszyscy weszli na szczyt. Może byłem  najsilniejszy w całej grupie, a może i nie, jednak przewodnicy byli obciążeni niepełnosprawnymi, a ja miałem cały sprzęt fotograficzny, to zdobywając wspólnie szczyt, mieliśmy ogromną satysfakcję.

Minął już ponad miesiąc, odkąd udało się zdobyć szczyt, czy patrząc z perspektywy czasu, ta przygoda czegoś Pana nauczyła? Jakieś wnioski, które przełożą się na dalsze życie? 

Zdecydowanie towarzyszyć mi będą słowa lokalnej piosenki - ‘Hakuna Matata’, kiedy zdobywałem z całą grupą szczyt, ale i słowa wcielę na dalsze lata mojego życia. Słowa piosenki mówią o tym, by nie martwić się na zapas, tylko powoli zmierzać do celu. Przekonałem się o tym, że lokalne społeczeństwo ma takie podejście w życiu codziennym, nie tylko zdobywając Kilimandżaro. Lokalsi pokazali nam, że choć czasami mają  bardzo mało, to naprawdę potrafią to życie doceniać. Niestety my gonimy za materializmem i różnymi mało istotnymi rzeczami, bo ciągle mamy niedosyt i chcemy więcej i więcej, tylko że wcale nam to nie daje szczęścia. Choć mówi się o Afryce, że jest to trzeci świat, to tak naprawdę należy sobie zadać pytanie,  czy to nie jest pierwszy świat, pod względem tych cech ludzkich, które my trochę zatracamy, albo o nich najzwyczajniej w świecie zapominamy. Przyznam, że mam bardzo duże przemyślenia po wyprawie do Afryki. Z natury jestem bardzo ambitnym człowiekiem, jak ktoś daje mi jakąś propozycję, czy zlecenie to rzadko odmawiam. Jak mogłem się ostatnio przekonać, nie ma sensu tak gonić, bo człowiek się niepotrzebnie stresuje, a finalnie przynosi to odwrotny efekt. Po wyjeździe stwierdziłem, że jednak przejmujemy się różnymi rzeczami niepotrzebnie, a trzeba życie brać na spokojnie i cieszyć się każdym dniem.


c.
 

wstecz

Komentarze (0) Skomentuj