Herbert Suchanek dostał ją kilka lat temu za jakość wyrobów. Pozostałe trofea, zdobywane w konkursach branżowych, również poświadczają, że produkty od Suchanka wytwarzane są z dbałością o surowiec i receptury. Najnowsza nagroda, wręczona w poniedziałek, 2 marca podczas Wielkiej Gali Izby Rzemieślniczej w Katowicach, będzie musiała znaleźć w tym gronie należne, wyjątkowe miejsce. Jest podsumowaniem zawodowego życia Herberta Suchanka – Rzemieślnika Roku 2025.
Nagroda przyszła w szczególnym momencie – dokładnie wtedy, gdy mija pięćdziesiąt lat jego pracy w zawodzie i trzydzieści trzy lata prowadzenia własnej firmy. W kwietniu założyciel znanej w Gliwicach i powiecie masarni przejdzie na emeryturę. Kiedy mówi o wyróżnieniu, nie kryje wzruszenia.
– Byłem zaskoczony, i to bardzo pozytywnie. W kwietniu przechodzę na emeryturę, więc to wyróżnienie ma dla mnie wyjątkowe znaczenie. Pięćdziesiąt lat w zawodzie to już pewne podsumowanie drogi – przyznaje Suchanek.
Ta droga rozpoczęła się w 1976 roku.
Po szczeblach kariery
Po dwóch latach nauki był już pełnoprawnym pracownikiem. Później został szefem produkcji, a następnie kierownikiem masarni. Przez blisko dwie dekady obserwował, jak zakład funkcjonuje w niemal niezmienionej formie.
– Przez ten czas właściwie nic się tam nie zmieniło. Wymieniano jedynie elementy, które ulegały zużyciu – rury z parą czy piec w kotłowni. Nie inwestowano w nowoczesne komory wędzarnicze ani suszarnie – wspomina masarz.
Pracował jednak tak, jakby to było jego własne przedsiębiorstwo. Wracał do domu późno w nocy, by po kilku godzinach znów wyruszyć do pracy. Zdarzało się, że kończył o dwudziestej trzeciej, a już o pierwszej wyjeżdżał, by na drugą być na miejscu i przygotować produkcję. Po drodze zabierał współpracowników. Mówi, że nie potrafił odpuścić – nawet wtedy, gdy zarząd nie dostrzegał zagrożeń i nie reagował na zmieniający się rynek.
W 1992 roku zdecydował się otworzyć własną masarnię.
Budowanie od podstaw
Budynek, w którym dziś działa zakład, miał zaledwie 180 metrów kwadratowych i wcześniej mieścił warsztat ślusarski. Nie było odpowiedniej kanalizacji ani zaplecza spełniającego wymogi sanitarne. Aby rozpocząć produkcję, należało stworzyć wszystko od podstaw.
– Rozwiązania technologiczne i sanitarne opracowywałem według własnej koncepcji – opowiada Suchanek. - Zaczynałem od kanalizacji, bo jej po prostu nie było. Do świąt wielkanocnych wszystko było gotowe. Gdy lekarz weterynarii zatwierdził zakład, od razu rozpoczęliśmy produkcję – dodaje.
Pamiętacie zapewne, że początek lat dziewięćdziesiątych sprzyjał przedsiębiorczości. Sprzedawało się praktycznie wszystko, co zostało wyprodukowane. Klienci znali wyroby Herberta Suchanka jeszcze z czasów jego pracy w spółdzielni, kupowali więc „w ciemno”, ufając jakości. Parówki, kiełbasa zwyczajna, salcesony, pasztety – podstawowy asortyment znikał z magazynu niemal natychmiast. Zdarzało się, że jedną partię trzeba było dzielić na kilka mniejszych, by każdy z odbiorców dostał choć część zamówienia.
Smak nie do podrobienia
Z biegiem lat rynek się zmienił. Pojawiły się sieci handlowe, agresywna konkurencja cenowa i zupełnie inne modele dystrybucji. Herbert Suchanek nigdy nie próbował wygrywać najniższą ceną. Od początku wiedział, że jego siłą musi być jakość.

Fot. Michał Buksa
Receptury opracowywał sam. Normy znał niemal na pamięć i potrafił się do nich odwołać podczas kontroli. Dziś tworzy własne kompozycje przypraw, bazując na pojedynczych składnikach i ich precyzyjnych proporcjach. To efekt wieloletnich prób i doświadczenia zdobywanego także nocami, gdy po zakończonej produkcji testował nowe rozwiązania.
W ofercie od początku znajduje się kiełbasa zaolszańska – inspirowana tradycyjną myśliwską, ale zmodyfikowana według jego autorskiej receptury. Frankfurterki, choć noszą znaną nazwę, w jego wykonaniu różnią się klasą użytego mięsa i proporcjami surowca. Smak można rozpoznać, ale dokładnych proporcji nikt poza nim nie zna.
Dziś firma posiada sześć własnych sklepów – w Pyskowicach, w Gliwicach (m.in. w Łabędach i Sośnicy) oraz w Bycinie – a jej wyroby trafiają do restauracji, szkół, przedszkoli i domów pomocy społecznej w całym powiecie gliwickim. To lokalna marka, która przez lata budowała reputację bez kampanii reklamowych, za to dzięki opinii klientów.
– Nie jestem anonimowy. Dlatego muszę dbać o jakość, aby nie mieć powodów do wstydu. Konkurencji cenowej nie muszę wygrywać, ale pod względem jakości mogę konkurować z każdym - deklaruje Suchanek.
Następne pokolenie
Dziś w firmie pracują jego dzieci – dwóch synów i córka. Wszyscy ukończyli studia i są zaangażowani w rozwój przedsiębiorstwa. Herbert Suchanek przyznaje, że jest z nich dumny, a szczególnie z tego, że nie próbują zmieniać wszystkiego za wszelką cenę.
– Szanują to, że firma powstawała metodą prób i błędów. Za błędy płaciłem sam – jeśli coś się nie udało, musiałem to zutylizować lub rozdać. Sukces był wspólny, ale ryzyko brałem na siebie – mówi Rzemieślnik Roku.
Jest jednak coś, czego żałuje. Wspomina, że gdy budował zakład, często nie było go w domu. Dzieci wychowywały się przy mamie, podczas gdy on spędzał długie godziny w pracy – także przy rozbudowie zakładu, montując instalacje i projektując kolejne usprawnienia produkcji.
O czym marzy? Chciałby, aby za dziesięć lat firma była nadal w rękach rodziny i rozwijała się w sposób odpowiedzialny. Nie z nastawieniem na szybki zysk, lecz z dbałością o zadowolenie klientów i o… nazwisko.
Bo nazwisko Suchanek widnieje nad sklepami i zapisało się w świadomości klientów. Przez pięćdziesiąt lat pracy w zawodzie nauczył się jednego: jeśli ludzie są zadowoleni, pieniądze i szacunek przychodzą same.
Adriana Urgacz-Kuźniak


Komentarze (0) Skomentuj