Wciąż zadziwia mnie umiejętność rodzaju ludzkiego do przystosowania się do życia w warunkach wykraczających poza te, uznawane zwykle za normalne. Jest w tym ogromna wola życia, jakiś niezrozumiały hart ducha, idące w parze z pogodzeniem się z tym, na co nie ma się wpływu. Zadziwia, mnie, że one wracają. Żony, matki. Do miast, w których przez kilka godzin dziennie jest prąd. Do bloków, z których wygania ich rozdzierające serce wycie syren. Do Ukrainy, do domu…

Zaprzeczenie

Rok temu, na kilka dni przed tym jak pierwsze rosyjskie wozy pancerne rozjechały gąsienicami drogi Ukrainy, rozmawiałam z Ukraińcami mieszkającymi w Gliwicach. Jednym uchem wsłuchiwałam się w ich niepewność i nadzieję, do drugiego docierały przed-wojenne komunikaty, rozważania ekspertów i polityków. Moi rozmówcy – Oksana, Katheryna i Misza zgodnie twierdzili, że Putin się nie odważy, że straszy, a wszelkie działania wojenne, jeśli nawet będą, ograniczą się do Donbasu, w którym ludzie i tak już do nich przywykli.
Kończąc każdą z rozmów dodawałam „miejmy nadzieję, że do niczego nie dojdzie”, choć właściwie chyba takiej nadziej sama nie miałam.

Gniew

Oksana przyjęła pod swój dach koleżanki z dziećmi. Połowa z nich wyjechała już z powrotem, druga została i pracuje na miejscu. Wszystkie niemal zgodnie przyznają, że najlepiej byłoby im w domu, ale… Te, które tam są opowiadają, że mają nastawiony budzik na nocną godzinę, wtedy wstają, gotują, piorą – żeby móc skorzystać z prądu, który często jest wyłączany. W ojczyźnie została córka Oksany, tam studiuje, a poza tym chciała pozostać u boku swojego ukochanego mężczyzny.
- Czasem, gdy zawyją syreny, chowa się do schronu. Tam nie ma zasięgu i przez kilka godzin nie wiemy, czy wszystko z nią w porządku. Gdy wyjdzie, dzwoni i uspokaja. Mówi, że to teraz normalne – wyjaśnia Oksana.
Wszystkie opowieści są podobne.

- Wszyscy moi bliscy wyjechali z Ukrainy. W różne części świata – do Polski, do Stanów. Właściwie nie mam tam już nikogo – wyznaje ze smutkiem Katheryna. Ta sama, która jeszcze rok temu nie chciała wierzyć, że rozpęta się piekło.

Do Gliwic przyjechała m.in. siostra męża z dzieckiem. Mieszkała tu 4 miesiące, ale wróciła. Do swojego męża. Wygrała tęsknota. Był czas, kiedy w mieszkaniu Katheryny gościło wielu Ukraińców. Ale latem i oni wrócili do domów. Nie chcieli zostawiać swojego życia.

Katheryna pochodzi z miasta położonego w bliskiej odległości od Doniecka. Tydzień temu w jeden z 10-piętrowych bloków uderzył pocisk. Zniszczone zostało też osiedle domków jednorodzinnych. Zginęło dużo ludzi.

- Ale i tak jest spokój, w porównaniu z Charkowem czy Kijowem – ocenia Kathia.

Wyjaśnia też, jak tam się żyje. Dzieci uczą się zdalnie, dziennie ledwie przez 5 godzin jest prąd.

- Nie rozumiem, dlaczego Rosja to robi. Widzieliśmy, jak zniszczyła Syrię, teraz nas. Nigdy nie zrobili porządku u siebie, mają bałagan, a chcą rządzić całym światem – denerwuje się Alla, jedna z trzech sióstr mieszkających obecnie w Polsce. Ona, Yuliia i Liuda przeżyły swoje małe piekło. Dziś starają się pomóc innym.

Targowanie się

- Jest taki żart u nas. Na pytanie kiedy skończy się wojna, odpowiadamy: za dwa tygodnie. – Chciałabym napisać, że Alla mówi to ze śmiechem, ale przecież słyszę, jak drży jej głos. Opowiada o tym, że gdy zaczęła się wojna, myśleli, że potrwa dzień… dwa, dwa tygodnie, miesiąc… Po pół roku przestali liczyć. Zrozumieli, że nawet rok może nie wystarczyć.

Zawierucha wojenna zastała ją i Yuliię w mieście, postanowiły więc – jak wielu rodaków – uciec z dziećmi na wieś. Pojechały do trzeciej z sióstr, Liudy. Nie trafiły najlepiej – jej dom położony jest kilkadziesiąt kilometrów od granicy z Białorusią. Już w pierwszych dniach wojny 2 kilometry od ich domu przejeżdżały czołgi. Kobiety wykopały na podwórku lepiankę. Do tak skonstruowanego prowizorycznego schronu chowały się za każdym razem, gdy wyczuwały zagrożenie. Alla nie mogła tego znieść. Przekonywała siostry, że bezpieczniej jest wyjechać, one ją, że bezpieczniej zostać. W końcu wyruszyła do Polski pierwsza. 5 dni później w drogę wyruszyły jej siostry.

Depresja

Yuliia, siostra Alli jest psychologiem. Doskonałym, od 2016 roku pomagającym m.in. osobom z zespołem stresu pourazowego. Teraz jej telefon się urywa. Jest tylu ludzi potrzebujących pomocy! Jakie mają symptomy? Agresja, frustracja, rozdrażnienie, czasem myśli suicydalne. Pomaga im jak może, ale sama nie ma lekko. Jej mąż, wojskowy, został ciężko ranny. Gdy usłyszała o tym, nie zastanawiała się ani chwili i ruszyła do niego, do szpitala. Umierał, lekarze nie dawali szans. Pocisk przeszedł przez płuca i zrobił spustoszenie w całym organizmie. Uszkodził m.in. wątrobę.
Silna kobieta zakasała rękawy i wymusiła operacje. Tak, w liczbie mnogiej, a kolejne jeszcze przed nimi. Bo mąż Yulii, zapewne dzięki jej upartości, przeżył. Gdy zobaczył ją, jak wychyla się zza pleców lekarzy zdobył się nawet na żart.

- Żona zawsze chciała, żebym schudł. To schudłem – powiedział.
Yuliia mówi, że ubyło mu 30 kg.

Akceptacja

Rozmowy, które przeprowadziłam w przeddzień pierwszej rocznicy wojny kończę podobnie, jak rok wcześniej: „miejmy nadzieję, że to się wreszcie skończy”. Rok temu w odpowiedzi słyszałam żarliwe potwierdzenie swoich słów, w tym roku odpowiada mi zniechęcenie.

- Dziś myślę, że to dopiero się zaczyna – mówi ze smutkiem Kathia.

Te odczucia potwierdza Alla. Mówi, że gdy rozmawia z rodakami wciąż pozostającymi w Ukrainie, często w miejscach, w których toczą się walki i pyta o to, czy się boją, w odpowiedzi słyszy, że już nie. Że żyją z dnia na dzień, ze świadomością, że za chwilę może ich nie być. Starają się jak najwięcej czasu poświęcać rodzinie, cieszyć się nią…

- A jak nas trafi kula, to trafi. Tak musiało być – mawiają wzruszając ramionami. W spokoju, bez emocji i – co najbardziej przerażające – bez gniewu.

Ale tu, w Gliwicach Alla chce żyć jak najbardziej normalnie. I pragnie, żeby pozostałe Ukrainki też tak mogły, najlepiej między swoimi, bo tak łatwiej. Dlatego planuje zorganizować dla dzieci zajęcia taneczne, śpiewu i plastyczne. Problemów jest co niemiara – wynajęcie sal w Gliwicach jest drogie, a Ukrainki najczęściej w pojedynkę wychowujące tu dzieci nie stać na taki wydatek.

Zapotrzebowanie jest duże, chętnych dzieci wiele, ale możliwości finansowe marne.
- Może Pani pomoże mi znaleźć jakąś tanią salę albo sponsora, który nam pomoże? – pyta nieśmiało Alla. Sama oprócz swoich pociech, pod skrzydłami ma jeszcze obce, pozostawione u niej, bez rodziców.

Kochani Czytelnicy, wciąż możemy pomagać. Może właśnie Wy znacie sposób, jak pomóc Alli? Nie przyzwyczajajmy się do wojny. Niech nadal budzi nasz gniew, nasz sprzeciw. I piękne odruchy serca.

Adriana Urgacz-Kuźniak
 

Galeria

wstecz

Komentarze (0) Skomentuj