Każdy dźwięk, który dociera do wrażliwych uszu psów, budzi ich czujność. Zwykle przejawia się ona zaraźliwym ujadaniem, czasem przycupnięciem w kącie, z podkulonym ogonem. Trudno na zdjęciu uchwycić codzienność tych zwierząt – gdy słyszą obcego człowieka, gremialnie skaczą na siatkę lub szklane drzwi boksu, szczerząc zębiska. Obecnie większość z nich to okazałe rasy – duże, niektóre rasowe lub zbliżone do ras, z których pochodzili rodzice. Wiele z nich już teraz żyje w dobrych warunkach, a będą coraz lepsze. Z myślą o pozostałych, remontowane są kolejne boksy.
Między budynkami słychać odgłosy prac, psy podnoszą łby i nasłuchują, po czym znów kładą się w kojcach. Dla wielu z nich to zwykły dzień, ale w rzeczywistości otoczenie wokół nich zmienia się w sposób, jakiego w historii tego miejsca jeszcze nie było.
– W zeszłym roku zmodernizowaliśmy pierwszy pawilon dla psów. Teraz jest ciepły, cichy, przytulny, bez krat, ze szklanymi drzwiami i ścianami. Psy przebywają tam w bardzo komfortowych warunkach – opowiada Barbara Malinowska, od blisko trzydziestu lat kierowniczka schroniska. Obecnie modernizowany jest drugi budynek, tzw. pawilon zero.
Zmiany widać w każdym szczególe. Kojców jest mniej, ale są większe, przestronniejsze, bardziej dostosowane do potrzeb zwierząt. – Kiedyś w każdym pawilonie było po 24 kojce. Teraz jest ich po 18, ale część powiększyliśmy, łącząc dwa małe w jeden duży. Duże psy będą miały zdecydowanie więcej przestrzeni – tłumaczy Malinowska.
Zmieniają się wyzwania
Największą zmianę widać w liczbach. – Prawie 30 lat temu było tu 420 psów i około 20 kotów. Obecnie mamy 50 psów i prawie 170 kotów – wylicza kierowniczka.
W latach dziewięćdziesiątych schronisko pękało w szwach. Ulice pełne były błąkających się psów, do których nikt się nie przyznawał. Wtedy priorytetem było przede wszystkim zabezpieczenie jak największej liczby zwierząt i zapewnienie miejsca wszystkim potrzebującym.
Ruszyła nowa zakładka na stronie UM zwierzeta.gliwice.eu – znajdziesz tam informacje o adopcjach, czipowaniu, darmowej sterylizacji i pomocy dla schroniska.
Dziś proporcje są odwrotne. Psy zniknęły z ulic, a społeczeństwo stało się bardziej wrażliwe. – Gdy pies bez właściciela biega po ulicy, to mamy czasami nawet kilkanaście zgłoszeń telefonicznych w ciągu pół godziny – mówi Malinowska. Większość tych zwierząt szybko wraca do właścicieli. Problemem jednak stały się koty. – Pomimo że w tym roku przeprowadziliśmy już około 400 kastracji kotów, nadal mamy ich bardzo dużo – dodaje kierowniczka. - Zwierzęta te, żyjąc na działkach, w pustostanach i zakładach pracy, rozmnażają się poza kontrolą. To problem, który nie ma łatwego rozwiązania.
Ludzie i zwierzęta
Mimo modernizacji schroniska, wprowadzającej w życie zwierząt nową jakość, pewne rzeczy pozostały niezmienne. – Te pierwsze dni dla zwierząt są najtrudniejsze. Są takie, które nie chcą jeść ze stresu, i takie, które od razu merdają ogonem, jakby nic się nie stało – mówi Malinowska.
Każde ze zwierząt ma swoją historię porzucenia, czasem bardzo bolesną. – Zdarzają się sytuacje, że ktoś przywozi kota, twierdząc, że znajda, a potem okazuje się, że to ich własny zwierzak, którego chcieli się pozbyć. Takie rzeczy widać – czasami nie da się tego ukryć – przyznaje kierowniczka. Niektóre zwierzęta trafiają do schroniska w dramatycznych okolicznościach. Tak było niedawno z jedenastoletnią kotką, której właściciele wyjeżdżali do Niemiec. Zwierzę nie mogło pojechać z nimi, więc zostało oddane do schroniska. Dla starszego kota, który całe życie spędził w jednym domu, nagła zmiana otoczenia była ogromnym szokiem.
– Kotka tak bardzo się zestresowała, że przestała jeść. Musiałyśmy zabrać ją do biura i karmić z łyżeczki, głaskać, żeby podjęła jedzenie – wspomina Barbara Malinowska.
Równocześnie nie brakuje przykładów pokazujących, jak dzięki wsparciu ludzi udaje się zwierzętom pomóc. – Kilkadziesiąt kotów mamy w domach tymczasowych. Składam ogromny ukłon w stronę ludzi, którzy je przyjmują – w domu kot ma spokój i domową opiekę, a to dla niego nieporównywalnie lepsze niż przebywanie w Schronisku – podkreśla Malinowska.
Czy adopcja jest naprawdę tak trudna?
Choć dziś w schronisku jest mniej zwierząt niż trzydzieści lat temu, praca nie stała się łatwiejsza. Wręcz przeciwnie – rosną koszty weterynarii, karm i suplementów, a każde zwierzę wymaga indywidualnej opieki. Zmieniły się także oczekiwania wobec adopcji – teraz to nie tylko znalezienie domu, ale też upewnienie się, że będzie to dom bezpieczny. Z drugiej strony, w internecie nie brakuje zarzutów, że dziś adopcja kota bywa trudniejsza od adopcji dziecka.
– Czasami prośba o zabezpieczenie jednego okna uchylnego kratką za dziesięć złotych wydaje się komuś fanaberią. A to przecież podstawa bezpieczeństwa, żeby zwierzę nam nie uciekło i nie zginęło – odpowiada na te zarzuty Barbara Malinowska. Przyznaje także, że w nowym domu podopiecznych schroniska może się odbyć wizyta poadopcyjna. Jak wyjaśnia kierowniczka, ma ona na celu nie tyle kontrolę, a wsparcie nowych właścicieli.
Adriana Urgacz-Kuźniak


Komentarze (0) Skomentuj