To nie była łatwa podróż – ok. 16 godzin autokarem w jedną i w drugą stronę dała nam – i to dosłownie – w kość. A jednak, jakże warto było!
Poza okazją do zobaczenia miasta – serca demokracji europejskiej, nadarzyła się także możliwość wzięcia udziału w pracy komisji PE, ds. inwigilacji systemem Pegasus. Choć jako dziennikarz ucieszyłam się z tego faktu, sam jej przebieg nie był już wcale przyjemny.
Inna skala miasta
Zacznijmy od Brukseli, i całkowicie subiektywnej oceny tego miasta. Po pierwsze skala – dla mnie zbyt duża, przytłaczająca, choć różnorodna. Z jednej strony garniturowy świat Europarlamentu, z drugiej – barwny choć nieco zaniedbany lokalny obraz społeczności, z jakim spotkałam się w metrze. Jazda metrem w dużym mieście do zawsze najlepszy sposób na „pooddychanie” tym, jak żyją mieszkający w nim ludzie. I tak było tym razem.
Od razu podkreślę – spotkałam się z dużą życzliwością osób o różnej narodowości i – co widać po ubraniach – religii. Okazali się bardzo pomocni przy zakupie biletu z automatu i wybraniu połączenia do jednego z symboli Brukseli – Atomium. Podpowiadali, odradzali, zachęcali. Od jednego z mieszkańców (a może od turysty, kto to wie) otrzymałam nawet mapę z połączeniami metra, co ułatwiło mi przejazd.
Łukasz Kohut o transformacji energetycznej, w Komisji ITRE pracującej nad zabezpieczeniem zapasów energii i obniżeniem rachunków za prąd: „Sam proponowałem tymczasowe zniesienie podatku VAT na węgiel. Transformacja wcale nie musi być tak dotkliwa, jak mówi rząd PiS. Wystarczy zgodnie z wytycznymi Unii pieniądze uzyskane ze sprzedaży uprawnień do emisji CO2, tak zwane ETS-y, inwestować w odnawialne źródła energii. Pieniądze na transformację są – tylko należy je wydawać zgodnie z przeznaczeniem”.
Inny rodzaj społeczności spotkałam na Grand-Place, rodzaju brukselskiego rynku, gdzie po zmroku gromadzili się turyści i brukselczycy oddając beztroskiej, szalonej zabawie. Boczne uliczki tętniły życiem ludzi w każdym wieku, kolorowe puby i restauracje przyciągały jak magnes, a ilość pamiątek z Siusiającym Chłopcem (Manneken pis – fontanna będąca kolejnym symbolem Brukseli), przyprawiał o zawrót głowy.
I w końcu ci, którzy zalegali na chodnikach po drodze do naszego hotelu, wyciągając ręce i prosząc o datek w jednym z dwóch belgijskich języków. Oni zamykali obraz społeczności, jaka zamieszkuje dzisiejszą Brukselę.
Jak to powiedzieć parlamentarnie…?
To była moja druga wizyta w Europarlamencie, a zatem sam budynek nie zrobił na mnie większego wrażenia. Ot, dużo szkła, metalu – jak to w nowoczesnych biurowcach. Dopiero udział we wspomnianej wyżej komisji poruszył mną dogłębnie. Podobne uczucia miała moja redakcyjna koleżanka – Patrycja Cieślok-Sorowka, która również uczestniczyła w tym media tripie. Na mównicy zasiadł senator Krzysztof Brejza i opowiadał o inwigilacji systemem Pegasus, jakiej miał paść ofiarą przed wyborami w 2015 roku. Poparcia udzielili mu europosłowie Bartosz Arłukowicz i Łukasz Kohut. Słowa, jakie padały, miały gorzki smak, podobnie jak pytania zadawane przez uczestniczących w komisji europosłów różnej narodowości. I, choć nie miało miejsce żadne rozstrzygnięcie, nie padła żadna konkluzja czy wyrok, obraz Polski, jaki wymalowany został w europarlamentarnej auli, nie nadawał się do powieszenia w centralnym miejscu z dumą organizowanej, patriotycznej wystawy.
Poseł z kucykiem, w niebieskim garniturze
Przyszedł czas, aby w kilku słowach wypowiedzieć się o naszym gospodarzu. Tak, wiem – wypada mi mówić o nim dobrze, ale… zrobię to z przekonaniem i całkowicie szczerze. Doceniam przede wszystkim jego pomysł na siebie – bardzo przemyślany i rozpoznawalny image, prezencję, znajomość języka angielskiego i otwartość w stosunku do ludzi. Pochwalić też muszę jego zaangażowanie w pracę – jako jeden z nielicznych europosłów bierze czynny udział w aż czterech komisjach PE. Bardzo dobrze mówią o nim niego współpracownicy, podkreślając rzadką umiejętność słuchania, jaką wykazuje się Łukasz Kohut. Chętnie wysłuchuje sprzecznego ze swoim zdania (europoseł otacza się doradcami, nie udaje, że sam wie wszystko najlepiej). Wydaje się empatyczny i – bez względu na przekonania, z którymi nie zawsze się zgadzam – konsekwentnie realizuje swoje założenia, takie jak m.in. wpisanie śląskiego w poczet języków regionalnych. Jest także pomysłodawcą i ambasadorem wspólnych starań Metropolii o przyznanie miastom naszej metropolii tytułu Europejskiej Stolicy Kultury w 2029 roku.
Europarlament od kuchni…
Na koniec kilka słów o tym, co zrobiło na nas, dziennikarzach bardzo duże wrażenie – to zaplecze telewizyjno-radiowe, jakim dysponuje Europarlament, pozwalające na przygotowanie profesjonalnych materiałów bez obecności własnego operatora czy dźwiękowca. To również bardzo rozbudowana organizacja prasowa, posiadająca nawet własną agencję. Z wyjazdu przywiozłam przydatną wiedzę o tym, jak poruszać się po medialnej stronie brukselskiego centrum decyzji. A jeśli już o kuchni mowa…
… pyszne były te mule!
Adriana Urgacz-Kuźniak


Komentarze (0) Skomentuj