Długi korytarz, a po obu stronach drzwi do prywatnych pokoi, które otwierają się czasem, uchylając kurtynę do czyjegoś życia. Mijamy starszych ludzi – jedni poruszają się samodzielnie, inni o kulach lub z balkonikiem, jeszcze inni nadspodziewanie energicznie suną na inwalidzkich wózkach.
Tutaj, w „Naszym domu”, mieszka 122 pensjonariuszy. Większość w pokojach jedno- i dwuosobowych. Wiele z tych pokoi to małe, prywatne światy – z fotografiami bliskich, różańcem nad łóżkiem i ulubionym kocem.
– Ludzie przychodzą do nas z bagażem doświadczeń. Tych dobrych i tych złych – mówi Rafał Marek, dyrektor placówki. – Historie nie zawsze są różowe. Czasem są… niebieskie – dodaje z uśmiechem, próbując rozładować ciężar słów.
Na początku było za mało słone
Niewielki pokoik skrywa łóżko, szafę, komodę i krzesło. Jego wnętrze nie przypomina anonimowej, szpitalnej sali. Wręcz przeciwnie – pełno w nim osobistych rzeczy, które już na pierwszy rzut oka zdradzają wiele o lokatorce. Pachworkowa narzuta wykonana została przez energiczną mieszkankę własnoręcznie, na szydełku. Jest piękna, a jej twórczyni nie ukrywa dumy ze swojego dzieła.
– Bardzo dobrze tu karmią. Naprawdę bardzo dobrze – z lekka po śląsku odpowiada na jedno z naszych pytań. – Jak przyszłam, to mi było za mało słone. Dosalałam wszystko. A teraz? Przyzwyczaiłam się. To dla zdrowia.
Śmieje się, że jak ktoś narzeka, to życia nie zna. Szynka jest trzy – cztery razy w tygodniu, a przecież w rodzinnych domach nie zawsze tak bywa. Owszem, dieta jest lżejsza, mniej sosów, mniej śmietany. Nie wszystkim to odpowiada, ale wielu przyznaje, że organizm reaguje lepiej.
- Od kiedy tu mieszkam, schudłam kilkanaście kilogramów. Zaczęłam się nawet zastanawiać, czy to nie choroba. Okazało się, że to po prostu zmiana nawyków – śmieje się nasza gospodyni.
Tu jest radość
Pani Teresa mieszka tu od 2024 roku. Trafiła z powodów zdrowotnych.
– Musiałam przyjść – mówi spokojnie. – Ale bardzo sobie chwalę.
Chodzi na świetlicę, koloruje, gra w gry. Lubi zajęcia kulinarne. Czeka na wspólne gotowanie. W DPS-ie ważne są drobne rytuały – rehabilitacja, ćwiczenia, spotkania z pozostałymi pensjonariuszami. To one porządkują dzień.
– Lubię rehabilitację – mówi inna mieszkanka. – Przynajmniej się ręce i nogi trochę ruszają.
Ma pokój jednoosobowy. Jest osobą niewidomą, dlatego potrzebuje więcej przestrzeni i spokoju.
Sześć domów i ten ostatni
Pan Stefan jest tu od siedemnastu lat. To jego – jak mówi – szósty dom.
Nie każdy trafia do DPS-u od razu. Czasem poprzedza to kilka innych miejsc, próby, przeprowadzki. W tle zawsze jest jakaś historia: rozjechana po świecie rodzina, pogarszający się stan zdrowia, samotność.
– Chcemy być rodziną – mówi dyrektor. – Ja często żartuję, że mam bardzo dużą rodzinę -dodaje.
Zastanawiamy się, czy instytucja może zastąpić dom? Odpowiedź nie jest prosta.
– Domu nic nie zastąpi – przyznaje. – Ale przychodzi moment, kiedy człowiek potrzebuje wsparcia. Czasem wystarczy ktoś obok, kto przypomni o lekach. Kto zapyta, jak się czujesz.
W dobie dyskusji o deinstytucjonalizacji – czyli odchodzeniu od całodobowych placówek na rzecz wsparcia środowiskowego – takie miejsca budzą emocje. Jedni widzą w nich ostateczność. Inni – ratunek.
– Jestem orędownikiem tego, żeby jak najdłużej żyć w swoim środowisku – mówi dyrektor. – Ale kiedy zostajemy sami, dobrze, że jest gdzie pójść. A rodzina? Często pracuje, mieszka daleko. Ważne, żeby miała pewność, że bliski jest bezpieczny.
Strefa „Chill Out”
Na jednym z pięter mieści się „Strefa Chill Out”. Powstała dzięki młodzieży z Gliwic, która wymyśliła projekt i zdobyła sponsorów. Zielona fototapeta uspokaja, półki uginają się od książek. Jest mini bilard. Przy stojącym na środku stole czwórka pensjonariuszy gra w Rummikuba.
Pogodna starość?
Często mówi się „dom pogodnej starości”. Brzmi jak slogan. A jednak w tych jednoosobowych pokojach, w rozmowach o pizzy i rehabilitacji, w żartach o za mało słonym rosole widać coś więcej niż instytucję.
Widać próbę zbudowania wspólnoty.
Starość bywa trudna. Bywa bolesna. Bywa samotna. Ale tutaj, na Sikorniku, między świetlicą a jadalnią, widać, że nawet w instytucji można zbudować mały, prywatny świat. Z przyjaciółmi. Z nową, nieoczywistą rodziną.
W Gliwicach funkcjonują trzy całodobowe Domy Pomocy Społecznej oraz dwa Domy Dziennego Pobytu.
Na terenie miasta działają:
Łącznie w całodobowych DPS-ach na terenie Gliwic przebywa obecnie 227 osób.
Z informacji przekazanych przez władze miasta:
do DPS „Nasz Dom” oczekuje ok. 25 osób, do DPS „Opoka” – ok. 10 osób, do DPS „Nazaret” – 6 osób.
Dodatkowo 21 osób oczekuje na miejsca w specjalistycznych domach pomocy społecznej poza Gliwicami – są to placówki o profilu, którego miasto nie posiada (np. dla osób chorych psychicznie lub wymagających szczególnej opieki).
Rotacja miejsc następuje m.in. w sytuacjach przekierowania ze szpitali.
W Gliwicach działają dwa dzienne domy pomocy społecznej:
przy ul. Kozielskiej (dzielnica Wojska Polskiego), przy ul. Partyzantów (Łabędy).
Każdy z nich dysponuje 30 miejscami. Placówki funkcjonują w godzinach 7.30–15.30 i przeznaczone są dla seniorów, którzy nie wymagają całodobowej opieki, ale potrzebują wsparcia i aktywizacji w ciągu dnia.
Z ostatnich informacji wynika, że w domach dziennych nie ma obecnie stałej kolejki oczekujących – zdarzały się sytuacje, gdy zwalniały się miejsca i konieczne było ich dodatkowe promowanie.
Pobyt w całodobowym domu pomocy społecznej jest odpłatny. Wysokość opłaty uzależniona jest od:
dochodu seniora, możliwości finansowych osób zobowiązanych do alimentacji, indywidualnej decyzji administracyjnej.
Koszty mogą wynosić od kilku do kilku tysięcy złotych miesięcznie.
Podstawowym kryterium przyjęcia do DPS jest stan zdrowia i brak możliwości zapewnienia odpowiedniej opieki w środowisku domowym. Przyznanie miejsca następuje w drodze decyzji administracyjnej i uzależnione jest również od dostępności miejsc.
Na ten moment miasto nie planuje budowy nowych całodobowych domów pomocy społecznej. Prowadzone są natomiast remonty i modernizacje istniejących obiektów.
Rozważane jest utworzenie środowiskowego domu samopomocy dla osób z chorobami otępiennymi – wstępnie analizowana jest możliwość adaptacji jednego z obiektów przy ul. Tarnogórskiej.
Miasto deklaruje również rozwój usług środowiskowych oraz alternatywnych form wsparcia, takich jak mieszkania współdzielone (co-housing).
Adriana Urgacz-Kuźniak


Komentarze (0) Skomentuj