Lokator zlikwidował stary piec. Normalnie dostałby od gminy finansową premię. Zamiast tego otrzymał wezwanie do zapłaty.
Zarządca miejskich budynków starał się „wydusić” z lokatora kilkanaście tysięcy złotych za remont w jego dawnym mieszkaniu. Decyzją sądu roszczenia trafiły do kosza. Gmina ugrałaby jednak swoje, gdyby w ostatniej chwili w spór nie włączył się obrońca.

Rozstrzygnięcie to finał sprawy, o której pisaliśmy w grudniu ubiegłego roku. Artykuł „Lokator nie chce płacić za gminę” streszczał historię sporu między ZBM II TBS i mieszkańcem. Miejski zarządca żądał 15 tys. zł z tytułu odszkodowania za rzekome zniszczenie centralnego ogrzewania. Zadziwiające w tej sprawie było to, że roszczenie dotyczy instalacji, która pojawiła się w mieszkaniu za sprawą lokatora. I za jego pieniądze.

Przypomnijmy najważniejsze fakty. Lokator, Jerzy Chmielewski, kilka lat temu dokonał zamiany mieszkania z miastem. Wszystko przebiegło zgodnie z prawem. Odbiór odbył się  bezproblemowo - zarządca nie miał większych uwag do jego stanu technicznego, również ze względu na instalację, która stała się potem przedmiotem sporu. Sprawa wydawała się zamknięta.

Ale nie dla gminy. Historia przypomniała o sobie Chmielewskiemu w grudniu ubiegłego roku, niemal cztery lata po przeprowadzce. Wróciła w postaci nakazu zapłaty na kwotę blisko 20 tys. zł. Należność główna dotyczyła kosztów odtworzenia ogrzewania w jego dawnym mieszkaniu. Cóż się okazało? Administracja, po fakcie, stwierdziła dewastację ogrzewania, winiąc  byłego lokatora i  nakazując konieczność dokonania wymiany instalacji z myślą o dalszym wynajmie.

Żądania miasta wprawiły lokatora w osłupienie. Nie tylko dlatego, że nic nie zapowiadało takiego obrotu rzeczy. Również z tego względu, że raz już poniósł koszty ogrzewania. Gdy obejmował mieszkanie, grzejników nie było. Był kaflowy piec. Centralną instalację wykonał na własny koszt. Węglowy kocioł wstawił do piwnicy, poprowadził rurki, powiesił grzejniki. Wszystko to jednak, i tu popełnił błąd, zrobił na własną rękę, bez zgody właściciela i nadzoru budowlanego. Z przezorności, bo z czadem nie ma żartów, zlecił dokonanie przeglądu uprawnionemu instalatorowi. Fachowiec nie miał zastrzeżeń.

Całej masy nieprawidłowości dopatrzył się natomiast administrator. Centralne wykonano nielegalnie, metodą gospodarską, niefachowo, z wykorzystaniem nieodpowiednich materiałów i pieca bez atestów, co sprawiło, że ogrzewanie nie mogło zostać dopuszczone do użytku – punktował lokatora przedstawiciel zarządcy.
Może coś było na rzeczy. Zastanawiające jednak, że wady ujawniły się dopiero pod nieobecność Jerzego Chmielewskiego w mieszkaniu, gdy nie mógł już zabrać głosu. Poza jego plecami dokonano również remontu. Niesprawne ogrzewanie należy do kategorii spraw pilnych. Z tego względu do myślenia daje blisko rok zwłoki na jego wymianę. Nie wiedzieć czemu, musiało upłynąć dalszych 12 miesięcy, by ZBM wystawił fakturę dla wykonawcy.

Wydawało się, że, wbrew wymowie faktów, przeważy zdanie miasta.Sąd Rejonowy w Gliwicach, we wrześniu ubiegłego roku, wydał nakaz zapłaty. Widmo komornika zdopingowało rzekomego dłużnika do szukania profesjonalnej pomocy prawnej. A obrońca rozbił roszczenia gminy w pył.

- W argumentacji drugiej strony pełno jest luk i sprzeczności – mówił nam w grudniu ubiegłego roku adwokat Tomasz Schreiber, pełnomocnik Chmielewskiego. - Mój klient nie miał najmniejszego wpływu na decyzję w związku z wymianą ogrzewania. Wystarczy spojrzeć na daty. Remont od momentu wyprowadzki dzieli rok, faktura za wykonanie prac pochodzi ze stycznia 2014, a wezwanie do zapłaty dopiero z grudnia 2016 r. Co więcej. Od dnia, w którym doszło do odbioru mieszkania, a dniem złożenia pozwu, minęło dużo więcej czasu niż trzy lata. W świetle prawa nawet ewentualne roszczenie należy uznać za przedawnione.

Sprawa, w związku z zażaleniem na nakazy zapłaty, wróciła do punktu wyjścia. Szczęśliwy dla Chmielewskiego finał znalazła kilka tygodni temu - sąd oddalił pozew. Gmina pogodziła się z przegraną i wyrok stał się prawomocny.

- Tym razem sprawiedliwości stało się zadość. Ale nie daje mi spokoju myśl, jak potoczyłaby się sprawa, gdybym do końca występował sam, bez wsparcia prawnika. Już choćby sytuacja przedawnienia musiała być oczywista dla drugiej strony. Po korzystnym dla mnie wyroku jeszcze jaśniejsze się staje, że miasto zachowało się jak pazerny kamienicznik – z pozycji silniejszego próbowało wymusić nienależne mu pieniądze – mówi Chmielewski.

(pik)
wstecz

Komentarze (0) Skomentuj