Rozmowa z Krzysztofem Kobylińskim, kompozytorem, twórcą i dyrektorem artystycznym festiwali Filharmonia i PlamJazz.    
Zacznij, proszę, od podsumowania PalmJazzu; jaka była ta edycja?

Ciężko powiedzieć. Moim zdaniem chyba dobra (śmiech).

Oczywistości zostawmy na boku. Ale co Cię najbardziej poruszyło, przy ogólnie wysokim poziomie całości? To przecież kwestia gustu.

Najlepszy chyba koncert tego festiwalu to dla mnie koncert Steve’a Colemana. Interesującym wynalazkiem był na pewno Ole Onambule, a z takich charakterystycznych rzeczy – Alfredo Rodriguez i, oczywiście, Joshua Redman oraz Al Di Meola, ale to akurat są headlinerzy, więc nie ma co się nad tym rozwodzić.

Dlaczego Coleman?

Poza samym Colemanem, moim zdaniem najlepszym muzykiem tego festiwalu – cały zespół miał fantastyczną wyobraźnię, znakomitą technikę, wiedział o czym gra i co chce przekazać. Znakomita energia i estetyka, bo łączył wartości estetyczne i emocjonalne – dlatego, w największym skrócie.

Widzisz możliwości współpracy z jakimiś artystami, którzy wystąpili w tej edycji? Jakieś nagrania, wspólne sesje?

Umówiłem się na sesje z Joshuą Redmanem i Lurą…

Brzmi smakowicie…

… Chciałbym, żeby w 2018 roku doszło przynajmniej do jednej z trzech sesji: z Joshuą Redmanem, z Lurą lub z Johnem Patituccim.

Patitucci był już u nas w Gliwicach…

Tak, na wiosnę tego roku, w ramach Filharmonii, zresztą znakomity koncert zagrał. Moim zdaniem, jednej z najlepszych koncertów wtedy. Redman był jesienią, na PalmJazzie i Lura też.

Koncert Lury wywołał wielki entuzjazm, rzadko się zdarza, żeby wszyscy słuchacze poszli w pląs na sali…


I dobrze (śmiech). Ja się cieszę, bo to dobrze dla festiwalu, że się takie rzeczy dzieją, choć z jazzem to nie ma nic wspólnego. Lura jest, poza dyskusją, „zahaczona” w muzyce etnicznej i dlatego myśmy ją pokazali.

A jak oceniasz swoją tegoroczną współpracę z Erikiem Truffazem? On wypowiada się o tym w superlatywach.

Nagraliśmy materiał na płytkę, zagraliśmy też koncert w Koszycach, a w przyszłym roku tez pewnie zagramy parę razy ze sobą i być może Erik będzie również gościem KK Pearls. W marcu (2018 r. – przyp. red.) wydajemy „Give me November”, które zresztą, decyzją producenta, będzie się nazywać inaczej, na Polskę, Niemcy, Szwajcarię.

À propos Pereł. Wiem, że macie w zwyczaju zapraszać różnych muzyków do współpracy, ale jak wygląda teraz stały skład zespołu?


Trzon pozostaje ten sam: Reut Rivka (wokal), Dima Gorelik (gitara), Edi Sanchez (gitara basowa). Wiele wskazuje na to, że latem zagramy ciekawy koncert, w którym wezmą udział Trilok Gurtu i Erik Truffaz. W Koszycach, 17 lipca, w zamkniętej hali, na scenie wypełnionej wodą. Na wodzie pływająca platforma, a na niej – zespół. Dodatkowo zostanie to jeszcze bardzo dobrze oświetlone, bo Słowacy są w tej dziedzinie mistrzami w Europie. Koncert jest właśnie ich pomysłem i ma otwierać międzynarodowy showcase na trzy festiwale: słowacki (Hevhetia) oraz dwa polskie (Filharmonia i Voicingers).

W tym roku nie tylko występowałeś z KK Pearls, ale też, a może nawet przede wszystkim, miałeś serię koncertów solowych. To duża rzecz – po latach bez koncertowania – zebrać się w sobie i wyjść na scenę, a koncerty solo stanowią kolejne piętro trudności. Czy to wymagało wiele pracy?

Przede wszystkim odwagi… Odwagi, żeby zagrać pierwszy koncert, tak… (śmiech) Ten pierwszy koncert był w 2016 r., w marcu, w Jazovii. A już w tym roku na przykład grałem solo: w Pasawie (Passau Jazzfest) dwa koncerty z dwoma różnymi repertuarami – to dla mnie też było wyzwanie, na London Jazz Festiwal, w Korei na Jarasum Jazz Festiwal. I oczywiście w różnych innych miejscach – Freibergu, Koszycach, Kijowie, Budapeszcie, Luksemburgu…

Które z tych występów wspominasz najmilej – ze względu np. na atmosferę…


Najlepszą atmosferę miał koncert w Montrealu (w ramach Montreal Jazz Festival – przyp. red.), gdzie grałem w kwartecie z Kanadyjczykami, ale w tym były duże partie solowe (a to się działo w klubie Upstairs Jazz Bar & Grill, w którym przed nami i po nas na tym festiwalu występowali rzeczywiście najlepsi muzycy na świecie). I ludzie, którzy tego słuchali, a akurat byli w trakcie jedzenia hamburgera, przestali żuć, co było wyraźnie słychać (śmiech). Znakomity odbiór, co zresztą potwierdziło się przy sprzedaży płyt.

Podsumujmy: bardzo długi czas nie grałeś koncertowo, a wychodzisz i dajesz radę. Ilu osobom w branży to się jeszcze udało?

Nie wiem (śmiech). Ale w przyszłym roku będę dużo grał solo, bo na przełomie stycznia i lutego mam trasę na Ukrainie, 15 lutego koncert w Paryżu, a w maju w Zagrzebiu. Dwa koncerty na Bohemia Jazz Festival – to na początku lipca, w tym samym miesiącu gram w Pescarze we Włoszech w ramach festiwalu jazzowego, a początek sierpnia to znowu Passau i zaraz potem Ottobrunn (Niemcy) oraz Moskwa – Jazz in Hermitage Garden. Pod koniec września Londyn (PalmJazz Days), w październiku występy na Słowacji: Orava i Presov, a także na Luksemburg Jazz Meeting, 11 listopada planuję w Jazovii zagrać Koncert Niepodległości, jako jeden z punktów programu PalmJazz Festival, i kończę rok występów solowych w Tilburgu (Holandia)… Do tego dochodzą jeszcze duety – z Reut, Erikiem Truffazem, Daniele di Bonaventurą i, oczywiście, koncerty z KK Pearls, których też mamy sporo, zwłaszcza w okolicach wakacji i pod koniec roku. Także trochę tego jest.

A od czego się zaczęła twoja kariera jako solisty?

Namówił mnie dyrektor artystyczny festiwalu Jazz na Starówce Krzysztof Wojciechowski. On robił taki jazzowy festiwal filmowy i zapytał mnie, czybym nie zagrał solo. Ja się zgodziłem, ponieważ to za mną chodziło, a potem z przerażeniem, po tym pierwszym solowym koncercie w Jazovii, ze trzy dni później pojechałem na jego festiwal (śmiech). Tak to mniej więcej było.

Można powiedzieć, że zdałeś taki test testów: wychodzisz, grasz, ludziom się to podoba albo nie. A musi się podobać, skoro masz tak zapchany grafik koncertów – czyli rezultat przyniosły wytrwałość, ciężka praca…

I trochę talentu może… (śmiech)

Ale często się przecież powtarza, że talent to te 20 procent sukcesu, a co do reszty – trzeba się naprawdę przyłożyć do tego, co się robi.

Mniej więcej tak. Nic się nie robi samo, choćbym chciał, żeby tak było, szczęśliwy byłbym nawet. Ale nie.

Wielu jest ludzi utalentowanych i pracowitych, ale to ty odniosłeś sukces. Jaką masz receptę?


Myślę nad tym, co robię. Staram się też, robiąc cokolwiek, działać systemem budowania góry. Sypię piasek ze wszystkich stron dookoła, czyli kompleksowo patrzę na rzeczy i tak też działam, i to mi pomaga poruszać się w rzeczywistości nastawionej już na samą muzykę.

Jak się czuje człowiek spełniony? Masz jakieś kolejne cele?


Przyznam, że czasem walczę z motywacją… (śmiech) Bo nigdy nie miałem żadnych szczególnych celów finansowych. Muzyka to było niezrealizowane marzenie z młodości i nie miałem już na kiedy tego przełożyć. A teraz najbardziej się czuję zmotywowany, jak wpadnie mi coś nowego głowy, kiedy gram na fortepianie, albo jak powtarzam to któryś raz z rzędu (bo musisz zagrać taki motyw kilkaset razy, żeby miał jakiś kształt i był w miarę rozsądnie wykonany). Wtedy mam wielką przyjemność. Mimo że potem, jak gram nowy utwór na koncercie, jest przerażenie – bo jest nowy i ma ileś takich elementów, które na ogół nie są łatwe, dlatego że staram się, żeby w muzyce, którą gram, były emocje, warstwa harmoniczna, a pod tym – drugie dno, złożona struktura.

Mówisz o komplikacjach, a przecież twoje utwory bez trudu zdają test „zapadalności w ucho”, wydają się proste, a przy tym melodyjne…

I o to właśnie chodzi, bo ja bardzo o to dbam. Zawsze szukam melodii, ale zawsze szukam też wrażenia estetycznego. A wspomniane drugie dno trzeba przecież czymś „zrobić”, cały czas pamiętając o pierwszym planie: emocjach, melodii. Także, jak lecą równocześnie dwa rytmy czy różne harmonie, nie jest łatwo, bo wszystko musi się przecież trzymać kupy. I sprawia mi też wielką przyjemność granie melodii niebywale prostych, prawie na poziomie przeboju weselnego, a jednocześnie wymagających technicznie. Więc to bardzo interesujące od strony poznawczej, wykonawczej, każdej.

Zauważyłam, że twoje płyty wydaje przede wszystkim słowacka Hevhetia, ale ostatnio nawiązałeś też współpracę z niemiecką wytwórnią O-Tone...


Słowacy wydadzą mi płytkę z di Bonaventurą, a w O-Tone ukaże się duet z Erikiem Truffazem.

Dlaczego wybrałeś właśnie Hevhetię i O-Tone?

Bo Hevhetia ma dystrybucję w 20 krajach, w tym w Japonii, a O-Tone proponuje mi wejście na rynek niemiecki i Szwajcarię. Posiadam sporo nagranego materiału, a w przyszłym roku chcę wydać album solowy i, jak się uda, płytkę z kwartetem smyczkowym, a może nawet z chórem.

Co do planów na przyszły rok – masz już gwiazdy na wiosenny i jesienny festiwal?


Odpowiedź jest złożona, bo mówimy o procesie. Zaczynasz od budowania kontaktów. Jeździsz w różne miejsca, w 2018 roku to będą np. Kopenhaga (spotkanie polsko-duńskie) czy Kolonia (zjazd festiwali, które się chcą „olinkować). Każdej z tych imprez towarzyszą showcase’y, dzięki czemu możesz sobie posłuchać różnych wykonawców, w ten sposób zwiększając swoją bazę. Dodatkowo dostajesz po kilkaset płyt i maili od osób, które chcą u ciebie zagrać i się w ten sposób wypromować, masz też osobiste kontakty z innymi ludźmi z branży, starannie pielęgnowane. Z tej bazy kontaktów wybieramy artystów, których chcielibyśmy mieć. A potem zastanawiamy się, na jakie nazwiska z tych chcianych nas stać. Najpierw myślimy o gwiazdach. One kosztują najwięcej i drenują twój budżet, są też najtrudniejsze do pozyskania, ale promują twoją imprezę i przyciągają ludzi, zwłaszcza tych, którzy nie są stałymi bywalcami.

I kto w 2018 roku ma być takim magnesem na słuchaczy?

Tym razem 21 kwietnia na Filharmonii będziemy mieli Chicka Coreę, a na PalmJazzie w Raciborzu zagra 24 listopada Jan Garbarek. Planujemy też pozyskanie na PalmJazz Angelique Kidjo, ale to wszystko kwestia budżetu, choć mam nadzieję, że uda nam się ściągnąć jeszcze parę gwiazd, takich jak Dianne Reeves lub Branford Marsalis, żeby zagrały na PalmJazzie. Czasem negocjacje z tymi gwiazdami trwają po kilka lat, ale jak już je pozyskasz, możesz przystąpić do festiwalu właściwego, czyli skompletowania spektrum wykonawców mniej znanych, choć tak naprawdę to oni tworzą oblicze festiwalu i decydują o jego charakterze. Dlatego jestem gorącym przeciwnikiem tworzenia festiwalu z samych gwiazd. Choć krąży pogłoska, że właśnie robię festiwale z samych gwiazd (śmiech).

Pogłoska? W takim razie co planujesz, oprócz gwiazd? 

W pierwszej części Filharmonii na przykład, będzie Dzień Holenderski, będzie Lars Danielsson – kontrabasista grywający z Leszkiem Możdżerem, będzie brazylijski zespół Nomade Orquestra w 9-osobowym składzie, Włosi, zespół piosenki francuskiej, Dzień Austriacki. Zapowiada się więc ciekawie.

Po tylu sukcesach czego życzysz sobie na następny rok?

Żeby moi najbliżsi byli szczęśliwi.

A zawodowo?

Żeby mi się udało zagrać na fortepianie to, co bym chciał zagrać. I żeby mnie samemu to się podobało.

Rozmawiała:
Eve Sand
Festiwale Filharmonia i PalmJazz finansowane są ze środków  miasta Gliwice.
wstecz

Komentarze (0) Skomentuj