Chcieliśmy eksplorować w starym stylu, nie korzystając z usług pośredników turystycznych, tylko dogadując się bezpośrednio z tamtejszymi społecznościami plemiennymi. 
Z Mateuszem Wrazidło, doktorantem w Katedrze Podstaw Konstrukcji Maszyn Politechniki Śląskiej, kolekcjonerem rzadkich gatunków roślin i podróżnikiem, rozmawia Małgorzata Lichecka.  

Już jako dziewięciolatek pasjonował się pan roślinami owadożernym. Jak była pierwsza ? 
Dzbanecznik kupiony w markecie OBI w Katowicach w 2003 roku. 

Czy te rośliny są wymagające ? Miałam muchołówkę i przyznam się, że nie udało się jej utrzymać. 
Wielu rzeczy musiałem się nauczyć, ważne jest także to, na jakich roślinach się skupimy. Mięsożerne występują praktycznie na każdym kontynencie, poza Antarktydą, w różnych strefach klimatycznych, wymagają też różnych warunków. Muchołówka z marketu całkowicie innych niż gatunki tropikalne. Ona wytrzyma na parapecie, jeśli zapewnimy jej dobre warunki plus zimowanie, ale już heliamfora lub dzbanecznik zazwyczaj potrzebuje terrarium. 

Ma pan ich pewnie w domu z kilka.
Zaczynałem, jak większość, od hodowli parapetowej, potem, kiedy wyspecjalizowałem się w gatunkach tropikalnych, pojawiły się właśnie terraria, a teraz mam komory uprawne, przygotowane pod konkretny typ klimatu występujący w górskich warunkach tropikalnych - ze sterowaniem temperatury, systemem klimatyzacji, nawilżaniem, zraszaniem, automatycznym oświetleniem o specjalnie dobranym spektrum. 

Jak długo się pan tego uczył? No i chyba oprócz wiedzy trzeba mieć rękę do roślin. 
Kiedy uprawiałem pierwsze rośliny, na polskim rynku istniała tylko jedna książka, i to z masą niedopowiedzeń i błędów, o czym przekonałem się weryfikując je w czasie hodowli. Internet dopiero raczkował, zresztą w domu nie miałem komputera, korzystałem z niego jedynie na kółku informatycznym w szkole. No i wtedy istniały w Polsce jedna czy dwie strony internetowe zajmujące się takimi roślinami. Kiedy byłem już językowo sprawny, działałem na zagranicznych forach. Lata praktyki, cykle utraty roślin, zdobywanie nowych okazów dzięki powiększającej się sieci kontaktów, po prostu mozolna nauka. 

Jest pan w stanie powiedzieć ile roślin liczy pana kolekcja?  
Mam w domu cztery, dość zaawansowane, komory uprawne, jednak trudno określić dokładną liczbę roślin. Niektóre, wielkościowo, przypominają mech i w jednej doniczce może być nawet kilkadziesiąt pojedynczych osobników, więc nie jestem w stanie tego policzyć. W ostatnim czasie kolekcjonerstwo zeszło na dalszy plan trochę dzięki temu, że w komorach stosuję automatykę i nie wymaga to aż tak dużego nakładu pracy. Wystarczy wszystko dobrze nastawić na programatorach. 

Dlaczego zainteresował się takimi gatunkami. Dziewięciolatek to bardziej boisko niż uprawy. 
Od zawsze pasjonowałem się przyrodą, botaniką. Dziwiło mnie dlaczego rośliny potrafią samodzielnie karmić się innymi stworzeniami. Poza tym w dzieciństwie chyba za dużo naoglądałem się Jurassic Park. 

No tak, to pobudza wyobraźnię. I też popycha do podróżowania. 
Jestem Ślązakiem, więc w moim przypadku fach inżyniera to bardziej rodzinna tradycja. Pasja do roślin szła równolegle, a kiedy zaczynałem rozwijać ją od technicznej strony, poprzez budowę komór uprawnych, zawód połączył się z pasją i zaczęły się uzupełniać. A podróżowanie? Najpierw wycieczki, prawdziwe wyprawy przyszły później. 

Kiedy zapragnął pan te rośliny z terrariów zobaczyć na żywo, w ich naturalnym otoczeniu? Powiem z własnego doświadczenia: strelicje królewskie pięknie wyglądają w wazonie, ale najpiękniej prezentowały się w ogrodach na Maderze. Podobnie grubosze z mojego parapetu, które są tam naturalnymi żywopłotami. 
Od niedawna mam w mieszkaniu dwumetrową strelicję … Co do podróżowania, jako nastolatek jeździłem na przykład w Tatry z rodzicami i tam szukałem roślin. Potem zafascynowały mnie rejony arktyczne i taką pierwszą, nazwijmy to, ekspedycję zorganizowałam w całkowicie nietropikalne rejony, bo na archipelag Svalbard na Oceanie Arktycznym, którego największą wyspą jest Spitsbergen. W 2016 roku planowałem samotny wyjazd na Alaskę. Od lat działałem już w grupach międzynarodowych kolekcjonerów roślin, miałem sporo kontaktów, między innymi z brytyjskim geografem Stewartem McPhersonem, specjalizującym się w biogeografii roślin mięsożernych. On szczególnie skupił się na Azji Południowo- Wschodniej np. wyspie Borneo, a także na południowoamerykańskich górach stołowych tepui. Latem 2016 roku dostałem od niego maila, że właśnie planuje ekspedycję na najwyższe tepui, będące jednocześnie najwyższym szczytem Brazylii - Pico da Neblina. W ekipie było jeszcze jedno wolne miejsce, więc zdecydowałem się dołączyć. Wyprawa odbyła się w styczniu 2017 roku, po drodze okazało się, że Brazylia nie wypaliła i pojedziemy na płaskowyż Acopan – tepui w Wenezueli. Zamiast Alaski ten pierwszy raz wylądowałem w prawdziwie tropikalnym środowisku, i od razu rzucony na głęboką wodę, w kraju ogarniętym szalejącym kryzysem gospodarczym i niepokojami społecznymi, o którym zawsze myślałem, że choć raz muszę go na starość zobaczyć. A kiedy wszedłem na szczyt mojego pierwszego tepui, i zobaczyłem tę niesamowitą bioróżnorodność, nie minęło nawet pół roku, a już planowałem kolejne ekspedycje, a niewiele później zacząłem podróżować tam sam. 

Co znaczy „tepui”? 
To nazwa używana przez ludność plemienną. W literaturze opisuje się je zazwyczaj jako “Dom Bogów”. Ale z rozmów z moim przyjaciółmi z tamtejszych plemion Pemón i Akawaio wiem, że to nieprawda. “Tepui” w ich języku znaczy “kiełkująca skała”. Faktycznie pasuje, bo te góry wyglądają jak ścięte pnie drzew wystające nad horyzont spośród sawann i tropikalnych lasów. 

Jaka to była ekspedycja z 2019 roku? Ta, którą organizował pan pod kątem zbierania materiałów do badań związanych z doktoratem? Bardziej w nowoczesnym stylu, z technicznym gadżetami, czy w dawnym, z przedzieraniem się z maczetami przez niedostępne rejony? 
Wiele z tych gór można dziś przejść wytyczonymi szlakami, w dobrym tempie da się dojść na przykład na jeden z bardziej znanych tepui - Mount Roraima w jakieś trzy, cztery dni od strony wenezuelskiej. Ale my chcieliśmy eksplorować w starym stylu, nie korzystając z usług pośredników turystycznych, tylko dogadując się bezpośrednio z tamtejszymi społecznościami plemiennymi. W Wenezueli było to łatwiejsze, w Gujanie już niekoniecznie - potrzebowaliśmy rządowych zgód, wydawanych przez ministerstwo z Georgetown, stolicy Gujany, tylko na sam wjazd na tereny plemienne, więc ekspedycję poprzedzały miesiące poszukiwań i przygotowań, a jeśli były to społeczności bez kontaktu telefonicznego, które żyły na terenach gdzie do dziś nie ma sygnału i połączenie jest niemożliwe, wyczekiwaliśmy aż szefowie (zwani Toshao) tych wiosek będą w stolicy, i wtedy mój przyjaciel próbował złapać kontakt. Wymagało to dużego nakładu czasu i wyrzeczeń - do połączeń musiałem brać pod uwagę różnice stref czasowych, więc organizacja wypraw wymagała nieprzespanych nocy. 

Teren płaskowyżu, na który wyprawiliście się w 2019 roku jest olbrzymi, zaczyna się od 1500 metrów nad poziomem morza.
Była to ekspedycja na płaskowyż Waukauyengtipu w regionie Cuyuni-Mazaruni Gujany, niedaleko granicy z Wenezuelą. Organizowałem ją z fotografem z Gujany Darrell’em Carpenay. Do grupy należeli także Orson Hinds oraz polska biolog Izabela Stachowicz, w terenie zaś towarzyszyli nam mieszkańcy wioski Paruima należącej do plemienia Pemón Arekuna - Calio Elliman, Charlie Elliman i Alex Smith. Wyprawa była drugą w historii, która dotarła na ten płaskowyż. Wcześniej teren był badany jedynie przez ekspedycję Smithsonian Institution w 1997 roku, pod przewodnictwem botanika - H. Davide’a Clarke’a. Płaskowyż nie wygląda spektakularnie w porównaniu na przykład z bardziej sławną Roraimą, wznosząca się na prawie 3 tys. metrów, nasze tepui wynosi się jedynie na 1500 metrów i w większości jest porośnięte lasem mglistym. Wyprawa była rozpoznaniem pod projekt doktorancki, opierający się na konstruowaniu i sprawdzaniu sprzętu. Jednym z jego elementów jest sonda klimatyczna zbierająca dane środowiskowe z tego terenu, drugim, komora klimatyczna, łącząca się z tą sondą satelitarnie, pobierając z niej dane, by później symulować warunki zarejestrowane przez sondę, i w komorze hodować gatunki rosnące w rejonie tej góry. Ta wyprawa miała tak naprawdę potwierdzić, czy to miejsce jest zasadne i dostępne jako baza badawcza do umieszczenia tego sprzętu. Pandemia pokrzyżowała moje plany, bo nie mogłem podróżować, ale ekspedycja rozpoznawcza dotarła na płaskowyż, przygotowaliśmy dość obszerny raport z obserwacji botanicznych, zaś później, w trakcie kwerendy okazało się, że mapy tego rejonu są nieprecyzyjne, bo nawet nazwa góry jest mylona z inną w tym rejonie. Więc badania pod projekt inżynierski przekształciły się w badania geograficzne oraz botaniczne, a przez przypadek, i trochę szczęścia, dokonaliśmy odkryć z całkiem innych dziedzin.

Pierwsza ekspedycja z 1997 roku nie wiedziała, że z tym nazewnictwem, odległościami szczytów, jest coś nie tak?  
Kiedy w 1997 roku Clarke pojechał na tę górę, bazował na swoich kontaktach z miejscowymi plemionami, a dla nich nazwa Waukauyengtipu była czymś naturalnym. Więc Clarke w swoich raportach użył potem dokładnie tej nazwy. Problem jednak pojawił się, kiedy później inni badacze z jakiegoś powodu doszli do wniosku, że Waukauyengtipu to synonim nazwy Cerro Venamo, góry już leżącej po stronie innego państwa, czyli Wenezueli. Obie góry, będące co prawda częścią wspólnego masywu, dzieli 27 km. Jako że wypraw w ten rejon praktycznie nie było, inni naukowcy – geografowie, botanicy, powielali to, bo przecież nikt nie sprawdzał, gdzie, która góra leży i jakie powinny być prawidłowe koordynaty. Teren jest bardzo dziki i w dużej części niezbadany, a także trudny do poruszania się. W większości jest porośnięty gęstym, dziewiczym lasem deszczowym, sam szczyt płaskowyżu charakteryzuje się zaś dużą ilością terenów podmokłych. Jest to teren w większości uniemożliwiający nawet wylądowanie helikopterem, przez co najlepszy sposób na jego eksplorację to oldskulowe wyprawy piesze. Zauważyłem więc, że w literaturze pojawia się, zamiennie Cerro Venamo z Waukauyengtipu, tak jakby ktoś doszedł do wniosku, że to te same góry. Moją publikacją (w której jednym ze współautorów jest właśnie H. David Clarke, lider ekspedycji Smithsonian na Waukauyengtipu z 1997) dowiedliśmy, że nie powinno tak być, i trzeba w tym rejonie dalej poprowadzić prace badawcze, by uniknąć dalszego powielania nieprawidłowych informacji.

Czy to jest tak jakby ktoś na przykład mówił, że Rysy to to samo co Mnich.
Mniej więcej. 

Co pana tknęło, że jest coś nie tak?
Po powrocie z ekspedycji, kiedy szukałem informacji do raportów, kontaktowałem się też z badaczami – specjalistami tego regionu, z botanikami, zoologami, geografami. Jeden, drugi, trzeci zaczął mi pisać „super, byłeś na Cerro Venamo”. Ja na to ”nie na Venamo tylko na Waukauyengtipu”. Dla nich być może był to mało istotny szczegół, dla mnie nie – jeśli mamy być naukowcami, musimy być precyzyjni. Ujawnione błędy opisano na łamach czasopisma „Miscellanea Geographica”. Współautorami publikacji są brytyjski geograf Stewart McPherson oraz H. David Clarke, lider ekspedycji Smithsonian z 1997 roku. Nazwy tych gór w większości przypadków są utrwalonymi w przekazach ustnych nazwami zaczerpniętymi z języków plemiennych. Zachowując je, dbamy o promocję ich dziedzictwa kulturowego i tradycji.

Jak pan się czuł na tym płaskowyżu? Euforycznie? 
Mimo że droga nie była ekstremalnie trudna, świadomość, że jest się jedną z niewielu osób, które widziały to miejsce i postawiły tam stopę, jest niesamowita. Tego nie da się opisać. Pasjonat, nawet tak bardzo obeznany z widokiem różnych roślin, kiedy ma możliwość oglądania ich w naturalnym środowisku, z potencjalną szansą na znalezienie nowych gatunków, czuje się jak dziecko w ogromnym sklepie ze słodyczami. Te płaskowyże to region świata o jednym z największych wskaźników endemizmu. Jest tam bardzo wiele gatunków o zasięgu występowania ograniczonym nawet do pojedynczego szczytu. Przy zmianach klimatu takie wrażliwe miejsce musi cierpieć, a niektóre z gatunków prawie na pewno wymrą w nadchodzących dekadach. Jeśli są gatunki od milionów lat przyzwyczajone do konkretnych warunków ,konkretnej góry, nawet drobne wahania mogą spowodować ich wyginięcie.

Po jednej z wypraw i panu udało się odkryć nowy gatunek. 
Po jednej z ekspedycji, kiedy współpracowałem z meksykańskim specjalistą od storczyków, udało nam się zidentyfikować całkowicie nowy gatunek storczyka. Postanowiłem dać przywilej jego nazwania mojemu przyjacielowi z wioski Paruima w Gujanie w ich języku plemiennym.

I jak się nazywa ten storyczyk?
Epidendrum katarun-yariku. W języku Pemón Arekuna znaczy to „wysoki kwiat” lub też „kwiat z wysokiego miejsca”, bo ten gatunek występuje tylko w partiach szczytowych gór tepui. 

Co, poza botaniką, zadziwiło pana podczas wypraw na tereny Wyżyny Gujańskiej? 
Z pewnością analogie między historią mieszkańców Śląska a rdzennej ludności Gujany i Wenezueli. Jestem akurat w trakcie lektury „Ballady o śpiącym lwie” Agaty Listoś – Kostrzewy, i zdumiewającym jest dla mnie, jak bardzo podobne pod pewnymi względami są losy społeczności plemiennych Gujany, z którymi miałem okazję współpracować, i Ślązaków w XIX wieku. Dzikie wydobycie złota, realizowane prymitywnymi technikami amalgamacji rtęcią na terenie Wyżyny Gujańskiej odbija się tragicznie na zdrowiu miejscowej ludności i na przyrodzie, w podobny sposób, co wydobycie cynku i węgla na naszych terenach w nie tak dalekiej przeszłości. Oczywiście, kolonialny rachunek krzywd i przywilejów pomiędzy Ślązakami a społecznościami plemiennymi Ameryki Południowej jest pod wieloma względami skrajnie różny, lecz trudno nie zauważyć sporych podobieństw w pewnych aspektach. 

Galeria

wstecz

Komentarze (0) Skomentuj