W czerwcu PreZero Arena Gliwice zamieni się w paryską operę. Na miejscu powstanie monumentalna scenografia, przyjedzie ponad 100 ton sprzętu, a widzowie zobaczą pełną wersję jednego z najsłynniejszych musicali świata. O tej produkcji rozmawiamy z Joanną Ernest, polską koordynatorką projektu.

Do Gliwic przyjedzie jedna z największych musicalowych produkcji świata. Z zewnątrz widz zobaczy gotowe widowisko, ale zanim to się stanie, do areny musi wjechać niemal cała paryska opera.

Jak wygląda przygotowanie takiego przedsięwzięcia?
To ogromne wyzwanie logistyczne. Do Gliwic przyjedziemy trzynastoma ciężarówkami, w których będzie ponad 100 ton sprzętu. W tych ciężarówkach znajduje się właściwie cała infrastruktura teatralna. Wewnątrz PreZero Areny Gliwice budujemy serce paryskiej opery: jej scenę, podziemia, kopułę i słynne schody. To naprawdę monumentalna konstrukcja.
Na szczęście logistyka jest bardzo dobrze dopracowana. To już prawie czwarty rok trasy tego musicalu, więc zespół doskonale wie, jak takie przedsięwzięcie przygotować.

Gliwice miały kiedyś Operetkę Śląską, za którą wiele osób wciąż tęskni. Oczywiście „Upiór w Operze” to musical, nie operetka, ale też łączy muzykę, teatr i wielkie widowisko. Czy w tym tytule rzeczywiście ważny jest operowy świat?
Bardzo ważny. Andrew Lloyd Webber, tworząc ten musical, złożył w pewnym sensie hołd światu opery. Kiedy po raz pierwszy zetknął się z powieścią Gastona Leroux, od razu usłyszał w głowie muzykę, która do dziś jest z tym tytułem nierozerwalnie związana.
To oczywiście historia dużo cięższa niż lekka operetka, ale opera jest tu obecna cały czas: w tytule, w świecie przedstawionym, w emocjach, w muzyce i w samej przestrzeni. Dlatego myślę, że dla publiczności, która tęskni za dużymi muzycznymi widowiskami, będzie to bardzo interesujące spotkanie.

Spektakl będzie wykonywany w języku angielskim. Czy widzowie, którzy nie znają dobrze języka, będą mogli swobodnie śledzić akcję?
Tak. Cały musical będzie wykonywany po angielsku, ale przygotowane są polskie napisy. Każdy widz będzie mógł śledzić akcję i dobrze odnaleźć się w historii. Oczywiście muzyka jest językiem uniwersalnym, ale zależy nam też na tym, żeby publiczność rozumiała tekst, relacje między postaciami i przebieg wydarzeń.

Zapewne wiele osób zastanawia się, czy duża hala areny jest odpowiednim miejscem na teatralne emocje. A jak Pani uważa?
To pełnowymiarowy musical, przygotowany właśnie na przestrzenie arenowe. Widzowie zobaczą całą historię, całe libretto, wszystkie emocje, orkiestrę, kostiumy, scenografię i słynny spadający żyrandol. To „Upiór w Operze” od początku do końca.
Skala jest arenowa, ale sens pozostaje teatralny. To nadal jest teatr, tylko w większej przestrzeni, z innym rodzajem przeżycia. W tradycyjnej sali teatralnej odbiór jest bardziej intymny. Tutaj mamy około 4800 widzów na jednym spektaklu, dźwięk otacza publiczność, działa monumentalna scenografia, pojawiają się efekty specjalne. Emocje są te same, ale rozmach jest zupełnie inny.

Wspomniała pani o słynnym żyrandolu. On naprawdę spadnie nad widownią?
Tak, oczywiście. Żyrandol jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych elementów „Upiora w Operze”. Waży około 650 kilogramów i spada w sposób bardzo spektakularny. To zawsze robi ogromne wrażenie.

Jak to się stało, że tak duża produkcja trafiła do Polski, a w Polsce właśnie do Gliwic?
Polska premiera tej produkcji odbędzie się 12 czerwca w PreZero Arenie Gliwice. W Gliwicach zagramy do 16 czerwca, łącznie siedem spektakli. Później przeniesiemy się do Ergo Areny Gdańsk-Sopot.
Warto podkreślić, że Polska jest ostatnim krajem na trasie tej monumentalnej produkcji. W Gdańsku zostanie zagrany ostatni spektakl, bo producenci zdecydowali, że trasy już więcej nie będzie. To naprawdę jedyna okazja, żeby zobaczyć tę wersję „Upiora w Operze”.

Czyli dla polskiej publiczności to wydarzenie z gatunku tych „raz w życiu”?
Tak. To nie jest produkcja, która przyjeżdża na kilka miesięcy i zostaje w jednym miejscu. Przyjeżdżamy na krótko, gramy określoną liczbę spektakli. W Polsce będzie ich łącznie piętnaście. Początkowo miało być mniej, ale zainteresowanie jest tak duże, że promotor dodał kolejne terminy.

Kogo zobaczymy w najważniejszych rolach?
W rolę Upiora wciela się Nadim Naaman, artysta z wieloletnim doświadczeniem na West Endzie. Swoją przygodę z tym tytułem zaczynał w zespole, później grał Raoula, a teraz występuje jako Upiór. To bardzo ciekawe, kiedy opowiada, jak postrzega te dwie postacie i ich sprzeczności.
Christine gra Georgia Wilkinson z Australii. Jest klasycznie szkoloną sopranistką, młodą artystką o niezwykłym głosie. Czasem trudno sobie wyobrazić, że tak drobna osoba może wydobyć z siebie tak mocny dźwięk. Wspólnie z Nadimem tworzą naprawdę niesamowity duet.
W obsadzie jest też Daniel, który gra Raoula. Co ciekawe, podczas premiery trasy w Tallinie dowiedziałam się, że jego dziadek pochodzi z okolic Gliwic. Świat jest naprawdę mały.

A Carlotta? To postać bardzo charakterystyczna, miejscami niemal komediowa.
Carlottę gra Lara Martins. To wyjątkowa artystka, bo przez 12 lat wcielała się w tę postać. Jest najdłużej występującą Carlottą w historii „Upiora w Operze”. Rzeczywiście, ta rola ma w sobie inny temperament, bardziej operowy, bardziej komediowy, ale wymaga ogromnych umiejętności.

Przy tak dużej produkcji na scenie i za kulisami pracuje zapewne cała armia ludzi.
Sama produkcja zatrudnia nieco ponad 100 osób. Producent wykonawczy James Bilios często mówi, że to mała armia działająca jak szwajcarski zegarek. Na scenie mamy 36 artystów, do tego 15 muzyków i ogromny zespół techniczny. Technika jest tutaj niezwykle ważna, bo przy takiej skali wszystko musi być przygotowane bardzo precyzyjnie.

Słyszałam, że są też polskie akcenty w ekipie.
Tak, i bardzo mnie one cieszą. Mamy Malwinę, która odpowiada za charakteryzację i protetykę Nadima, czyli Upiora. Przed każdym spektaklem przez pełne 90 minut przygotowuje go do wyjścia na scenę.
Jest też polska tancerka Blanka Kaiser, która występuje w zespole baletowym. Znam ją od lat, pracowałam z nią jako choreografka, więc to dla mnie szczególnie bliskie. W tak międzynarodowej produkcji te rodzime akcenty są naprawdę piękne.

Pani także ma osobistą historię z „Upiorem w Operze”.
To prawda. Wiele lat temu miałam ogromną przyjemność tańczyć na planie filmowym „Upiora w Operze”, w którym Upiora grał Gerard Butler, Christine – Emmy Rossum, a reżyserował Joel Schumacher. Mieszkałam wtedy w Londynie, przeszłam castingi i dostałam rolę. Byłam chyba jedyną Polką na planie. To było niezwykłe przeżycie i wspaniała pamiątka.

Ma pani też gliwicki wątek w swojej biografii. Uczyła panią tańca Anna Hampel, dobrze znana w Gliwicach, między innymi związana z Dance Areną.
Tak, pani profesor Anna Hampel uczyła mnie na studiach. Bardzo ją pozdrawiam. To dla mnie piękne połączenie, bo przy okazji pobytu „Upiora w Operze” w Gliwicach będziemy prowadzić warsztaty dla uczniów i studentów, skupione właśnie na musicalowym tańcu. Jestem bardzo wdzięczna, że będę mogła ponownie spotkać się z moją panią profesor.

Promocja „Upiora w Operze” prowadzona jest na Śląsku w nietypowy sposób. Po regionie jeździ upiorny tramwaj…
Tak, mamy upiorny tramwaj, który snuje się ulicami Śląska niemal jak Upiór pod podziemiami Opery Paryskiej. Prezentuje się przepięknie. Muszę przyznać, że chyba nigdy wcześniej tramwaj nie podobał mi się tak bardzo. Pozostaje mi żałować, że w Gliwicach tramwajów już nie ma, ale mam nadzieję, że mieszkańcy mieli okazję go zobaczyć w Katowicach czy Bytomiu.

Jak najprościej zachęcić widzów, którzy jeszcze się wahają?
Przyjdźcie zobaczyć coś innego, na skalę, jakiej rzadko można doświadczyć w Polsce. To nie jest konkurencja dla instytucji artystycznych, tylko wyjątkowa, wizytująca produkcja, która przyjeżdża na krótko. Wszystko jest przygotowane bez skrótów, na najwyższym poziomie. To pełnowymiarowy musical, monumentalna scenografia, orkiestra na żywo i historia, która od lat porusza widzów na całym świecie.

Rozmawiała: Adriana Urgacz-Kuźniak

Galeria

wstecz

Komentarze (0) Skomentuj