„Skąpiec” Moliera to jeden z tych tekstów, przy których teatr może wpaść w pułapkę muzealnej poprawności albo przeciwnie – przesadzić z unowocześnianiem tak bardzo, że z klasyka zostaje głównie nazwisko autora na afiszu. Gliwicki spektakl w reżyserii Jarosława Tumidajskiego szczęśliwie idzie inną drogą. Jest współczesny, lekki w formie, komediowy w rytmie, a jednocześnie nie udaje, że Molier napisał swój tekst wczoraj rano przy kawie na wynos. W tej realizacji to co dawne i współczesne pracuje razem, czasem w geście, czasem w kostiumowym detalu, czasem w sposobie ustawienia sceny. Dzięki temu „Skąpiec” w Teatrze Miejskim w Gliwicach ma świeżość, ale nie traci swojego teatralnego rodowodu.

Od pierwszych minut widać, że realizatorzy nie bali się wejść w klasykę ze współczesną energią. Aranżacja została przeniesiona bliżej dzisiejszego widza, ale nie jest to współczesność nachalna, dopisana grubym flamastrem. W kostiumach pojawiają się odniesienia do czasów Moliera, jednak raczej jako mrugnięcie, składnik kompozycji, a nie rekonstrukcja epoki. To dobre rozwiązanie, bo widz dostaje jasny sygnał: jesteśmy w świecie umownym, teatralnym, trochę przerysowanym, a jednocześnie dziwnie znajomym. Harpagon nie potrzebuje peruki i historycznej dekoracji, żeby być rozpoznawalny. Jego obsesja posiadania, kontrolowania i przeliczania świata pod kątem jego zyskowności brzmi aż nazbyt współcześnie.

Dużą siłą spektaklu jest scenografia Justyny Elminowskiej. Nie jest jedynie tłem dla aktorów, lecz pełnoprawnym elementem przedstawienia. Największe wrażenie robi prawdziwy basen na scenie. W komedii o człowieku, który chce mieć wszystko pod kontrolą, żywioł obecny tuż obok bohaterów działa bardzo dobrze. Scena staje się miejscem eleganckim, lekko absurdalnym, trochę luksusowym, a trochę niepokojącym. To przestrzeń, w której pieniądze, pożądanie, rodzinne interesy i miłosne strategie mogą odbijać się jak w tafli wody: niby wyraźnie, ale zawsze z lekkim zniekształceniem.

Najważniejsze jednak, że spektakl dowiózł komediowy charakter sztuki. Molier bez tempa, precyzji i wyczucia rytmu łatwo robi się ciężki, choć teoretycznie wciąż opowiada o rzeczach zabawnych. W Gliwicach komedia działa. Jest tempo, są dobrze ustawione sytuacje, jest miejsce na reakcję publiczności, są momenty grane szerzej, ale bez rozpadania się przedstawienia na serię numerów aktorskich. Humor wynika z tekstu, z charakterów, z ruchu scenicznego i z napięć między postaciami. Nie trzeba go dopowiadać na siłę, bo aktorzy wiedzą, gdzie kończy się żart, a zaczyna nadgorliwość.

Bardzo udanym pomysłem okazało się wzbogacenie spektaklu o śląskie akcenty. To mogło być ryzykowne, bo ostatnio śląskość na scenie bywa wykorzystywana coraz częściej i nie zawsze z umiarem. Tutaj ten trop został poprowadzony ze smakiem. Nie przykrywa Moliera, nie zamienia przedstawienia w lokalną składankę i nie próbuje na siłę udowadniać, że każdą klasykę da się „przetłumaczyć” na regionalny kod. Śląskie akcenty pojawiają się punktowo, celnie, jako dodatkowa warstwa komediowa i lokalny sygnał wysłany do gliwickiej publiczności. Dzięki temu są zauważalne, ale nie dominują.

Przy tej okazji trudno nie zauważyć pewnego teatralnego smaczku. Na plakacie gliwickiego „Skąpca” pojawia się różowe serce. W tym samym czasie Teatr Śląski gra „Hamleta” po śląsku, firmowanego plakatem z czarnym sercem. Przypadek? Nie sądzę. Nawet jeśli to tylko zbieg okoliczności, bardzo ładnie układa się w mały dialog między scenami regionu: tam czarne serce tragedii, tu różowe serce komedii, pod którym bije jednak całkiem gorzka prawda o pieniądzach, zależnościach i rodzinnej przemocy ubranej w farsowy kostium.

Adam Krawczuk jako Harpagon prowadzi spektakl pewnie, z energią i wyczuciem postaci, która śmieszy, ale nie jest jedynie zabawnym starcem z obsesją na punkcie szkatułki. Jego Harpagon ma w sobie despotyzm, śmieszność, nerwowość i pewną szczególną mieszaninę lęku oraz zachłanności. Krawczuk dobrze pokazuje człowieka przekonanego, że skoro coś posiada, ma też prawo posiadać ludzi wokół siebie: dzieci, służbę, przyszłe małżeństwa, domowe układy i każdy drobny ruch cudzej woli.

Cezary Jabłoński jako Kleant i Klaudia Cygoń-Majchrowska jako Eliza tworzą młodszy, bardziej emocjonalny biegun tej historii. W ich rolach ważna jest nie tylko miłosna intryga, ale też sprzeciw wobec świata urządzonego według rachunku ojca. Weronika Błaszczyk jako Marianna wnosi lekkość i wdzięk, ale nie znika w dekoracyjności tej postaci. Mariusz Galilejczyk jako Walery, zgodnie z tym, czego można oczekiwać po jednej z najmocniejszych osobowości gliwickiego zespołu, gra z dużą swobodą. Aleksandra Maj jako Frozyna również nie zawodzi: ma sceniczny temperament, precyzję i umiejętność podbijania komediowego rytmu.

Osobne zdanie należy się Kornelowi Sadowskiemu w roli Strzałki. To jedna z tych ról, które przy dobrym prowadzeniu potrafią ukraść sporo uwagi, i tutaj rzeczywiście tak się dzieje. Sadowski jest świetny: szybki, czujny, bardzo sceniczny, z wyczuciem pauzy i reakcji. Jego Strzałka nie jest tylko służącym w trybach intrygi, ale postacią, która wnosi do spektaklu żywy, pulsujący komediowy nerw. Widać, że aktor ma frajdę z tej roli, a publiczność tę frajdę natychmiast przejmuje.

W obsadzie pojawiają się także Paweł Majchrowski jako Jakub, Łukasz Kaczmarek jako Simon i Komisarz oraz gościnnie Marek Ślosarski jako Anzelm. Aktorzy utrzymują wspólny rytm, a przedstawienie nie traci energii nawet wtedy, gdy przechodzi od czystej farsowości do bardziej gorzkiego tonu.

Gliwicki „Skąpiec” jest więc przedstawieniem, które dobrze rozumie własny materiał. Nie przykrywa Moliera pomysłem inscenizacyjnym, ale też nie traktuje klasyki jak porcelany zamkniętej w gablocie. Ma świetną scenografię, bardzo dobrą obsadę, wyrazisty rytm i lokalne akcenty podane z umiarem. Bawi, a przy okazji przypomina, że śmiejemy się z postaci napisanej kilka wieków temu, choć jej mechanizmy znamy aż za dobrze z całkiem współczesnego świata.
Polecam - do zobaczenia.

Adriana Urgacz-Kuźniak

Galeria

wstecz

Komentarze (0) Skomentuj