– Powiedziała mi: ty się nadajesz. Ja? Mówię: na pewno tam dam ciała, bo wiesz, że ja jestem lajtowy. Dzieci moje mnie zaraz przechrzczą – opowiada Henryk ze śmiechem.
Ostatecznie zgłoszenie wysłał, przy pomocy kuzyna. Po trzech miesiącach, przyszła odpowiedź z telewizji i kolejne zadanie: nagranie wideo z odpowiedziami na pytania.
– Wysłali mi dwadzieścia pytań. Do tego wideo musiałem zrobić. Też mi pomogli, bo ja oczywiście lajtowo, na wersalce, zrobiłem – śmieje się.
Potem był casting, telefon z informacją, że został uczestnikiem programu, i pierwsza wizyta ekipy telewizyjnej w jego mieszkaniu. Tam pojawiła się słynna historia z wanną, świecami i romantyczną atmosferą.
– Słyszeli, że jestem romantykiem. Wiesz, wanna, świeca, winko, muzyka, kadzidełko. A możesz nam to pokazać? Jak pokazałem, to było dużo śmiechu, bo mam małą wannę – wspomina.
Lajtowy romantyk
Henryk szybko stał się jedną z najbardziej charakterystycznych postaci edycji. Jest bezpośredni, żartuje, dopowiada, czasem sam sobie przerywa. W rozmowie nie buduje dystansu. Po kilku minutach proponuje przejście na „ty”, myli imiona, śmieje się z własnych pomyłek i od razu rozbraja sytuację.
– Jak nie pamiętam imienia, to mówię: Słoneczko albo Promyczek – mówi z uśmiechem.
W czasie rozmowy była z nim pani Emilia, również uczestniczka programu. Mówiła cicho, bo po chorobie miała problemy z głosem, ale jej obecność co chwilę przebijała się przez rozmowę. Henryk komentował, żartował, odpowiadał także za nią, a jednocześnie cały czas pilnował, czy wszystko u niej w porządku.
– Doradziłem jej, żeby piła olej budwigowy na kaszel. Trzeba przytrzymać na gardle, zrobić „gul, gul, gul” i godzinę nie jeść ani nie pić – instruował z pełnym przekonaniem.
Pytany, czy jest w związku, odpowiedział od razu:
– Nie jestem w związku.
Pani Emilia siedziała obok. W tle było jednak słychać ich swobodę, drobne zaczepki i to charakterystyczne przekomarzanie, które widzowie dobrze znają z programu.
– Mamy taką, można powiedzieć, relację na odległość. Rozmawiamy, piszemy do siebie. Jest super – mówi Henryk.
Nie w związku, ale cały czas obok…
O pani Emilii mówi z czułością i humorem. Podkreśla jej elegancję, gust i temperament. Kiedy pojawił się temat jej ubrań, natychmiast zrobiła się z tego mała scenka.
– Przede wszystkim taka dama, jak ona, ubiera się elegancko. Żeby zmieścić jej ubrania, musiałbym w mieszkaniu dobudówkę zrobić, żeby jeszcze jej szafę postawić – żartuje Henryk.
Pani Emilia, jak mówi, zaangażowała się także w pomoc dla Eweliny, niepełnosprawnej gliwiczanki, o której Henryk opowiada z ogromnym przejęciem. Przygotowała kilka worków ubrań, które Ewelina wystawia na sprzedaż w Internecie.
– Pomogła. Opróżniła trochę szafy, sześć worków przygotowała – mówi Henryk.
Kiedy pytam, czy pani Emilia była już w Gliwicach, z jej strony pada krótka odpowiedź, że „do chłopaka nie jeździ”. Henryk natychmiast odbija:
– Jak to? Przecież nie ma jeszcze miłości.
To jeden z tych momentów, które dobrze pokazują ich relację. Niby żart, niby dystans, ale pod spodem widać, że ta znajomość jest dla niego ważna. Sam mówi jednak, że jest ostrożny.
– Teraz postawiłem na to, że nie pozwolę, żeby ktoś mnie zranił – przyznaje.
Ostrożność po przejściach
Do programu jechał przede wszystkim po przygodę. Nie ukrywa jednak, że w życiu uczuciowym ma za sobą bolesne doświadczenia. Mówi o nich wprost, z pełną szczerością.
– Nie chcę już cierpieć. Jak cierpiałem wcześniej, skończyło się to u psychiatry. Musiałem się leczyć pół roku, nie miałem gdzie mieszkać. Przeszedłem gehennę – opowiada.
Dlatego do nowej relacji podchodzi ostrożnie. Jednocześnie przyznaje, że Emilia zrobiła na nim duże wrażenie.
– Emilka stworzyła taki klimat. Te oczka ma... Jak patrzyłem jej w oczy, ona we mnie, to sam się dziwiłem, że coś mi się te moje oczka szklą. Odczułem to flow między nami, ale z tyłu cały czas mówię sobie: nie, ja jeszcze nie mogę, ja się jeszcze nie nadaję – mówi.
W tej szczerości jest sporo Henryka. Potrafi jednym zdaniem rozśmieszyć, a za chwilę powiedzieć coś zupełnie serio. Nie owija w bawełnę, ale też nie robi z siebie bohatera dramatycznej opowieści. Raczej pokazuje, że po trudnych doświadczeniach można nadal żartować, tańczyć, wychodzić do ludzi i próbować żyć po swojemu.
Król balu
W programie został królem balu. Sam przyznaje, że był tym zaskoczony.
– Byłem pod wrażeniem. Jak to, ja królem balu? – mówi.
Zaskoczenie może dziwić tylko tych, którzy nie słyszeli go w rozmowie. Henryk ma w sobie energię, która natychmiast wypełnia przestrzeń. Jest ruch, humor, reakcja, opowieść. Sam mówi, że żyje intensywnie.
– Taniec to podstawa. Basen, rower, przebywanie z kobietami – wylicza.
Na pytanie, czy jest trochę takim „wampirem energetycznym”, reaguje po swojemu:
– Ja zarażam energią osoby, które są przy mnie.
I rzeczywiście trudno mu tego odmówić. Nawet kiedy mówi o chorobach, nie robi tego w tonie skargi. Wspomina trzy zawały, raka prostaty, przepuklinę, kolejne wizyty w szpitalu, ale za chwilę wraca do żartu. Jego sposób mówienia nie pozwala, żeby rozmowa na długo osiadła w smutku.
– Dla mnie najważniejsze jest teraz zdrowie, bo jestem dosyć schorowany. Ale prowadzę bardzo intensywne życie – mówi.
Ewelina
Najmocniejszy wątek tej rozmowy dotyczy jednak Eweliny, niepełnosprawnej gliwiczanki, której Henryk pomaga. Nazywa ją swoim „oczkiem w głowie” i chce wykorzystać rozpoznawalność po programie, żeby nagłośnić jej sprawę.
– Chcę to mocno nagłośnić. Żeby miasta w całej Polsce pomagały takim osobom, żeby nie musiały brać kredytów na remont mieszkania. To powinno miasto im zrobić. One już są pokrzywdzone przez los, a ten problem jest rzucony na drugi plan – mówi.
Henrykowi zależy na tym, żeby sprawa Eweliny nie była tematem rzuconym na wiatr.
– Teraz jest moje pięć minut, jestem rozpoznawalny. Poruszyłem problem Eweliny w „Pytaniu na śniadanie” i tego tematu nie odpuszczę – zapowiada.
Za tą deklaracją stoi konkretna historia. Ewelina zadzwoniła do niego w czasie nagrań programu. Chciała zadać jedno pytanie.
– Zapytała, czy może do mnie mówić „tatko”. Tego nigdy nie zapomnę – mówi Henryk.
Od tamtej pory tak właśnie się do niego zwraca.
– Powiedziała, że takiego dobrego człowieka, który bezinteresownie jej pomaga, to ona nie poznała. Było to dla mnie bardzo miłe – opowiada.
Ten moment wyraźnie go poruszył. W jego opowieści, pełnej żartów, nagle robi się ciszej. Bo „tatko” to słowo, którego nie da się potraktować jak telewizyjnej anegdoty. To zobowiązanie.
Rodzina i telewizja
Rodzina Henryka do jego udziału w programie podchodziła z rezerwą. On sam opowiada o tym z rozbawieniem.
– Moja córka modliła się do Boga, abym się tam nie dostał – mówi.
Córka zna jego temperament i obawiała się, że tata w telewizji „coś odwali”. Dziewięcioletnia wnuczka dostała nawet zakaz oglądania dziadka.
– Córka powiedziała: nie będę oglądać mojego taty, głupot, które tam gada, bo ona mnie zna. Jestem tak lajtowy, że tam na pewno coś odwalę. No i było tak – śmieje się Henryk.
Jednym z tych trudnych do przyjęcia słów było wyznanie w programie, że był dwa razy żonaty, ale żadnej żony nie kochał. Dziś mówi, że to była prawda, choć wie, że zabrzmiało mocno.
– Dlatego dzisiaj nie wiem, jak to jest, jak to działa. Może kiedyś mi się uda zakochać – dodaje, a pani Emilia, jak łatwo sobie wyobrazić, rzuca mu wymowne spojrzenie.
Adriana Urgacz-Kuźniak


Komentarze (0) Skomentuj