Pamiętacie? Niedawno w Śródmieściu wybuchła afera z brakiem miejsca na kontenery na śmieci. Właściciel terenu, dotąd służącego mieszkańcom za zaplecze odpadowej codzienności, upomniał się o swoją własność, a lokatorzy sąsiedniej kamienicy zostali z problemem. Według mnie współczesna polityka gospodarowania odpadami ma jednak wymiar znacznie poważniejszy niż brak miejsca pod kubły czy spór o sprawiedliwy sposób naliczania opłat. Wylaliśmy dziecko z kąpielą, ustawiając na ulicach estetyczne potworki, których żarówiaste kolory przyciągają wzrok silniej niż to, co naprawdę zasługuje na uwagę: zabytki, zieleń, detal architektoniczny, zwykły miejski porządek.
W polskich miastach dopiero niedawno zaczęliśmy walkę z tandetnymi reklamami: płachtami, banerami i plastikiem zadrukowanym kolorową czcionką oraz kiczowatymi rysunkami. W zamian zafundowaliśmy sobie, moim zdaniem, znacznie gorszą feerię śmieciowych barw. Całą paletę jaskrawości oddaliśmy temu, czego przecież chcemy się z życia pozbyć: rzeczom zużytym, niepotrzebnym, czasem wstydliwym, czasem śmierdzącym. Odpadowi. Czy tylko ja zauważam w tym paradoks?
Oczywiście jaskrawe kolory pojemników nie wzięły się znikąd. Są częścią ujednoliconego systemu segregacji, w którym barwa ma działać jak najprostszy komunikat: papier tu, szkło tam, plastik gdzie indziej. Pomysł był więc praktyczny, wręcz pedagogiczny. Problem w tym, że miejska przestrzeń zapłaciła za tę pedagogikę własną urodą. Czytelność osiągnięto metodą wizualnego krzyku, jakby mieszkańca trzeba było prowadzić do kubła nie tylko za rękę, ale jeszcze przy akompaniamencie żółtej trąbki i niebieskiego werbla.
Z wielu miejsc w miejskich przestrzeniach poznikały natomiast niewielkie, nierzucające się w oczy kosze na śmieci. Często brakuje mi ich w Gliwicach — dla jasności: mówię nie tyle o terenach miejskich, ile o wspólnotowych. Brakowało mi ich także w Wenecji, gdzie tętniące wieczornym życiem miasto zaznaczało swoją obecność dywanami śmieci na wąskich chodnikach, wijących się między kanałami. Prawdą jest, że bladym świtem służby porządkowe usuwały z miasta pozostałości po nędznej ludzkiej egzystencji. Tyle że ja, z wdrukowanym od dzieciństwa odruchem wyrzucania papierków do kosza, czułam się tak, jakby ktoś podsunął mi pod nogi twardy dowód rzeczowy w sprawie przeciwko ustalonemu od dekad porządkowi.
Wiecie jednak co? Cieszyło mnie niezmiernie, że w tym pięknym mieście nie widzę kolorowych śmietników. Wyobrażacie sobie ich szpetotę na placu św. Marka? Przy moście Rialto? Przy Akademii? Niestety, o swoim istnieniu przypomniały mi na Lido i Murano. Bo na Burano — jeśli nawet były — zniknęły wśród kolorowych domków, z których słynie ta wyspa. Być może tylko tam ich jaskrawość miała jakikolwiek sens. Sprawiła, że śmietniki były dokładnie takie, jakie powinny być w mieście. Niewidoczne.
Skoro już tak rozpisałam się o — w mojej opinii — bezsensownej polityce śmieciowej, i to nie tylko w Polsce, doleję jeszcze oliwy do ognia. Butelkomaty. Wielu z nas zbiera w domu plastikowe butelki, by potem wielkimi worami, najczęściej autem, zawieźć je do maszyny, która nierzadko nie działa. Wymaga to, oczywiście, dodatkowej rundki po mieście. Wozimy się więc z butelkami samochodami emitującymi spaliny. A wszystko to w imię ekologii.
Zapytam ponownie: czy tylko ja widzę w tym paradoks?
Adriana Urgacz-Kuźniak


Komentarze (0) Skomentuj