Jeszcze niedawno pytanie brzmiało: czy dla wszystkich dzieci wystarczy miejsc w przedszkolach? Obecnie w Gliwicach coraz częściej trzeba pytać inaczej: co zrobić z miejscami, na które nie ma już chętnych? Niż demograficzny przestał być wykresem z prognoz i raportów. Widać go w naborze do przedszkoli, w liczbie nieotwieranych oddziałów, w planowaniu pracy nauczycieli, w organizacji budynków i w codziennym myśleniu o mieście.

Z danych przekazanych przez Wydział Edukacji Urzędu Miejskiego w Gliwicach wynika, że w roku szkolnym 2021/2022 w publicznej, ogólnodostępnej edukacji przedszkolnej było 5288 miejsc. W roku 2025/2026 – 4912. W ofercie na rok 2026/2027 jest ich 4480. To oznacza spadek o ponad 800 miejsc w ciągu kilku lat. W samej organizacji nowego roku szkolnego ta różnica przekłada się na 12 oddziałów mniej.

– Niż demograficzny jest nieubłagany. Co roku obserwujemy spadek liczby dzieci przedszkolnych, czyli trzylatków, które wchodzą do przedszkoli – mówi Barbara Gzik, dyrektorka Wydziału Edukacji Urzędu Miejskiego w Gliwicach.

Roczniki coraz mniej liczne

W danych meldunkowych spadek widać jeszcze wyraźniej. Rocznik 2008 liczył w Gliwicach 1683 dzieci, rocznik 2010 – 1705. Potem liczby zaczęły się obniżać. W 2020 roku było to 1388 dzieci, w 2021 roku – 1232, w 2022 roku – 1114, w 2023 roku – 1008. Rocznik 2024 to już 878 dzieci, a rocznik 2025 – 809.

Te liczby nie opisują miasta z matematyczną dokładnością, bo nie każda rodzina jest ujęta w meldunku. Dla przedszkoli ważny jest jednak nie pojedynczy ubytek, lecz kierunek zmiany. A ten jest czytelny: najmłodsze roczniki są coraz mniejsze.

– Te dane mówią same za siebie. Oferta jest za duża w stosunku do potrzeb, bo tych dzieci z roku na rok jest po prostu mniej – mówi Barbara Gzik.

Najbardziej wymowne jest porównanie danych z dłuższej perspektywy. W starszych rocznikach Gliwice miały około półtora tysiąca dzieci. Najmłodsze roczniki schodzą poniżej tysiąca. To oznacza, że do przedszkoli i szkół zaczyna wchodzić pokolenie wyraźnie mniej liczne niż to sprzed kilkunastu lat.

Na początek zmiany uderzają w przedszkola

Niż demograficzny najpierw uwidocznia się w przedszkolach, bo to tam trafiają najmłodsze roczniki. W rekrutacji na rok szkolny 2025/2026 liczba nowych kandydatów wyniosła 1134. W rekrutacji na rok 2026/2027, po pierwszym etapie, było ich 1070. Różnica nie wygląda jeszcze dramatycznie, ale nakłada się na wcześniejsze spadki i na całą strukturę miejsc w systemie przedszkolnym.

Wielu z nas pamięta jeszcze czasy, gdy problemem było znalezienie miejsca w przedszkolu. Dziś miasto deklaruje, że miejsce otrzymują wszystkie dzieci, których rodzice złożą wniosek.

– Oczywiście są wciąż przedszkola, gdzie jest więcej chętnych niż miejsc, natomiast to nie oznacza, że dziecko zostaje bez opieki. Możemy zaproponować miejsce w innej placówce, w lokalizacji, która będzie dla rodziny najlepsza spośród dostępnych – mówi dyrektorka Wydziału Edukacji.

Największym zainteresowaniem nadal cieszą się między innymi przedszkola oferujące grupy integracyjne i specjalne. Barbara Gzik wskazuje tu Przedszkole nr 21 przy ul. Górnych Wałów oraz Przedszkole nr 40 przy ul. Sienkiewicza. W pierwszym przypadku znaczenie ma oferta dla dzieci ze specjalnymi potrzebami, w drugim również położenie w centrum miasta.

Bo nie ma chętnych

Mniej dzieci oznacza mniej oddziałów. Rzecz jasna miasto nie zamyka grup pełnych dzieci. Po prostu nie otwiera tych, dla których nie ma wystarczającej liczby chętnych.

Każda decyzja o nieotwarciu oddziału wymaga sprawdzenia sytuacji w konkretnej dzielnicy. Liczy się liczba wolnych miejsc, odległość między placówkami i to, czy w ciągu roku mogą dojść kolejne dzieci. Kilka wolnych miejsc nie zawsze oznacza nadmiar. Czasem to konieczny zapas dla rodzin, które przeprowadzą się do Gliwic albo zmienią przedszkole w trakcie roku.

Co z nauczycielami?

Naturalne pytanie dotyczy nauczycieli. Skoro oddziałów jest mniej, czy oznacza to zwolnienia?

– Nauczyciele są w pełni zabezpieczeni. Nie mamy zgłoszeń od dyrektorów, żeby miało dojść do zwolnień – mówi Barbara Gzik.

Jak dodaje, gliwickie placówki w dużej części funkcjonują jako zespoły szkolno-przedszkolne, więc dyrektorzy wcześniej posiłkowali się nauczycielami edukacji wczesnoszkolnej, którzy część godzin realizowali w przedszkolach. Spadek liczby oddziałów może więc w niektórych przypadkach oznaczać raczej odciążenie kadry niż redukcję etatów.

Do tego dochodzi struktura wieku nauczycieli. W oświacie pracuje wiele osób w wieku przedemerytalnym lub emerytalnym. W szkołach ponadpodstawowych nadal są problemy kadrowe, zwłaszcza przy przedmiotach ścisłych i zawodowych. Paradoksalnie więc niż demograficzny nie musi od razu rozwiązać problemu braków kadrowych. Dzieci może być mniej, a nauczycieli określonych specjalności nadal za mało.

Nowe bloki bez dzieci

W mieście powstają osiedla, apartamentowce i nowe budynki, ale nie zawsze przekłada się to na większą liczbę uczniów w pobliskich szkołach. Dawniej taki rozwój niemal automatycznie kojarzył się z napływem młodych rodzin. Dziś ta zależność jest słabsza.

Barbara Gzik przyznaje, że podobne obserwacje pojawiają się w różnych częściach miasta.

– To, że powstają nowe osiedla, bardzo dobrze. To, że zamieszkują je ludzie, bardzo dobrze. Tylko nie przekłada się to automatycznie na zasilanie szkół, które są w obwodzie tych osiedli – mówi.

Do nowych mieszkań wprowadzają się osoby w różnym wieku. Część nie ma dzieci, część ma już dorosłe dzieci, część wybiera placówki poza obwodem. Zmieniły się też decyzje życiowe młodych ludzi. Rodzicielstwo częściej przychodzi później albo wcale.

– Samo powstanie pięciu bloków czy apartamentowców nie oznacza, że nagle w szkole będzie o kilka procent więcej dzieci. Często są to pojedyncze osoby – dodaje Barbara Gzik.

Miasto starych ludzi

Mniej dzieci oznacza w przyszłości mniej uczniów, mniej młodych dorosłych i mniej osób wchodzących na rynek pracy. To zmiana, która z czasem będzie wpływać nie tylko na szkoły, ale też na transport, mieszkalnictwo, usługi, kulturę, sport, ochronę zdrowia i politykę senioralną.

Gliwice mają dziś rozbudowaną ofertę edukacyjną dla dzieci i młodzieży, ale coraz większego znaczenia nabiera także oferta dla osób starszych. Starzejące się miasto potrzebuje innej infrastruktury: wind, podjazdów, dostępnych instytucji publicznych, usług opiekuńczych i miejsc codziennej aktywności.

Najlepiej widać to na starszych osiedlach. W blokach bez wind mieszkają osoby, które wprowadzały się tam kilka dekad temu, a dziś coraz częściej mają problem z samodzielnym wyjściem z domu. Demografia przestaje być więc wyłącznie sprawą edukacji. Staje się tematem dla urbanistów, zarządców mieszkań, transportu publicznego, pomocy społecznej i ochrony zdrowia.

Wciąż jednak inwestujemy w przedszkola

Na tym tle ciekawie wygląda nowa inwestycja przy ul. Zbożowej, gdzie przygotowywane jest żłobko-przedszkole. Mogłoby się wydawać, że budowa takiej placówki przeczy rzeczywistości demograficznej. W rzeczywistości chodzi jednak o zmianę lokalizacji i poprawę warunków.

Planowane jest przeniesienie Przedszkola nr 21 z ul. Górnych Wałów do nowego obiektu. Od 1 września 2026 roku placówka przy ul. Zbożowej ma funkcjonować jako dodatkowa lokalizacja przedszkola, a docelowo ma przejąć jego działalność.

To pokazuje, że niż demograficzny nie oznacza końca inwestycji w edukację. Oznacza raczej inną logikę inwestowania. Mniej dzieci nie zwalnia miasta z obowiązku zapewnienia dobrej jakości opieki, dostępności dla dzieci ze specjalnymi potrzebami, wygodniejszych budynków i lepszych warunków pracy. Zmniejszanie liczby oddziałów może iść w parze z przenoszeniem placówek do lepszych obiektów.

Długa fala zmian

Niż demograficzny nie jest problemem jednego naboru. Przedszkola pokazują go jako pierwsze, bo to tam trafiają najmłodsze roczniki. Za kilka lat podobne pytania pojawią się przy szkołach podstawowych, później ponadpodstawowych, a jeszcze później przy rynku pracy, mieszkaniach, komunikacji i usługach publicznych.

W Gliwicach tę zmianę widać już w liczbie miejsc przedszkolnych i oddziałów, których nie trzeba otwierać. W kolejnych latach będzie wymagała szerszych decyzji niż sama organizacja rekrutacji. Miasto będzie musiało planować ofertę dla mniejszej liczby dzieci i większej liczby starszych mieszkańców. To proces rozłożony na lata, ale jego skutki już zaczynają układać miejską codzienność inną niż dotąd.

Adriana Urgacz-Kuźniak

wstecz

Komentarze (0) Skomentuj