Wiosenne odrodzenie
Warsztaty rozpoczęły się wiosną. Już ten moment okazał się dla uczestniczek znaczący, bo wiele zadań prowadziło je w stronę odradzania, zmiany i szukania nowego sposobu opowiedzenia o sobie. Jednym z pierwszych działań była praca z maskami. Kobiety przygotowywały gipsowe odlewy twarzy, a potem malowały je zgodnie z własnymi skojarzeniami, emocjami i doświadczeniem.
– Maski robiłyśmy jedna drugiej, a potem każda swoją maskę malowała. I każda z ns miała swoje wyobrażenie, jak ją pomalować – opowiada Maria.
Dla Gosi ta praca stała się zapisem osobistej drogi przez chorobę. Kolory nie były przypadkowe. Niebieski oznaczał czas sprzed diagnozy, spokój i poczucie, że nic złego nie może się wydarzyć. Czarny pas stał się momentem załamania dotychczasowego porządku.
– Przed chorobą nie zdawałam sobie sprawy z tego, że moje życie może się zmienić, że mogę mieć pewne ograniczenia. Czułam się niezniszczalna. Potem przyszedł moment diagnozy i to wywróciło moje życie do góry nogami. Musiał minąć czas, żeby pogodzić się z sytuacją, zobaczyć jasne strony i nowe możliwości – mówi pani Gosia.
Ostatni kolor, zieleń, uczestniczka połączyła z nadzieją i nowym etapem.
– Pojawia się coś nowego, jak wczesną wiosną, kiedy na drzewach wychodzi pierwsza zieleń. Człowiek wraca do zdrowia, do pewnej równowagi – dodaje.
Praca z ciałem
Julia Gorczyńska, organizatorka warsztatów, od początku chciała odejść od oczywistych skojarzeń. Zależało jej na działaniu artystycznym, ale też bezpiecznym, delikatnym i uważnym. Dlatego maski poprzedziły masaże twarzy. Uczestniczki dobierały olejki, pracowały w parach, oswajały dotyk i obecność drugiej osoby.
– Nie chciałam wszystkiego wiązać tylko z rakiem piersi. Pomyślałam o odlewach twarzy, bo to też jest praca z ciałem. Chciałam połączyć to z czymś przyjemnym. Dziewczyny mówiły, że nie umieją masować, a ja pytałam: jak same chciałybyście być dotykane, co sprawia wam przyjemność? I weszły w to wspaniale – opowiada Julia Gorczyńska.
W czasie warsztatów ważne było tempo. Nic nie miało być wymuszane. Przy ćwiczeniach z farbami fluorescencyjnymi uczestniczki same decydowały, ile ciała chcą odsłonić i jak daleko chcą wejść w działanie.
– Nie chciałam stawiać ich w sytuacji: teraz się rozbierzecie, bo taka jest koncepcja. Uważam, że takich rzeczy nie można robić na siłę. Lepiej zrobić coś spokojniej, bezpieczniej, a potem to rozbudowywać – podkreśla prowadząca.
Światło i zaskoczenia
Jednym z najmocniej zapamiętanych doświadczeń była praca z farbami świecącymi w świetle UV. Uczestniczki przyszły w ciemnych, starych ubraniach. Najpierw malowały intuicyjnie, czasem bez pewności, do czego prowadzi zadanie. Dopiero po oświetleniu prac zobaczyły efekt.
Gosia opisuje ten moment jak zapalenie światła w ciemności.
– Miałam takie skojarzenie, jakby ktoś w ciemności zapalił światło. Obraz był płaski, dość zwykły, a kiedy go oświetliłyśmy, stał się prawie trójwymiarowy, kolorowy, mocny, nasycony. Byłam zaskoczona. Dostał dodatkową energię w postaci światła – mówi.
Zajęcia nie kończyły się na malowaniu. Były też „przebieranki”, ruch, taniec i instrumenty. Dla niektórych uczestniczek była to pierwsza okazja, żeby spróbować takich form ekspresji.
– Na instrumentach w życiu nie grałam. Te zajęcia pozwoliły mi się otworzyć – mówi pani Maria.
Kobiety z tym samym doświadczeniem
W rozmowach powracał temat wspólnoty. Warsztaty dawały możliwość twórczej pracy, ale równie ważne okazało się spotkanie z kobietami po podobnych przejściach. Gosia mówi wprost, że to doświadczenie trudno zastąpić rozmową z kimś, kto nie przeszedł leczenia.
– Żadna kobieta nie rozumie tak dobrze drugiej kobiety, jak ta, która znalazła się w podobnej sytuacji. Przeszła diagnostykę, leczenie, te wszystkie etapy. Czasami warto spotkać się z osobami, które mają podobne doświadczenia. Wtedy można pewne rzeczy przegadać, zapytać o coś bez skrępowania – podkreśla.
Takie spotkania są ważne również dlatego, że choroba zmienia codzienność na wielu poziomach. Dotyka ciała, planów, relacji, poczucia bezpieczeństwa. Osoby zdrowe często nie wiedzą, jak rozmawiać, czy pytać, czy milczeć. W grupie Amazonek wiele spraw można nazwać prościej.
– Czasami ktoś mówi: jakoś to będzie, wszystko będzie w porządku. A kiedy jesteś z osobą, która to wszystko przeszła, rozmowa wygląda inaczej. Kobiety w różnym wieku mają bardzo podobne doświadczenia związane z chorobą i leczeniem – zauważa Gosia.
Czuły dotyk sztuki
Julia Gorczyńska przyznaje, że temat Amazonek wracał do niej od dawna. Wcześniej brała udział w projektach związanych z kobietami po chorobie nowotworowej i zobaczyła, jak dużo może dać im fotografia, charakteryzacja, praca z wizerunkiem, kolorem i ciałem.
– To, co od tych kobiet usłyszałam, bardzo mnie poruszyło. Ich podejście do życia, wola walki, zmiana priorytetów, sposób, w jaki działają między sobą. Widziałam po jednodniowej sesji, ile to im daje. Samo to, że mogły usiąść i ktoś coś dla nich robił, a to nie były zastrzyki, badania ani zabiegi. To było coś zupełnie innego – mówi.
Dlatego w warsztatach pojawił się cały wachlarz działań: maski, ciało, światło, ruch, instrumenty, rozmowa. Wszystko po to, by uczestniczki mogły zobaczyć siebie poza rolą pacjentki. Pomogło studio BoArt. I Galeria Melina, która udostępniła uczestniczkom warsztatów przestrzeń do działania.
– Namówiła mnie wnuczka, Hanusia. Zgodziłam się, przyszłam i zaczęłam chodzić na te warsztaty. Podobało mi się – przyznaje Maria.
Hania z aparatem
W tej historii osobne miejsce ma Hania. Jest młodą fotografką z działającej przy MDK grupy Aczkolwiek, ale dla Marii przede wszystkim wnuczką, która delikatnie popchnęła ją w stronę warsztatów. To ona namówiła babcię, żeby przyszła i spróbowała.
Z młodą dziewczyną, dla której opowiedziane przez Amazonki historie mogły być trudne, spotykam się w Palmiarni, w dniu finałowej sesji. Hania od początku dokumentowała zajęcia aparatem. Jej obecność nie była więc tylko rodzinnym wsparciem. Bo fotografia w takim projekcie jest świadectwem pewnego procesu. Ostatecznej transformacji, w której kobiety po leczeniu odzyskują poczucie zgody z własnym ciałem i zaczynają ponownie doceniać jego piękno.
Adriana Urgacz-Kuźniak


Komentarze (0) Skomentuj